Pamięta Pan profesora Johna Keatinga z filmu " Stowarzyszenie umarłych poetów"? Wszyscy marzyliśmy o takim nauczycielu, pasjonacie...
Pasja własnego zawodu połączona z darem inspirowania i fascynowania uczniów własną dyscypliną to ideał , kwintesencja dobrego nauczyciela. Wypalony lub traktujący swój zawód w kategoriach rzemieślniczych, który " przyjdzie, wyłoży i wyjdzie", może i czuje się formalnie spełniony, ale jest zupełnym zaprzeczeniem swej roli. Obok wiedzy i umiejętności, zwłaszcza w pracy ze starszą młodzieżą, istotne jest właśnie zamiłowanie i entuzjazm. Ale nie tylko: dobry nauczyciel to osoba sumienia, o wysokiej formacji społeczno- moralnej, która szczególnie dobrze radzi sobie z własnymi emocjami. Przy czym nie mniej ważne jest jej człowieczeństwo i umiejętność bycia "dla uczniów". W młodszych klasach dziecko wymaga na przykład opieki, empatii i miękkiego podejścia.
A w liceum?
Tu nawet przy pewnej miękkości trzeba mieć twardszą postawę, bo uczniowie łatwo przekraczają wyznaczone granice. Już przed rozpoczęciem roku szkolnego przeprowadzają wywiad, sprawdzając, kim ów nauczyciel jest. Jeśli poznają, że jest łagodny i naiwny, będą go prowokować i ośmieszać . A młodzież potrafi być bezwzględna. Dlatego pierwsze kontakty z uczniami wymagają zachowania dystansu, lecz nie w sensie nieetycznym i sztucznym. Chodzi o podkreślenie różnicy, na której można budować wzajemne relacje i zaciekawić przedmiotem.
Nie wszyscy to potrafią...
Zdecydowanie . Ale przyznanie się do słabości, a nawet dramatów związanych z pracą traktowane jest w środowisku nauczycielskim bardzo negatywnie. Gdy ktoś ma problemy znaczy to, że jest zły i sobie nie radzi . Zawód nauczyciela jest osadzony w mechanizmach silnej rywalizacji, a przyznający się do trudności nie są awansowani. Omija ich tym samym perspektywa wyższej płacy. Jedni ukrywają zatem prawdę o swoich problemach, inni zachowują wartościowe i sprawdzone rozwiązania dydaktyczne dla siebie, by ktoś nie awansował ich kosztem. Tym sposobem wzajemna pomoc i współpraca koleżeńska zanika, a problemy zamiata się pod dywan. Tymczasem nauczyciel, jak dobry terapeuta powinien mieć superwizora, by móc omawiać z nim dylematy w relacjach z uczniami lub chociaż możliwość szczerego dyskutowania o nich z kolegami.
W epoce Wikipedii i multimedialnych muzeów szkolny profesor przestał być jedynym źródłem wiedzy. Czy to godzi w jego autorytet?
Dobrego nie osłabi, a złego na szczyt nie wyniesie. Trzeba odejść od myślenia o nauczycielu jak o osobie dominującej i trzymającej władzę. To trudne, bo istnieje przymus szkolny, czyli ma on jednak instrumenty władzy i przemocy. Co więcej, rodzice sami utwierdzają potomstwo w przekonaniu, że z nauczycielem nie wygrasz, więc trzeba być pokornym i posłusznym. Dzieci w pierwszej klasie ślubują szacunek nauczycielowi. To błąd. Nie można przyrzekać tego na kredyt, bo na szacunek nauczyciel sam musi sobie zasłużyć. Zawód ten jest teraz nieprawdopodobnym wyzwaniem, bo zmieniły się relacje w pokoleniach mistrzów i uczniów. Teraz uczniowie stają się po części edukatorami swych nauczycieli . Moje dzieci wprowadzają mnie na przykład w nowe technologie, a ja chętnie się od nich uczę.
Jaką rolę zatem ma przyjąć nauczyciel naszych czasów?
Facylitatora, czyli kogoś, kto ułatwia uczenie się. Także łącznika między światem nauki, a środowiskiem życia i osobowością ucznia, który dzięki różnego rodzaju technikom i zabawom, ma wspierać go w procesie samokształcenia. Współczesny nauczyciel to instruktor, konsultant, animator, doradca, a trochę starszy kolega współtworzący warunki do uczenia się. Nie myślę , rzecz jasna, o kolesiostwie, poklepywaniu się czy redukowaniu własnej godności, by przypodobać się uczniom. To byłoby odwrócenie ról, jak w przypadku nauczyciela z technikum, któremu młodzież włożyła na głowę kosz na śmieci. Taka osoba w ogóle nie powinna w szkole pracować.
