W salonie24.pl Jarosław Flis pisze:
Dwukrotnie w ostatnich dniach na łamach "GW" pojawiała się sugestia: Przy takich notowaniach jak dziś samotny Sojusz miałby tylko... jednego europarlamentarzystę. Na Śląsku. (…) Taka informacja towarzyszyła sugestii, że SLD powinno stworzyć wspólną listę z drugą z sił aspirujących do miana lewicy.
Zaciekawiony naukowiec postanowił to sprawdzić. I oto okazuje się, że:
W żaden sposób jednego mandatu dla SLD tu nie widzę. Gdzieś to oscyluje wokół ostatniego wyniku, gdy SLD zdobył 7 mandatów rozrzuconych po jednym w większych okręgach.
Ktoś najwyraźniej nie wziął pod uwagę, że w wyborach europejskich mandaty dzielimy najpierw w skali kraju. Stąd też nie ma problemu naturalnego progu wyborczego, który faktycznie mógłby być barierą dla partii tej wielkości, gdyby mandaty były dzielone w okręgach.
A zatem:
Nie ma też zatem żadnej nagrody dla zwycięzcy, ani też matematycznej "nagrody integracyjnej", którą partie dostawałyby, gdyby połączyły swe siły. Stąd wspólny start SLD i RP, który matematycznie mógłby namieszać w wyborach sejmowych czy sejmikowych, akurat w eurowyborach nic nie daje. Liczba zdobywanych mandatów po połączeniu sondażowych wyników obu partii się nie zmienia.
Flis pointuje:
Nie mnie dociekać, kto też takie wyliczenia podsuwa Dominice Wielowieyskiej i Agacie Nowakowskiej (nie chce mi się wierzyć, że zrobiły to same). Na przyszłość zachęcałbym do ostrożności w korzystaniu z tego źródła.
Jedno jest pewne - straszenie Sojuszu takim scenariuszem nie ma dziś żadnych podstaw. Akurat wybory europejskie są najbezpieczniejszymi dla mniejszych partii i najsłabiej popychającymi do wspólnych przedsięwzięć.