Polscy i amerykańscy politycy informują, że trwają rozmowy dotyczące utworzenia amerykańskiej bazy wojskowej w Polsce. O czym my właściwie rozmawiamy?

Rozmawiamy o ulokowaniu amerykańskich żołnierzy w trybie stałym, czyli przebywających w Polsce wraz z rodzinami przez 4–5 lat, bo tyle trwa służba stała w amerykańskich kontyngentach zagranicznych.

Obecnie w Polsce mamy dwie tego typu jednostki: stałą obecność w ramach wysuniętego elementu dowodzenia piątego korpusu w Poznaniu – ok. 200 osób – i bazę w Redzikowie, gdzie jest instalacja obrony przeciwrakietowej systemu Aegis Ashore. W sumie to jedynie kilkuset żołnierzy. Nie są oni aż tak widoczni, a ich wpływ na ogólny poziom odstraszania Federacji Rosyjskiej, mimo że znaczący, nie jest tak duży, jakby to robiła jednostka bojowa.

Jakiej wielkości obecność amerykańska miałaby oczekiwane oddziaływanie?

Polscy politycy w swoich wypowiedziach medialnych mówią ambitnie o stacjonowaniu ok. 5 tys. amerykańskich żołnierzy.

Czy to jest realne?

Z perspektywy Pentagonu, w najbliższym dziesięcioleciu, będzie to trudne, choć niecałkowicie niemożliwe. Proces budowy osiedli mieszkalnych trwa. I nie mówimy tutaj o samych żołnierzach, tylko o całych rodzinach, które muszą zostać zakwaterowane. Za nimi później dołącza cały łańcuch usług towarzyszących. W amerykańskich bazach są dostarczane amerykańskim żołnierzom usługi, które nie są obecne na rynku europejskim, np. ichniejsze fast foody czy sklepy, które po prostu nie są obecne normalnie w Europie.

Czytaj więcej

Baza USA w Polsce. Znamy wstępne koszty i jej liczebność

Bardziej realne są przesunięcia żołnierzy już znajdujących się w Niemczech, czyli np. elementów albo całej 12. Brygady Śmigłowców, ze śmigłowcami AH-64 Apache, czy eskadry Sił Powietrznych z samolotami F-16.

Co byłoby dla Polski najlepsze?

Z polskiego punktu widzenia najlepiej, gdyby to był 2. Pułk Kawalerii, jednak jego przesunięcie wymaga nie tylko wybudowania koszar, ale też bazy poligonowej dla wozów Stryker, które muszą ćwiczyć. Tymczasem baza poligonowa w Niemczech jest bardzo rozbudowana i dostosowana dla potrzeb amerykańskich i Amerykanom byłoby bardzo trudno z tego zrezygnować.

Amerykańscy żołnierze w ogóle będą się chcieli przenosić zza Odry nad Wisłę? Przecież tam żyją od lat, mają swoje ulubione bary i restauracje, ich dzieci chodzą tam do szkół czy przedszkoli, itd.

Wewnętrzny opór istnieje, szczególnie na tak zwanych średnich stanowiskach, czyli wśród pułkowników czy majorów, ale też wśród oficerów młodszych, a nawet szeregowych. Oni mają już pewne utarte tory kariery, które są bardzo przewidywalne. Przez te amerykańskie bazy w Europie przewinęło się już tylu żołnierzy, że wiadomo, czego się po nich spodziewać, są wręcz rankingi. Na YouTubie można znaleźć wypowiedzi weteranów tych baz, którzy mówią, co jest fajne, co jest niefajne i polecają młodym żołnierzom, jak nawigować ich karierę. W USA wojsko to jest bardzo szeroka społeczność – do amerykańskich sił zbrojnych co roku przychodzi parędziesiąt tysięcy nowych ludzi i podobna liczba je opuszcza.

Czytaj więcej

Adam Bielan o słowach Pete’a Hegsetha. „Mam nadzieję, że nie o Polskę chodziło”

Warto jednak pamiętać, że w systemach demokratycznych to wojsko wykonuje polecenia polityków i żołnierze będą musieli się dostosować do decyzji politycznych. W USA nie ma dowolności przydziału – żołnierz nie decyduje, dokąd trafi. Przydziały są rozdawane odgórnie w Pentagonie – żołnierz jest informowany z ok. trzymiesięcznym wyprzedzeniem, że się przeprowadza na kolejne pięć lat np. na drugi koniec świata.

Jeśli nie 2. Pułk Kawalerii, to jaka jest alternatywa?

Mniej medialne, ale wydaje się o dużo większym znaczeniu strategicznym, byłoby przerzucenie tutaj 2. Wielodomenowej Grupy Zadaniowej (2nd MDTF). Jest to nowatorska formacja, która łączy w sobie zaawansowane systemy rozpoznawcze, ale też uderzeń kinetycznych na bardzo dalekie odległości za pomocą pocisków Tomahawk czy nowych pocisków hipersonicznych. Dodatkowo ma również niekinetyczne możliwości walki, jak np. zagłuszanie satelitów. Obecnie w Europie jest tylko jedna taka formacja i znajduje się właśnie w Niemczech.

Z perspektywy Polski przeniesienie tych ok. 2,1 tys. żołnierzy miałoby niesamowicie duży wpływ na poziom odstraszania. To by oznaczało, że amerykańskie pociski o zasięgu 2,5 tys. km i więcej znajdują się o 600–800 km bliżej Rosji.

Mniej Amerykanów w Europie

Jak w naszą próbę ściągnięcia Amerykanów, wpisuje się to, że oni właśnie ogłosili przerzut dwóch batalionów na Litwę?

Jest to zmiana dyspozycji sił USA w ramach tego, co w systemie rotacyjnym już jest rozmieszczone w Europie. Wzmacnianie Litwy jest korzystne, ponieważ pomijając akcje pod progiem wojny, zagrożenie stricte militarne, dużo bardziej dotyczy państw bałtyckich niż Polski. Polska jest zagrożona atakami środkami napadu powietrznego i działaniami sabotażowymi. Amerykański batalion zmechanizowany i batalion inżynieryjny, w tym przypadku, mają dużo większą wartość odstraszania, gdy są rozmieszczone na Litwie, niż gdy są rozmieszczone czasowo w Polsce.

Foto: PAP

Dla porównania: Wojsko Polskie buduje tzw. Tarczę Wschód, która jest zaawansowanym projektem inżynieryjnym. Mamy w tym projekcie wsparcie m.in. niemieckie, częściowo również prywatnych firm i Polska jest w stanie prowadzić tego typu projekt fortyfikacyjny siłami własnymi z niewielkim wsparciem.

Państwo litewskie też chciałoby prowadzić projekt tzw. bałtyckiej linii obrony, jednak ma zbyt małe siły własne, czy to prywatnych przedsiębiorstw budowlanych, czy to wojska, aby w odpowiednim czasie móc skonstruować linie okopów, zasieków oraz punkty schronienia. Wojska amerykańskie mogą po prostu w tym pomagać albo prowadzić inne prace inżynieryjne np. na poligonach litewskich, które wymagają pilnych modernizacji. One są prowadzone już od ponad pięciu lat, ale w niezadowalającym tempie. To również opóźnia rozmieszczenie niemieckiej brygady na Litwie.

Amerykanie właśnie prowadzą przegląd swoich sił w Europie. Jak w ten proces wpisuje się koncepcja utworzenia bazy w Polsce?

Baza w Polsce może się wpisywać jako rozwiązanie pewnego balansu. Amerykanie chcą zmniejszyć swoją stałą obecność w Europie w liczbach nominalnych, tak by jednocześnie zachować odstraszanie i zachować swój wpływ polityczny i wojskowy. Przy zmniejszeniu liczebnej obecności, ona musi również ulec zmianie geograficznej.

Czytaj więcej

Polska może dołączyć do programu myśliwca 6. generacji. Jest zielone światło

Stała obecność amerykańska w Europie jest nadal schedą zimnowojenną. Ona wciąż znajduje się na pozycjach wyjściowych do odparcia zmasowanego ataku pancernego Armii Radzieckiej ze wsparciem państw Układu Warszawskiego. Jednak od tamtego czasu wszystko wokół się zmieniło – nie ma już Czechosłowacji czy NRD, nie ma już pół miliona żołnierzy amerykańskich w Europie, tylko ledwie ponad 60 tys. Jedynie bazy nadal są w tych samych miejscach. Ich rozmieszczenie nie odpowiada wyzwaniom strategicznym, które stoją przed nami dzisiaj. Przesunięcie obecności wojsk przede wszystkim na wschód, przy jednoczesnej redukcji na całym kontynencie, może być rozwiązaniem pośrednim, które pozwoli zjeść ciastko i mieć ciastko.

Przypomnę jednak, że budowa bazy jest wieloletnim procesem z wielomiliardowym nakładem finansowym i nie zależy ani od jednej administracji amerykańskiej, ani od jednego cyklu wyborczego w Polsce.

Sojusznicy zapłacą więcej

Nasi politycy jednak mówią, że my chętnie za tę bazę zapłacimy. To dobra strategia negocjacyjna?

Wydaje się, że w wizji prezydenta Trumpa jest to jedyna właściwa strategia. On podkreśla, że chce, by to sojusznicy płacili za amerykańską obecność i protekcję.

Bardzo brutalnie przekonała się o tym Korea Południowa podczas pierwszej prezydentury Trumpa, kiedy z dnia na dzień administracja amerykańska zażądała pięciokrotnego wzrostu opłaty ze strony koreańskiej. Udało się w drodze negocjacji sprowadzić ją do „jedynie” 50-procentowej podwyżki. Wydaje się, że przy obecnej władzy amerykańskiej nie ma innej możliwości niż oferowanie gotówki i rozmowa w bardzo merkantylny sposób. Oczywiście ten dyskurs należy modyfikować razem z kolejnymi administracjami, które będą dochodziły do władzy, ponieważ proces budowy takiej instalacji będzie trwał parę lat. Widzieliśmy to już w Redzikowie.

Nasza klasa polityczna w przeważającej mierze zgadza się, że chcemy tu więcej Amerykanów. Popiera to też zdecydowana większość społeczeństwa. Czy jest jakaś sojusznicza alternatywa, która może nam pomóc się bronić przed Rosją?

Niestety, żadne państwo w Europie nie posiada takiego potencjału zbrojnego w Europie, jaki Amerykanie mogą mieć w Europie. Ważne, by to wybrzmiało: to nie chodzi o to, że państwa europejskie nie posiadają potencjału jak Amerykanie. Chodzi o to, że państwa europejskie na terytorium Europy mają mniejszy potencjał wojskowy, niż Amerykanie mogą mieć w Europie. Bo to nie chodzi tylko o to, ilu żołnierzy amerykańskich jest tu w tym momencie. Amerykanie w bardzo krótkim czasie są w stanie przerzucić dużo większe siły do Europy, niż jakiekolwiek inne państwo europejskie jest w stanie w tym samym czasie wystawić. Nie można liczyć na to, że obecność amerykańska zostanie w pełni zastąpiona przez inną obecność sojuszniczą.

Czytaj więcej

MON: zapłacimy za bazę amerykańskich żołnierzy w Polsce

Amerykanie dzięki swojemu strategicznemu lotnictwu transportowemu, bazom składowisk materiałowych oraz logistyce morskiej są w stanie relatywnie szybko skalować poziom sił w różnych miejscach świata. To było dobrze widać na początku tego roku na Bliskim Wschodzie: w zaledwie dwa miesiące amerykańskie lotnictwo taktyczne i transportowe przerzuciło do regionu więcej samolotów bojowych, niż posiada mniej więcej połowa państw Unii Europejskiej razem wzięta.