W serwisie fakt.pl Łukasz Warzecha zauważa:
Przed Euro mieliśmy wzmożenie propagandowe pod hasłem: „Polska jest fajna i OK, a kto się nie cieszy, chce źle dla kraju”. W trakcie mieliśmy wzmożenie na zasadzie „wszystko idzie wspaniale, wszyscy nas kochają”. Teraz Euro się skończyło i mamy ostatni etap wzmożenia – taką propagandową okazję trzeba wycisnąć jak cytrynę do samiutkiego końca. Teraz obowiązuje hasło: „Wbrew malkontentom było wspaniale”.
Warzecha podkreśla:
Politycy obozu rządzącego oraz wspierający go gorliwie komentatorzy rozdęli znaczenie Euro do absurdalnych rozmiarów. Mistrzostwa jawią się już nie jako wydarzenie dekady, ale dwudziestolecia – ba, może nawet stulecia, a może nawet tysiąclecia. Większe i poważniejsze nie tylko od przełomu 1989 r. i festiwalu „Solidarności”, ale nawet uchwalenia Konstytucji 3 Maja, a może i unii polsko-litewskiej.
Ale oto nadchodzi kres błogiego okresu, gdy władza mogła przykrywać wszystkie swoje niedociągnięcia eurobełkotem. Mamy więc nową narrację, wymyśloną w zaciszu Ostachowiczowego gabinetu.
I przywołuje "próbkę" autorstwa Radosława Sikorskiego w TVN24:
Piekło pewnie znowu wróci, bo jak już słyszałem wczoraj czy przedwczoraj – wraca klimat narzekania nawet na ten wielki sukces, jakim jest Euro.
Warzecha wyprowadza wniosek:
Możemy się zatem spodziewać, że teraz każda próba rozliczania mistrzostw czy sporządzenia ich bilansu będzie kwalifikowana jako „powrót polskiego piekła”. Mało odkrywcze i ograne. Miejmy nadzieję, że także nieskuteczne.