Rz: Rośnie liczba polskich firm organizujących wyjazdy motywacyjne. Czy takie zagospodarowywanie czasu pracowników jest naprawdę potrzebne?
Izabela Kielczyk:
W czasie kryzysu wiele firm, tnąc koszty, zrezygnowało z takich wyjazdów. Teraz trzeba zmobilizować pracowników do tego, by nadal chciało im się chcieć.
I po to są wyjazdy motywacyjne?
Chodzi o to, aby pracownicy odczuli, że ich szef nie tylko wymaga, ale też zabiega o to, aby im się lepiej pracowało. Dlatego dobrze przygotowany wyjazd motywacyjny procentuje. Chodź są i takie, które demotywują.
Dlaczego?
Często na takich wyjazdach zaczyna się od rozmowy o tym, co się nie udało. To ma ludzi zmobilizować, ale skutek jest odwrotny, bo nikt nie lubi roztrząsać swoich porażek. Ważne jest więc, by organizując taki wyjazd, dobrze wiedzieć, co chcemy osiągnąć.
A co może chcieć osiągnąć pracodawca?
Niektórzy po prostu chcą, aby poprawiła się komunikacja. A konkretnie, by pracownicy lepiej wykonywali polecenia szefa.
Jaki jest zazwyczaj program takich wyjazdów?
Są dwa rodzaje. Może to być nagroda dla wydajnych pracowników w formie wyprawy w egzotyczne miejsce. Mogą też być warsztaty, podczas których specjaliści uczą sztuki wzbudzania motywacji. Podobnie jak na wyjazdach integracyjnych są też zabawy. Ale unika się gier wzmagających rywalizację, jak paintball czy przeciąganie liny. Stawiamy na zabawy zespołowe, uczące, jak pracować na wspólny wynik – na przykład jak się zachować na tonącej łodzi. Członkowie zespołu mają się poznać, zobaczyć, w czym każdy z nich jest dobry, i zastanowić nad tym, jak można to wykorzystać.
Czy taki wyjazd faktycznie przynosi rezultaty?
To normalne, że w trakcie wyjazdu motywacja rośnie, a w poniedziałek, po szkoleniu, już niekoniecznie. Rzecz w tym, żeby to zaakceptować i nauczyć się pracować z taką motywacją, jaką aktualnie mamy.