Korespondencja z Berlina
Jest w ścisłej czołówce artystów wszech czasów, reprodukowany w nieskończoność, cytowany w tysięcznych transkrypcjach i wariacjach. Jednak ekspozycja w berlińskiej Gemäldegalerie nie jest zwyczajnym przeglądem dokonań wielkiego florentyńczyka.
Tytuł „Renesans Botticellego" ma dwojaki sens. Nie tylko odnosi się do okresu w historii kultury, w którym działał Sandro Filipepi Baryłka (tak można przetłumaczyć przydomek artysty).
Pokaz, na który składa się ponad 200 obiektów, w tym – przeszło 50 tytułowego bohatera, uświadamia także, jak kręte były drogi jego sławy. Popadł w zapomnienie jeszcze za życia, kiedy pod wpływem nauk Savonaroli zmienił światopogląd i styl malowania. Duszne rozterki Botticellego odzwierciedliły się w jego sztuce. Dawny wdzięk, poetyckość i lekkość kompozycji zastąpiły tragizm i moralizatorstwo. Przestał się podobać, stracił zleceniodawców.
Jego śmierć w 1510 roku przeszła bez echa, a twórczość popadła w zapomnienie na kilka stuleci.
Parafrazy wiele razy
Berlińską wystawę pomyślano jako podróż do źródeł, trasę odbytą wstecz. Otwierają ją współczesne prace inspirowane czy nawiązujące do dzieł Botticellego. W środku drogi mijamy stację XIX-wiecznych fanów mistrza, by na końcu przybyć do celu, do świątyni z oryginałami.
Doskonała koncepcja. Uzmysławia skalę „rozprysku" oraz proces popkulturowego spłaszczania, zawłaszczania arcydzieł renesansowego twórcy.
Cudna Wenus wypływająca z morskich fal na muszli staje się Miss World Banału. Jeden z najwcześniejszych aktów w historii europejskiej sztuki, ideał urody delikatnej, kruchej, lirycznej. Czy możliwe, by jakakolwiek ziemska istota dorównała cielesną krasą bogini miłości?
I owszem. W Kulturforum mamy całą galerię naśladowczyń. Na Wenus wystylizowały się Cindy Sherman, Orlan, japońska drag queen Yasumasa Morimura, modelka z plakatu reklamowego Davida La Chapelle'a. To już skręt w kamp, czyli świadomy kicz.
Na poważnie z boginią mierzyli się też Andy Warhol, Jean Dubuffet, Robert Rauchenberg. A Dolce & Gabbana, duet projektantów mody, użył „Wenuski" jako deseniu nadrukowanego na suknię...
Druga dama Botticellego, najczęściej wykorzystywana w XX w., to Flora vel Primavera.
Belgijski surrealista René Magritte umieścił ją na plecach swego sobowtóra – faceta w czarnym płaszczu i meloniku. Elsa Schiaparelli, projektantka epoki międzywojnia współpracująca z surrealistami, stworzyła wspaniałe kreacje haftowane w kwietne motywy, wzorowane na sukni Flory. Z kolei Isadora Duncan zaimprowizowała taniec nimf ku chwale Wiosny. Jej radosne pląsy to dokument z czasów niemego kina.
Kiedy po raz pierwszy reklama skorzystała z nieodpartego uroku dziewic pana Sandro?
W dobie secesji. Rysowana giętką linią Primavera idealnie wprost nadawała się, by nagłośnić Festiwal Sztuk i Kwiatów zorganizowany w 1896 roku. Zanim jednak Botticelli trafił do marketingu, trzeba było innych artystów, którzy wyciągnęli z niebytu genialnego florentyńczyka. Swoje powtórne narodziny i zajęcie wysokiej pozycji w historii sztuki Sandro B. zawdzięcza przede wszystkim dwom ugrupowaniom z połowy XIX stulecia.
Brytyjskie Bractwo Prerafaelitów i niemiecko-austriacka grupa nazareńczyków postawiły sobie za cel odnowę zarówno sztuki, jak i morale zdegenerowanego mieszczańskiego społeczeństwa.
Wśród prerafaelitów nie brakowało talentów – jak Gabriel Dante Rossetti. Uwielbiał kobiety typu smutna femme fatale. Podziwiał sztukę Botticellego, składając mu hołd w niejednej kompozycji, choćby „Kobiecie w oknie" (1870).
Nie tylko artyści inspirowali się dziełami ulubionego malarza Medyceuszy – „Primavera" była chętnie odgrywana przez zwykłych (choć zasobnych) zjadaczy chleba jako tzw. żywy obraz. Panie i panowie przebrani w stosowne szatki zastygali na długie chwile w bezruchu, co pozwalało uwiecznić ich na zdjęciu. Jedno z nich przedstawiono w Berlinie.
Znacznie mniej nastawieni na duchowość byli francuscy XIX-wieczni twórcy, do których także przemówiło piękno malowideł Botticellego. Jedna z najsłynniejszych parafraz to akademickie dzieło „Narodziny Wenus" Williama Bouguereau (1879). Bohaterka wcale nie wydaje się niewinna, wdzięczy się do widza jak aktorka na scenie, otoczona tłumem statystów: amorków, nimf i satyrów.
Obrazy w świątyni
Wreszcie dochodzimy do celu. Na końcu wybudowano swoiste sanktuarium Botticellego: prostokątna konstrukcja pośrodku wielkiej sali. Zewnętrzne ściany budowli pokryte są obrazami mistrza. Najwięcej prac pochodzi ze szczytowej fazy twórczej Sandra – lata 70. i 80. XV stulecia. Jest cała seria pięknych Madonn, w tym dwie z polskich kolekcji (tondo Lanckorońskich i „Madonna ze śpiewającymi aniołami" ze zbioru Raczyńskich). Jest słynny święty Sebastian, tyleż cierpiący, co powabny. Są też męskie portrety, z pewnością odwzorowane według modeli. Obok niezidentyfikowanego przystojnego chłopca o blond lokach, z którymi kontrastuje czerwona czapeczka, figuruje postać znana w całej Toskanii, a nawet Europie: Giuliano de' Medici, brat Wawrzyńca Wspaniałego. Szlachetna szczupła twarz, długi, wąski nos, przymknięte powieki, ciemne pukle. Czyżby wierna podobizna? Nie, to pośmiertny wizerunek młodzieńca zasztyletowanego w wieku 25 lat podczas mszy we florenckiej katedrze...
Lepiej nie rozpamiętywać tamtej zbrodni i przejść do „kaplicy" – serca ekspozycji. Tu nic nikomu nie grozi. Panuje podniosły nastrój: na ciemnoczerwonych ścianach umieszczono zaledwie dwa obiekty.
Na ścianie z prawej strony – rysunek piórkiem do „Boskiej komedii" (1492–1498). Na wprost wejścia – obraz „Mistyczne narodziny" (1501). Późne prace, już nie tak urzekające jak wspomniane Madonny. Wyróżniono je z innego powodu: są sygnowane przez Botticellego. Jego sława już wówczas zblakła, pracownia upadła, uczniowie odeszli. I właśnie u schyłku życia artysta uznał za właściwe złożyć swój podpis.
Wystawa czynna do 24 stycznia 2016