Malarecki zaznacza, że Ameryka to nie jest jednolity kraj – Kalifornia, Dakota i Wyoming to według niego trzy różne światy. Stosunek do Trumpa zależy więc od tego, z kim się rozmawia: w miastach uniwersyteckich i na wybrzeżu jest jednoznacznie krytyczny, im głębiej w interior, tym bardziej podzielony.
Fenomenem, zdaniem rozmówcy, jest to, że miliarder z luksusowymi rezydencjami stał się liderem ludzi czujących się wykluczonymi. Trump trafił do nich prostym, nieskomplikowanym językiem i sprzeciwem wobec tego, co Malarecki nazywa „fanaberiami lewicowo-progresywnymi” – przywołuje przykład usuwania nazwiska Lincolna ze szkoły jako symbol kultury woke, której Trump się przeciwstawił. Sam prezydent, dodaje, też miał problem z akceptacją przez elity, nawet na Florydzie, nie mówiąc o Nowym Jorku.