fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Budowa i remont

Domy będą, ale wbrew planom

Fotorzepa/ Adam Burakowski
Specustawa mieszkaniowa ma pomóc w pozyskaniu gruntów pod budowę bloków. Niestety, istnieje ryzyko, że będą one powstawać nie tam, gdzie powinny.

Program Mieszkanie+ zaczyna powoli nabierać rumieńców. Rząd przyjął dwa projekty, które mają programowi rozwinąć skrzydła. Teraz zaś staje na głowie, by Sejm uchwalił obie ustawy jeszcze przed wakacjami parlamentarnymi. Ale samo wejście w życie nowych przepisów nie gwarantuje jeszcze sukcesu.

100 tys., czyli mieszkaniowe mrzonki

Chodzi o projekt specustawy mieszkaniowej oraz o dopłatach do czynszu. Pełna nazwa pierwszej propozycji to: w sprawie ułatwień w przygotowaniu i realizacji inwestycji mieszkaniowych oraz inwestycji towarzyszących, a drugiej: o pomocy państwa w ponoszeniu wydatków mieszkaniowych w pierwszych latach najmu mieszkania.

Oba projekty to ukłon w kierunku BGK Nieruchomości. Spółka buduje mieszkania w ramach pilotażu programu Mieszkanie+ i ma się czym pochwalić, czego nie można powiedzieć o  właściwym programie Mieszkanie+. Do tej pory nie ruszył z miejsca. Na jesieni ub.r. weszła w życie jedynie jego podstawa prawna, czyli ustawa o Krajowym Zasobie Nieruchomości. I tyle. Cisza. Nie ma ani banku ziemi, ani nie zorganizowano jeszcze żadnego przetargu wyłaniającego chętnego do budowy bloków. Tymczasem z zobowiązań wyborczych wywiązać się trzeba. Z tych 100 tys. mieszkań wypadałoby wybudować chociaż połowę.

Specustawa mieszkaniowa ma pomóc więc w szybkim przekwalifikowaniu działek pod budownictwo wielorodzinne. Mają na tym razem z BGK Nieruchomości skorzystać deweloperzy. W ten sposób rząd chce zachęcić ich do udziału w programie Mieszkanie+. Specustawę zaczęto nawet nazywać lex deweloper, co wywołało oburzenie deweloperów. Nie są oni bowiem do niej entuzjastycznie nastawieni. Bo nowe przepisy mają wady.

Grunty pod bloki na skróty

Specustawa mieszkaniowa przewiduje, że rada miasta zdecyduje, czy na określonej działce miejskiej wolno będzie postawić blok.

Projekt zawiera również długą listę standardów urbanistycznych, jakie musi spełnić inwestycja, by radni się na nią zgodzili. Wśród nich jest: dostęp do mediów, do drogi publicznej, dostęp w odpowiedniej odległości do komunikacji miejskiej, przedszkola i szkoły.

Wymagania te mają zależeć od wielkości miasta. W tych powyżej 100 tys. mieszkańców odległość między nowymi blokami a przystankiem powinna wynosić nie więcej niż 500 m, a w mniejszych – kilometr. Podobne rozróżnienie przewidziano dla szkół i przedszkoli. W miastach powyżej 100 tys. te placówki powinny leżeć w odległości do 3 km od osiedla, a w pozostałych – 1,5 km. Radni będą mogli również wprowadzić własne wymogi urbanistyczne.

Projekt nadal zezwala na wydawanie decyzji sprzecznych z ustaleniami miejscowych planów. Muszą być jednak zgodne ze studium. Od tej zasady będzie wyjątek dla gruntów kolejowych, poprzemysłowych czy pocztowych. Na nich będzie można budować, nawet gdy zabrania tego studium.

I to rozwiązanie budzi największe kontrowersje, bo miejscowe plany to świętość. Tak uważają praktycznie wszyscy, nie tylko samorządy. Jak mantrę powtarzają, że nie powinno się budować wbrew ich ustaleniom. Nie trafia do nich argument, że to rady miast będą decydować, czy wolno budować wbrew zapisom planów, czy nie. Projekt wymaga wprawdzie od inwestorów już na etapie składania wniosku dołączenia koncepcji urbanistyczno-architektonicznej sporządzonej przez osoby z odpowiednimi kwalifikacjami. To jednak nie łagodzi obaw.

Dopłaty+ na 9 lat, potem radź sobie sam

Drugi projekt ustawy przewiduje dopłaty do czynszów. Po co? Okazało się bowiem, że czynsz mieszkania wybudowanego w pilotażu wcale nie jest taki niski. Może więc ograniczyć liczbę chętnych do wynajęcia lokalu. Ale wsparcie będzie tylko przez 9 lat, potem lokator będzie musiał radzić sobie sam. Może się więc okazać, że rodziny po upływie tego okresu nie stać na płacenie czynszu. Wtedy istnieje duże ryzyko, że trafi ona na bruk.

W wypadku Mieszkania+ przepisy o eksmisji są bowiem bardzo restrykcyjne. Nie płacisz? To wyrok eksmisyjny z klauzulą o rygorze natychmiastowej wykonalności.

Gmina poszuka

Natomiast miesięczna wysokość będzie obliczana przy uwzględnieniu przeciętnych kosztów budowy mieszkań na terenie danej gminy i tzw. powierzchni normatywnej mieszkania, uzależnionej od liczby osób zamieszkujących lokal. Przykładowo czteroosobowa rodzina z woj. małopolskiego otrzyma miesięczną dopłatę w wysokości 375 zł, w Krakowie 470 zł, w woj. śląskim 335 zł, a w Katowicach 422 zł.

Projekt uzależnia przyznanie dopłaty od wysokości dochodów. Średni miesięczny dochód gospodarstwa jednoosobowego nie będzie mógł przekroczyć 60 proc. przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej. Dziś to ok. 2563 zł netto. Limit ten zwiększy się o 30 pkt proc. (ok. 1281 zł) za każdą kolejną osobę w gospodarstwie domowym.

Przykładowo w gospodarstwie trzyosobowym limit wyniesie 120 proc. przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej, czyli obecnie ok. 5125 zł.

Za nabór najemców odpowiadać będą gminy na podstawie własnych kryteriów. Może to być: wysokość dochodów, liczba dzieci, niepełnosprawność w rodzinie, migracja za pracą.

Rada Ministrów chce, by przepisy weszły w życie już od 2019 r. W sumie na realizację programu planuje przeznaczenie miliarda złotych.

Tempo prac nad projektami jest ogromne. Rząd potrzebuje sukcesu. Dopłatami dla dzieci może się pochwalić, a nowymi mieszkaniami już niestety nie. Całą nadzieję więc pokłada w BGK Nieruchomości. ©?

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA