Wzmocnienie naszego kontyngentu jest reakcją na gwałtownie zaostrzającą się sytuację w tym kraju przed zbliżającymi się wyborami prezydenckimi.
W ubiegły poniedziałek polsko-afgański patrol wpadł w zasadzkę w dystrykcie Adżiristan. W ciężkich walkach zginął kapitan Daniel Ambroziński, a czterech innych polskich żołnierzy zostało rannych. Była to jedna z najdłuższych i najpoważniejszych bitew, jakie Polacy stoczyli z rebeliantami w Afganistanie.
Major Artur Sarzyński, który dowodził podczas tamtej akcji powiedział, że tego typu ataków i potyczek jest w ostatnim czasie coraz więcej. Opowiada, że stracił już dwa wozy bojowe w czasie wybuchów min-pułapek, a sam w wyniku tych eksplozji spędził pół miesiąca w szpitalu.
- Wszystkie moje wozy mają ślady po kulach. Dzień w dzień są jakieś strzały. Tu jest wojna - dodaje Sarzyński.
Jednocześnie przyznaje, że dla wszystkich żołnierzy, którzy brali udział w poniedziałkowej bitwie, była ona bardzo ciężkim przeżyciem. Zaznacza jednak, że nikt z Polaków nie załamał się po tym, co się stało.
- Morale żołnierzy są bardzo wysokie. Nikt nie jest mazgajem, nie płacze, wszyscy chcą wracać na pole walki - podkreśla Sarzyński.
Wczoraj niezapowiedzianą wizytę w polskiej bazie w Ghazni złożył premier Donald Tusk. Zapowiedział, że żołnierze wkrótce dostaną dodatkowy sprzęt w tym przede wszystkim śmigłowce i rosomaki. Szef rządu powiedział, że będzie też zastanawiał się, czy i jak zmienić zbyt rygorystyczne zdaniem żołnierzy procedury użycia broni.
[b] [link=http://www.rp.pl/temat/55330.html]Więcej o misji w Afganistanie czytaj w naszym raporcie specjalnym[/link][/b]