Finanse

#PROSTOzPARKIETU: Arkadiusy Regiec:W jakie startupy warto inwestować?

rzeczpospolita.tv
Gościem piątkowego programu „Prosto z parkietu” był Arkadiusz Regiec, założyciel Beesfund. Rozmawialiśmy o alternatywnych metodach finansowania młodych firm i ciekawych startupach.

W jaki sposób młode firmy mogą pozyskiwać kapitał poprzez crowdfunding udziałowy?

Beesfund zajmuje się małymi emisjami akcji lub obligacji dla małych firm do wysokości 100 tys. euro. Są to emisje publiczne, otwarte, nie wymagające prospektu emisyjnego ani memorandum inwestycyjnego, co wynika z ogólnoeuropejskiej regulacji. Kiedy firma szuka kapitału na rozwój, może do nas przyjść i taką emisję przeprowadzić.

Czy to jest dedykowane konkretnym firmom, z wybranych branż i na odpowiednim etapie rozwoju?

Zdecydowanie przeważają startupy, ponieważ możliwa do pozyskania kwota nie jest wystarczająca dla dużych, rozwiniętych spółek. Nie są to jednak tylko firmy na bardzo wczesnym etapie rozwoju. Zgłaszają się spółki, które mają już konkretny model biznesowy i zależy im na rozproszeniu kapitału i udziałowców. Można powiedzieć, że equity crowdfunding to głębokie preIPO, ponieważ pozyskujemy kapitał, społeczność inwestorów, spółka musi się przekształcić w formę akcyjną lub komandytowo-akcyjną. To są pierwsze kroki przygotowujące firmę do wejścia na rynek kapitałowy, a więc docelowo NewConnet lub GPW.

Zakładając, że inwestuje w takie preIPO. W jaki sposób mogę potem wyjść z inwestycji i sprzedać akcje?

Trzeba od razu podkreślić, że tych możliwości zbyt dużo nie ma. Kupuje pan oczywiście prawdziwe akcje lub obligacje spółki i z tego tytułu zyskuje pan wszystkie prawa, które przysługują zgodnie z kodeksem handlowym. Mam pan więc prawo m. in. do dywidendy, a także do tego, by te akcje sprzedać. Takie drobne sprzedaże odbywają się między akcjonariuszami, ale ponieważ spółka nie jest publiczna, to nie można ich zbyć na giełdowym parkiecie. Inną możliwością jest sytuacja, gdy przychodzi duży inwestor, np. fundusz venture, i chce objąć większość udziałów. I ostatnia możliwość, na którą ja najbardziej liczę, to wejście spółki na rynek publiczny. Zaznaczam jednak, że są to inwestycje wysokiego ryzyka i warto na wstępie się zastanowić ile pieniędzy jestem w stanie stracić.

Ale trzeba też mieć świadomość, że gdy inwestuję w startup, to nastawiam się na długi termin, czyli nawet ponad pięć lat?

Mówi się, że taki okres zawiera się w przedziale od trzech do siedmiu lat.

Na zachodzie ten sposób finansowania jest bardzo popularny. Jak to wygląda w Polsce?

Beesfund jest największą tego typu platformą w Europie Środkowo-Wschodniej, ale jesteśmy jakieś dwa lata za Wielką Brytanią. Tam, w 2016 r., dwa największe portale crowdfundingowe odpowiadały za 21 proc. całego rynku equity (mowa o fundusza PE, VC, butikach inwestycyjnych). To jest już bardzo silny nurt. Zresztą fundusze VC na zachodzie zaczynają korzystać z takich platform – przychodzą ze swoim startupem, w który zainwestowali 1 mln funtów, i chcą pozyskać drugi. Myślę, że w Polsce będzie podobnie. Już mamy pierwsze takie przypadki, np. firma ACR Systems i inwestycja Speedup Group, który zebrał u nas finansowanie.

A jak długo działa Beesfund i ile emisji udało się przeprowadzić?

Działamy od pięciu lat i udało nam się przeprowadzić 14 emisji, z czego osiem w 2017 r. Pierwsze dwa lata były bardzo trudne. Pierwszą emisję zrobiliśmy właśnie dla Beesfundu, żeby udowodnić, że to jest legalne. Wiele osób miało wątpliwości, że jest emisja publiczna bez prospektu czy memorandum. Więc przez te dwa lata ewangelizowaliśmy rynek. Pokazywaliśmy, że to działa i jest zgodne z wytycznymi KNF. Docelowo w tym roku mamy przeprowadzić 20 emisji. Można więc powiedzieć, że ten rok jest przełomowy dla equitycrowdfundingu w Polsce.

Jak selekcjonujecie spółki, które mogą przeprowadzić emisję?

Dla nas istotne są dwa czynniki: kto jest założycielem i jaki jest potencjał rynkowy biznesu. Trudno bowiem powiedzieć na początkowym etapie rozwoju startupu, czy on będzie miał wyniki, czy nie. Ostatnio mieliśmy emisję IniJOB. Założycielem firmy jest Bartosz Michałek, prezes Comperii. Mimo braku dochodów i wczesnego etapu rozwoju spółka zebrała 400 tys. zł. Jak podjęliśmy decyzję o emisji akcji tej spółki? Po pierwsze po przejrzeniu biznes planu wydawało nam się faktycznie, en biznes może „eksplodować". Po drugie ma międzynarodowy potencjał biznesowy. I po trzecie – twórcą tego startupy jest człowiek, który ma już na koncie konkretne sukcesy.

Zdarzyły się nieudane emisje?

Tak. Dwa razy. I co ciekawe – obie te firmy, które nie zdobyły finansowania, już nie działają. To sugeruje, że społeczność inwestorów trafnie oceniła tych emitentów.

Do końca roku szykujecie 12 emisji. Które spośród nich wyróżniają się szczególnie?

Wszystkie są ciekawe, ale mogę spróbować wskazać kilka perełek. Wymieniłbym np. DiscoVr, czyli firmę, która zajmuje się rzeczywistością wirtualną. Ciekawostką jest fakt, że jej założycielem jest człowiek, który ma sieć restauracji Bobby Burger. Innym ciekawym biznesem jest SumTheSun, działający w branży energii solarnej, dostarczający narzędzia do oceny opłacalności instalacji fotowoltaicznych.

Czy Beesfund boi się konkurencji w postaci ICO, czyli Initial Coin Offering, a więc nowego, cyfrowego sposobu pozyskiwania kapitału?

Nie tylko się nie boimy, ale podłączamy się pod ten nurt. Beesfund jest spółką z branży IT. Pracujemy na technologią blockchain i sami mamy zamiar przeprowadzić swoje ICO. Uważam, że blockchain to przyszłość rynku kapitałowego i nie chcę, by Beesfundu nie było w tym obszarze. Nie możemy zostać w świecie dorożek, gdy powstają samochody. Czekają nas zmiany na rynku więc już teraz trzeba eksperymentować i zacząć adaptację. Chcielibyśmy połączyć ten świat wirtualny, związany z blockchainem, połączyć z tym realnym. Traktujemy więc ICO, jako nowy obszar możliwości, a nie jako źródło lęku.

Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL