Plus Minus: Cieszysz się, że rap jest dziś zdecydowanie najpopularniejszym gatunkiem muzyki w Polsce?

Niezbyt mnie to interesuje. Powiem więcej: dopiero niedawno odkryłam, że tak jest. Kliknęłam w kartę „Na czasie" na YouTubie i byłam naprawdę zaskoczona, że wśród najpopularniejszych filmików jest tak wiele kawałków rapowych. I świetnie, że tylu twórców wybiera ten sposób wyrazu muzycznego, że zarabiają na tym pieniądze, ale to nie jest moja branża, nie mój hip-hop.

A czym dla ciebie jest hip-hop?

Dla mnie hip-hop jest wtedy, kiedy jesteś szczery, niezależny. Kiedy szlifujesz siebie; rozumiesz, skąd pochodzisz, i wspierasz swe „lokalne getto", ale też robisz to z refleksją – tak by tobie i twoim ziomalom żyło się lepiej. Może to i wyświechtane zdania, ale tak właśnie zaczął się mój hip-hop. Ja startowałam z pozycji opresji, deficytu, problemów pokolenia '89. I naprawdę nie dążę do tego, by mieć sławę i bogactwo, bo to środki. Chcę reprezentować jak najwyższy poziom w krafcie, rzemiośle, którego się imam, i budować coś z moimi ludźmi.

Na polskiej scenie rapowej da się w ogóle być takim hiphopowcem pełną gębą?

To nie jest do końca naturalne. Czasami budzę się i rano i jestem szczerze zdziwiona, że nie obudziłam się na Brooklynie (śmiech). Czasem czuję, że tu nie do końca pasuję, bo wraz ze słuchaniem amerykańskiego rapu wsiąkła we mnie potrzeba pewnej walki, którą trudno toczyć na naszym podwórku. Ale i tak próbuję – trzeba robić swoje.

O jakiej walce mówisz?

O zaangażowaniu społecznym, otwartości, nastawieniu na dialog, język uczuć. Na pewno nie o walce stricte politycznej, bo ja całą politykę... no, po prostu stronię od polityki (śmiech). Bardziej chodzi o pewne wyczulenie społeczne, przyjazne spojrzenie na drugiego człowieka, dostrzeżenie, że świat nie jest zbudowany tylko z siły, ale i z wrażliwości. Misją hip-hopu jest miłość – by ludzie lepiej rozumieli własne emocje i siebie nawzajem. Życie.

To nic dziwnego, że nie odnajdujesz się na rodzimej scenie. Bo polski rap jest bardzo brutalny, powiedziałbym nawet przewrotnie, że mało hiphopowy.

Dokładnie, polska muzyka rap jest mało hiphopowa, dlatego czasami się czuję, jakbym była tu jakąś matką Teresą. Określa się mnie jako taką hiphopową siostrę, która by chciała dla wszystkich dobrze. Miłość, pokój i w ogóle...

A ja zawsze cię miałem za twardą babkę.

No i fajnie, bo potrzebuję tej siły, by pchać to do przodu. Ale sama czasami się czuję, jakbym była jakimś lamusem – przez to, że interesuje mnie, jak ludzie się czują, z czym się zmagają. A to u nas niepopularna postawa.

Podchodzisz do ludzi na imprezie i pytasz, jak się czują?

Jasne, a ty nie?

Nie, ale wiem, że pewien szczeciński raper kiedyś często tak robił – podchodził do ludzi i pytał po angielsku: „Do you wanna talk about it?" („Chcesz o tym pogadać"). Aż w końcu zaczęli wołać na niego „Łona".

(Śmiech). Ja w ogóle lubię gadać z ludźmi na imprezach, na których gram, i szczerze interesują mnie ich odczucia. To przecież ja, jako osoba występująca, mam sprezentować im dobre samopoczucie. Po to przychodzą słuchać mojej muzyki. Nie chcę tego nazywać rozrywką, bo koncert to oczywiście coś więcej – to nie supermarket z emocjami; ale wydaję mi się, że robiąc swoje i będąc sobą, mogę dawać ludziom coś wartościowego, zresztą oni mi też. Relacja artysta–odbiorca to powinna być obustronna korzyść.

Dużo dziewczyn przychodzi na twoje koncerty?

Tak, nawet jak jest więcej facetów, to i tak dużo rozmawiam z dziewczynami – podchodzą, robimy sobie fotki, żartujemy, a czasem poważnie gadamy. Wydaje mi się, że przychodzą właśnie po to, by posłuchać rapującej dziewczyny. To jest megamiłe.

Mam wrażenie, że często zastanawiamy się nad tym, dlaczego w Polsce jest tak mało raperek, a rzadko, czy wiele polskich dziewczyn w ogóle słucha rapu.

Ostatnio sama to rozkminiałam. Sprawdziłam statystyki dotyczące moich odbiorców w serwisach streamingowych i okazało się, że słuchają mnie głównie faceci. Mam nadzieję, że przyjdą kiedyś czasy, iż rapu będzie słuchało więcej kobiet, ale nie zgodzę się, że jest mało raperek, bo przy samej mojej ulicy, na warszawskich Szmulkach, mieszkają trzy inne świetne raperki. Problem w tym, że mało kto o nich w ogóle wie. Dlatego branża to jedno, a rzeczywistość drugie. Nie zdajesz sobie sprawy, ile naprawdę jest kobiet w rapie.

A ty swoje kawałki kierujesz do kobiet?

Nie, staram się kierować przekaz uniwersalnie, a często jest on po prostu dla mnie – to taki „wyrzyg" artystyczny. Ale na przykład mój numer „Gro$$-Pol" z pewnością trafia bardziej do kobiet. Chciałabym jednak, żeby kobiecy pierwiastek był przyjmowany przez słuchaczy z większą otwartością, a tematy i formy wybierane przez kobiety ważyły tyle samo, ile te wybierane przez panów.

W „Gro$$-Pol" opowiadasz bardzo szczerze o swoim ciele, o rzeczach, które zazwyczaj ludzie chcą ukryć.

Tylko pamiętajmy, że to jednak pewien wyraz artystyczny. Ale powiedzenie tego na głos – już nieważne, czy jako podmiot liryczny, czy jako totalnie autentyczna ja – jest rzeczywiście jakimś zdjęciem maski, skruszeniem tabu. To dało mi niesamowitą siłę. Po tym numerze czułam, że już mnie nic nie zabije.

Jaki był odzew?

Super. Wręcz tak dobry, że w pewnym momencie zaczęłam się nawet zastanawiać, czy wypuszczając tak mocny numer jako pierwszy singiel albumu, nie chciałam jakoś podświadomie nabić sobie wyświetleń skandalem (śmiech). Ale tak naprawdę to ja serio byłam mocno wkurzona na to, że na każdym kroku faceci ciągle mi mówią, co mam robić. Chcą mi tłumaczyć świat, pomagać w parkowaniu. Chcą mi nawet wyjaśniać, o czym tak naprawdę napisałam tekst (śmiech). No, szajba.

Ale przecież w tym kawałku wcale na to nie narzekasz.

Bo wiem, że presja, której sama na siebie nie wezmę, nie jest tak naprawdę presją. I o tym jest ten numer: że nie będę golić miejsc intymnych, jeżeli nie chcę, a kawałki o tym, że kobiety mają to robić, bo tak sobie życzą panowie, jak utwór „Pęknięty Jeż" Tedego, obrażają mnie i wcale nie są aż tak śmieszne. I mega się cieszę, jak piszą do mnie kobiety, że ten kawałek je umacnia.

Ale jako raperka na zdominowanej przez mężczyzn scenie chyba musisz jednak jakąś presję odczuwać – w pewien sposób dźwigasz na swoich barkach cały kobiecy rap.

Ale do takiej odpowiedzialności to jestem przyzwyczajona, to mnie zupełnie nie rusza. Ja robię hip-hop, a jego nieodłączną częścią jest reprezentowanie. Reprezentuję w codziennym życiu, w tańcu, w rapie – i to reprezentowanie jest dla mnie przywilejem; jestem wdzięczna, jeżeli mogę być dla kogoś przykładem, jeżeli uda mi się komuś przetrzeć szlak. Cieszę się, że po prostu mogę być w kulturze...

...i żyć z tego.

Jasne, ale mam wrażenie, że za często patrzymy dziś na rapową scenę od strony biznesowej, a za rzadko – od społecznościowej. Dla mnie to jest cudowne, że mogę sobie po koncercie porozmawiać z dziewczynami, że potrafimy dzięki muzyce otworzyć się przed sobą, że coś budujemy i wychodzimy z tej rozmowy silniejsze albo wzruszone. Wyświetlenia są fajne, sława też, ale tak szczerze, to ja nigdy tymi drzwiami na tę scenę nie wchodziłam – ja chcę cieszyć się życiem, poznawać, doświadczać. Nie potrzebuję wszystkich tych rankingów.

Wydałyście w tym tygodniu album projektu WRR – Wdowa, Rena, Ryfa Ri. To pierwsza w Polsce kobieca „supergrupa" – wspólny projekt uznanych raperek, tworzących wcześniej głównie solowo. I naturalnie w mediach muzycznych zrobiło się głośno o kobietach w rapie. Chciałabyś, aby ten album coś zmienił?

Na pewno chciałabym, żeby kobiety w rapie pozwalały sobie na więcej, by rozumiały, że mogą tu być na równych prawach i nie muszą ani gryźć się w język, ani wyglądać w określony sposób. Super, jakby nasz album w tym pomógł, ale tak naprawdę to nie od nas zależy. My z dziewczynami robimy po prostu rap, nawijamy o tym, co same czujemy, a jak to zadziała – zobaczymy.

W kawałku „W szafie śpisz" cytujecie seksistowskie komentarze, na jakie mogą się na YouTubie natknąć raperki. To właśnie najmocniej podcina skrzydła młodym dziewczynom?

To na pewno jeden z elementów tej machiny. Czytając te komentarze, chciałabym spytać każdego z tych komentujących: stary, czemu ty tak bardzo nienawidzisz kobiet, skąd ci się to wzięło? Naprawdę chciałabym to wiedzieć. Dobrze by było, jakby młode raperki dawały sobie prawo do tego, by to najzwyczajniej w świecie olać, pomyśleć sobie, czytając takie komentarze: co za debile... Bo póty te komentarze będą nas dotykać, póki będą się pojawiać. My rapujemy o tym z dystansem i przekonaniem, że nas to już nie boli. Bo rzeczywiście tak już jest, że pomimo niezgody na hejt nie psuje mi on humoru. Już nie.

Zawsze podobało mi się w WCK, ekipie, z którą jesteś najmocniej związana, że nagrywacie albumy w bardzo specyficzny sposób: zamykacie się wspólnie na ileś tam dni, imprezujecie, piszecie teksty i w tym samym miejscu później je nagrywacie.

I na płytach WCK, mam nadzieję, czuć ten ziomalski klimat. Na pewno nie są to płyty w stylu: „wygrajmy listę przebojów", tylko bardziej: „powiem ci, jak się czuję i co u mnie". Poza tym próbujemy zawsze wejść w dialog ze sceną, wtrącamy w teksty sporo follow-upów, czyli nawiązujemy do wersów innych raperów, i ogólnie mocno siedzimy w tym hiphopowym krafcie.

Czyli jesteście po prostu insiderami.

Tak, ja czasem lubię być nawet taką hiphopową snobką, na zasadzie, że ja wiem, czym jest prawdziwy rap, a wy nie (śmiech). To buduje cały magnetyzm. Ale przede wszystkim jesteśmy po prostu przyjaciółmi – i to jest właśnie hip-hop.

Nagrywasz tylko z przyjaciółmi?

Nie, za bardzo lubię tworzyć, by tak się ograniczać. Ciągle chcę się rozwijać, pisać. Jak ktoś mi podsyła świetny kawałek z propozycją, bym się do niego dograła, to najzwyczajniej nie potrafię odmówić. Czasami trafia w moją wrażliwość i potrzeby twórcze, a czasami chodzi o zwykłą chęć rywalizacji, bo nie ukrywajmy, rap to po części też pewna gra. Jak mogę się komuś dograć i go „pozjadać", czyli nawinąć świetną zwrotkę na jego albumie, to robię to z przyjemnością (śmiech). Ale równie dobrze mogę czuć po prostu wyzwanie, by zrobić fajnie zbalansowany numer – bo przecież mówimy o muzyce. A ja najzwyczajniej kocham robić muzykę.

To brzmi banalnie, że rap to muzyka, ale jak jestem zapraszany do różnych mediów, by opowiadać o rapie, to często pytają mnie, czy to współczesna poezja, czy to pokoleniowy bunt, a jakoś nigdy nie pytają o rap jako muzykę...

Dokładnie! Jak wypuściłyśmy pierwszy singiel WRR – pod tytułem „Wrr", to wszyscy doszukiwali się w nim jakiegoś drugiego dna, debatowali, o co nam chodzi. A chodziło nam tylko o to, by dać czadu! Dawno nie miałam tak dużej satysfakcji z robienia muzyki jak przy tym numerze, a ludzie doszukują się w nim nie wiadomo jakiego werteryzmu, jakiegoś starcia „pokolenie xD" kontra „boomersi". Nie, mnie stary powiedział, że trzeba dawać czadu, to jest muzyka, trzeba umieć się nią bawić, i dlatego zawsze ciągnie mnie do wszelkich eksperymentów – to po prostu przygoda. Jestem wielką fanką Milesa Davisa i chcę robić właśnie rapowy jazz, bo to najlepsze, co można robić – jazz, czyli innymi słowy: chodźmy i coś spieprzmy (śmiech). To marzenie mojego życia.

Żeby eksperymentować z muzyką?

Ze wszystkim: muzyką, rytmem, melodią, tańcem, metrum... Nie wiem, ile osób nagrało rap w innym metrum niż cztery czwarte, a dla mnie jedną z największych muzycznych przygód było nagrać na album „47UNK" kawałek na sześć ósmych. To numer, którego nikt nie słucha – jak wynika ze statystyk na streamingach – ale dla mnie nagranie go było spełnieniem jazzowych marzeń. I moim zdaniem każdy wers w nim trafia w rytm, co oczywiście nie jest łatwe w takim metrum, ale ja naprawdę świetnie się bawię w takich eksperymentach. Kocham tańczyć polimetrię, umiem na przykład zatańczyć trzy czwarte i siedem ósmych.

Nie wiem, co to znaczy, ale na pewno to zostawimy w wywiadzie!

(Śmiech). Polimetria jest wtedy, gdy prowadzisz ciało w dwóch różnych metrach – góra rusza się zupełnie inaczej niż nogi, a spotykają jedynie raz na ileś tam taktów.

Czujesz się bardziej raperką czy tancerką?

Jestem obsesyjnie zakochana w rytmie, więc rap i taniec są mi tak samo bliskie. A czuję się człowiekiem.

A lubisz, jak rap jest zaangażowany?

Lubię każdy rodzaj rapu. Rap powinien być taki, jaki tylko ktoś chce go sobie robić. Najważniejsze, by był szczery i dobry. Sama czasem lubię włączyć sobie zaangażowany rap, a czasem mam humor na coś zupełnie bez przekazu, po prostu dla dobrej zabawy. Erykah Badu powiedziała kiedyś, że tak jak nie można być trochę w ciąży, tak i nie można trochę kochać hip-hopu – trzeba go brać w całości.

Ale czy rap nie jest właśnie świetnym narzędziem, by opowiadać o problemach naszego pokolenia?

Tak, rap po prostu jest dla nas, to muzyka milenialsów, a my jesteśmy właśnie tacy jak rap – jesteśmy pokoleniem rapu. Rozumiem, że teraz czasy się zmieniają i trzeba mnie „OK zboomerować" w wielu moich poglądach, a rap, jaki my znaliśmy, dziś się kończy. I musimy się z tym pogodzić, trzeba pozwolić mu odejść. Może on nie umrze, jak nawijał Nas, ale na pewno zmieni się zupełnie jego rozumienie. Ja oczywiście zamierzam kontynuować swoją przygodę, bo ze mnie tego rapu nie wyjmiesz, nie ma szans, ale rozumiem, że na scenę wchodzi nowe pokolenie i będzie robiło muzykę po swojemu. Czyli rap nie zniknie, ale to nie będzie już nasz rap.

To ciekawe, bo my rzeczywiście w dość prostej linii kontynuowaliśmy to, co wymyślono na Bronksie jeszcze w latach 70. XX wieku. Ale my żyliśmy też w bardzo podobnym świecie jak ojcowie hip-hopu, a pokolenie wychowane już w czasach mediów społecznościowych żyje w zupełnie innej rzeczywistości.

Dokładnie, i mierzy się z zupełnie innymi wyzwaniami. Dobra, śmieję się, że to już nie moja branża, ale z drugiej strony, co ci młodzi mają zrobić, jak wszyscy osiągają dziś instant sukces, w pięć minut. Oni też muszą się dostosować do swoich czasów, muszą biec za tym sukcesem. I w ogóle im tego nie zazdroszczę. Jestem naprawdę szczęśliwa, że tak nie musiałam.

Że nie musiałaś osiągnąć sukcesu od razu pierwszą płytą?

Że mogłam pozwolić sobie na naukę warsztatu, zbieranie doświadczeń. Jestem za to megawdzięczna. Kiedyś się wkurzałam, że młodzi wspinają się na szczyt bez tego „kodeksu samuraja". Że nie idą tą drogą, którą my musieliśmy przejść, wchodząc na wszystkie szczeble po kolei. Ale później zrozumiałam, że oni niekoniecznie mają łatwiej, a być może właśnie borykają się z tym, że muszą wszystko zdobyć już teraz, wszystko od razu.

Podoba ci się dziś ten ogrom elektroniki w rapie?

Dopóki muzyka ma duszę, to mnie nie obchodzi, ile jest w niej komputera. Ale to jest prawdziwą sztuką, by na komputerze zrobić coś, co ma duszę. Ja też dobrze odnajduję się w nowoczesnej stylistyce, choć muzyka oczywiście przewodzi sentymenty, więc najbardziej moją muzyką zawsze będzie ta, na której się wychowywałam, czyli klasyczny rap – to nim nasiąknęłam. Ale zawsze miałam i mam bardzo otwarte podejście do sztuki. Zresztą nie można mieć innego, bo inaczej nie ma sztuki.

Czyli nie boisz się efektów na wokalu, jak np. autotune?

Jestem wręcz wielbicielką autotune'a – interesuję się efektami, dużo się o nich uczę, oglądam koncerty Travisa Scotta, który świetnie z nich potrafi korzystać. Interesuje mnie każde narzędzie, które może dać... uczucie. Bo o to przecież chodzi w muzyce.

Ryfa Ri (ur. 1989 r.) jest raperką, tancerką i instruktorką tańca, członkinią rapowej ekipy WCK. W 2021 roku wydała dwa albumy: „Elo Polo EP" z producentem Panamą i „Wyłącz to g**no" z zespołem WRR