Przedwojenny "belfer", zasiadający na katedrze daleki był od starszego kolegi...
Bo międzywojenne gimnazjum było szkołą elitarną. Nauczyciel był tam bezdyskusyjnym autorytetem, nośnikiem i często jedynym źródłem wiedzy. Co więcej, oprócz absolwentów seminariów, w gimnazjach pracowali profesorowie uniwersytetów. A do zawodu nauczycielskiego przygotowywano na wydziałach filozoficznych. Edukacja był elitarna, wysoce selekcyjna, także w dostępie do zawodu, co sprzyjało podnoszeniu jej poziomu i kreowaniu szeroko wykształconej inteligencji.
To nie wtedy zamykano dzieci w kozie?
Kozy i ośle ławki eliminowano stopniowo od początku XX wieku. W Polsce dotrwały aż do lat 70. Do tego czasu posłuszeństwo, dyscyplinę i pracę nad sobą wymuszano karami cielesnymi i frontalnym upokarzaniem niepokornych lub mało zdolnych uczniów. Niestety, z tamtej epoki pozostał w naszym szkolnictwie tzw. system klasowo - lekcyjny, sięgający XVI wieku. Nazywamy go szkołą tradycyjną lub herbatowską od nazwiska XIX -wiecznego filozofa Jana Fryderyka Herbarta. To on nadał mu naukowo- filozoficzne podstawy dzieląc uczniów na jednorodne wiekowo klasy, wprowadzając sztywny podział wiedzy na przedmioty oraz 45 -minutowe lekcje. W systemie tym dominuje kształcenie pamięciowe, kultura ciszy i wyłączania samodzielnego myślenia uczniów i nauczycieli. Nieodzowny jest także nieustanny nadzór, brak zaufania zwierzchników do nauczyciela, a nauczyciela do ucznia, a zatem ograniczanie ich kreatywności i wzmaganie rywalizacji zamiast współpracy. Nazywano tę edukację bankową.
Dlaczego bankową?
Bo uczeń traktowany był przedmiotowo, jak bankomat, który przyjmuje wiedzę, a na żądanie profesora musi ją wydać. Inaczej mówiąc nauczanie było aktem ustanawiania depozytu. Nauczyciel wysyłał komunikaty i "ustanawiał depozyty", które uczniowie cierpliwie przyjmowali , zapamiętywali , powtarzali. Uczeń miał być zatem bierny i pasywny, bez prawa do dyskusji. Wypełniony za to wiedzą i umiejętnościami. To nauczyciel był omnibusem, stanowiącym o treściach kształcenia, o tym co ma być dozwolone, a co nie. Także sędzią , rozstrzygającym co jest właściwe, co jest prawdą, a co nią nie jest. Nauczyciel miał myśleć za uczniów i karać ich za nieposłuszeństwo . Taka szkoła kreowała "czarną pedagogikę", czyli filozofię kija i marchewki, przemocy i pokornego milczenia. Z drugiej strony stawiała też na wyłanianie elit, kształtowanie charakteru i formacji moralnej.
Dziś uczeń jest już podmiotem...
Dopiero od międzywojnia. Wtedy pojawiła się książka szwedzkiej lekarki Ellen Key pt. "Stulecie dziecka" a w Europie i USA zaczął się rozwijać model kształcenia humanistycznego, zorientowanego na dziecko. Ważne stały jego zainteresowania, potrzeby, aspiracje i możliwości uczenia się. Równolegle pojawił się pragmatyzm, nastawiony na naukę funkcjonalną i umiejętność rozwiązywania konkretnych problemów, przydatną w życiu codziennym. Szkoła była już mniej opresyjna. Stałą się wtedy laboratorium" prawdziwego" życia, bliżej jego realiów. Kwitła edukacja alternatywna: Marii Montessorii czy Rudolfa Steinera. Także metoda harcerska Aleksandra Kamińskiego. A całą Europę objął wtedy ruch "Nowego Wychowania" powracający do starożytnego myślenia o szkole jako o schole otium, nie negotium. To znaczy jak o miejscu spokoju i oddawania się czynnościom, które nas wzbogacają i sprawiają radość.
Jak wymagać dyscypliny w szkole zorientowanej na dziecko?
Trzeba zbudować w dziecku karność wewnętrzną. Uczyć i egzekwować przestrzeganie norm społecznych w nadrobniejszych sprawach. Uczeń musi poznać zasady, zaakceptować ich sens społeczny oraz doświadczyć w działaniu ich potencjalnych skutków. Musi zrozumieć obowiązujące w społeczeństwie wartości i przyjąć je za własne, by stały się elementem jego osobistego życia. Jeśli nauczy się, że jego wolność nie może być uzyskiwana kosztem drugiej osoby, rozpozna nieprzekraczalne granice i sam nikogo nie skrzywdzi. Nazywamy to procesem introjekcji wartości.
Nauczyciel nie wyznaczał granic?
Nie wprost. Dzięki różnorodności i atrakcyjności zajęć, a także rozwiązywaniu problemów uczeń poznawał dany system wartości pośrednio, jako atrakcyjny na tyle, by się z nim utożsamić. Ale działo się to w sposób dla niego niedostrzegalny. W czasie zajęć był czas na swobodną pracę i omawianie wszelkich problemów w grupie. Funkcjonowały samorządy wspólnot szkolnych, spółdzielnie uczniowskie. Szkoła przestała być zamkniętym światem mistrza i jego uczniów. Trend ten przerwała okupacja, a potem totalitaryzm w PRL, gdzie zakazano go i wyklęto jako burżuazyjny i sprzeczny z marksizmem. Był taki film Wojciecha Marczewskiego pod tytułem "Dreszcze"...
...o tym jak na obozach pionierskich prano dzieciom mózgi i zmieniano ich system wartości przeciwstawiając je ostatecznie nawet własnym rodzicom.
W czasach stalinowskich wolność słowa zastąpiła indoktrynacja. Manipulacja światopoglądowa w duchu jedynie słusznej marksistowsko-leninowskiej filozofii . A zawód nauczyciela sproletaryzował się w myśl: "Nie matura a chęć szczera, zrobi z ciebie oficera". Większość elit została wymordowana w czasie okupacji, a po wojnie wielu akademików zaangażowanych w AK czy Powstanie Warszawskie było szykanowanych i pozbawianych prawa do wykonywania zawodu. Myśmy właściwe inteligencję stracili. Dlatego do profesji włączano, także z nominacji partyjnej, wielu "miernych, ale wiernych ". PRL zniszczył wielu wybitnych pedagogów pozbawiając ich prawa do pracy uniwersyteckiej ,skoro nie chcieli przeprosić ...
Za co mieli przepraszać?
...Za swoje publikacje i poglądy z międzywojnia, służące "burżuazyjnym kapitalistom". Wielu przeprosiło na łamach czasopism pedagogicznych. Nielicznych, którzy odmówili, jak Bogdan Nawroczyński z UW, Helena Radlińska, Aleksander Kamiński czy Sergiusz Hessen z UŁ usunięto z uczelni, pozbawiano prawa do kształcenia studentów, nie wydawano ich rozpraw. Zmarli niszczeni przez ubecję. Ocenzurowano wtedy filozofię, socjologię, poezję i literaturę piękną. Był to okres brutalnej walki z polskim narodem prowadzonej przez tajne służby i partyjną nomenklaturę. Szkoła miała stać się instrumentem zmiany świadomości społecznej i narodowej kultury, kształtować mentalność przyszłego komunisty, homo sovieticus. Indoktrynowano dzieci nawet w zadaniach matematycznych, konstruując je tak, by udowodnić wyższość ustroju socjalistycznego nad kapitalistycznym.
Jak wykazać to matematycznie?
Podam przykład: jeśli uczniowie mają obliczyć wydajność pola uprawnego, to pole PGR-u musiało wydać trzy razy większe plony niż pole "kułaka". Podobnie działo się z chemią czy biologią. A było to równie żałosne jak żelazna kurtyna. Inna rzecz, że matematyka czy fizyka radziecka były na bardzo wysokim poziomie. Na maturze w latach 50. były niby wolne tematy z języka polskiego, ale typu:" Uzasadnij słowa prezydenta Bieruta ..." lub "Polska droga do socjalizmu" . Edukacja wyższa dostępna była dla dzieci części inteligencji oraz nowych "elit", czyli członków partii, skutecznie utrudniając pozostałym dostęp do szkół także ogólnokształcących. Aż 10 proc. dzieci z każdego rocznika w PRL nie kończyło szkoły podstawowej. Średnie wykształcenie osiągnęło tylko 30 proc., a wyższe około 4 proc. młodzieży. Większość miała kształcić się w zawodówkach. U progu III RP aż 50 proc. dzieci z rodzin robotników niewykwalifikowanych kończyło szkołę podstawową, pozostając analfabetami.
Powiedział pan kiedyś, że szkoła stała się plebejska...
Owszem, bo zapominamy, że masowość kształcenia ma dwie strony medalu. Z jednej sprzyja podnoszeniu społecznej stopy życiowej, z drugiej zmusza nas do redukowania wysiłku i poziomu wymagań w stosunku do uczniów, na czym część z nich traci. Podczas gdy partie polityczne chórem mówią o edukacji wyrównywania szans, to wyniki badań socjologicznych przeczą w ogóle istnieniu takiej możliwości. Szkoła nie jest w stanie wyrównać braków płynących z rodzinnego domu, szczególnie w kwestii zapewniania środków i warunków nauki i stymulowania edukacyjnych aspiracji. A nie każde dziecko ma szczęście wyrastać w atmosferze troski i zafascynowania jego obecnością na świecie.
Bo ma "patologicznych "rodziców?
To byłby stereotyp. Z badań wynika, że ok. 30 proc. rodziców w ogóle nie interesuje się losami swoich dzieci. Posyłają je do szkoły nie tylko z przymusu, ale w dużej mierze także po to, by nie zawracały im głowy. Względne zainteresowanie dzieckiem widać jeszcze w przedszkolu i młodszych klasach . Potem kontakt rodziców ze szkołą stopniowo zamiera. Dzieci mają w domu różny poziom wsparcia ,oczekiwań i gratyfikacji więc w szkole wymagają różnego traktowania. Te spragnione kontaktu, miłości czy akceptacji silnie skupiają na sobie uwagę nauczyciela. Bywają też traktowane jako kłopotliwe, bo zwracają na siebie uwagę zachowując się albo ironicznie albo agresywnie.
O agresji uczniów mówi się w gimnazjach ...
Obowiązkowe gimnazja uważam za wielki błąd. Po szkole podstawowej nie wszyscy chcą i potrafią dalej uczyć się na poziomie akademickim czyli ogólnokształcącym. Nie każdy też ma potencjał, by rozwijać się w kierunku jednoznacznie humanistycznym czy przyrodniczym. Mamy uczniów uzdolnionych technicznie, artystycznie czy rzemieślniczo. Dla nich możliwość edukacji po szkole podstawowej powinna być bardziej zróżnicowana. Co więcej, niektórzy rodzice nie życzą sobie wręcz, by ich dziecko myślało o studiach. bo ma ono przejąć firmę albo gospodarstwo. A wtedy wystarczy, że osiągnie obowiązujące minimum wykształcenia. Obecnie w co mniej elitarnych gimnazjach dochodzi do sytuacji, gdy niezainteresowana nauką większość, szykanuje resztę klasy.
Posłał pan córkę do szkoły jako siedmiolatkę. Dlaczego nie rok wcześniej?
Bo w istniejących warunkach to karygodny pomysł. Dziecko nie musi "jak najwcześniej pracować na ZUS", musi za to osiągnąć dojrzałość szkolną. A nie do "uczęszczania do szkoły". Nie chodzi zatem o wiek , ale o to, kto i jak będzie z dziećmi pracował. Zapomniano, że dzieci między piątym a siódmym rokiem życia wymagają odmiennego podejścia i zupełnie innego włączania ich w proces uczenia się. Urzędnicy MEN chętnie powołują się na doświadczenia Wielkiej Brytanii, gdzie posyła się do szkoły już pięciolatki. Tyle, że przez pierwsze dwa lata jest to "Infant school", która tak naprawdę odpowiada polskiemu przedszkolu. Co więcej, w Polsce manipuluje się nami i bezmyślnie obniżając wiek obowiązku szkolnego właśnie wtedy , gdy grupa brytyjskich pedagogów i 127 profesorów - ekspertów w zakresie edukacji alarmuje o negatywnych skutkach takiego procesu w Anglii .I postuluje podniesienie obowiązku szkolnego do 7 roku życia dziecka jak na przykład w modelu skandynawskim czy krajach bałtyckich.
Czy nauczyciele wychowania początkowego sobie nie poradzą?
Do edukacji przedszkolnej kształci się w Polsce zupełnie inaczej niż do początkowej. Ci drudzy nie mają żadnej metodyki przygotowania dzieci do dojrzałości szkolnej, bo realizowano ją w przedszkolach. A, mało kto wie, że mamy chyba najlepiej wykształconych nauczycieli wychowania przedszkolnego w Europie. To oni potrafią przygotować dziecko do zorganizowanego i indywidualnego uczenia się. Gotowość szkolna to przecież nie tylko dojrzałość umysłowa, ale także emocjonalna ,społeczna i fizyczna. Także cała gama umiejętności m.in. radzenia sobie w grupie czy samoobsługi. Dlatego konieczne jest wcześniejsze przeszkolenie pedagogów i reforma kształcenia elementarnego. W obecnej sytuacji uważam, że masowe zmuszanie dzieci do rozpoczęcia nauki w szóstym roku życia jest elementem destrukcji polskiej oświaty. Niszczy także dorobek edukacji przedszkolnej, która ma być teraz jedynie ochronką. Tym bardziej w Dniu Edukacji Narodowej składam wszystkim nauczycielom najlepsze życzenia, by spełniali się w swojej roli z poczuciem zasłużonej satysfakcji własnej, a także uczniów i ich rodziców.
prof. Bogusław Śliwerski jest pedagogiem z Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej i Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie.