Byłem i jestem przeciwnikiem aborcji i zwolennikiem prawnych ograniczeń jej wykonywania. Aborcja eugeniczna (zwana też embriopatologiczną) jest dla mnie trudna do pogodzenia z zasadą niedyskryminacji osób z niepełnosprawnością, choć rozumiem emocje rodziców, którzy dowiadują się o ciężkiej chorobie dziecka.

We wtorek Sejm uchwalił nowelizację Kodeksu Karnego, która przewiduje częściową dekryminalizację aborcji za zgodą kobiety. Dekryminalizacja w istocie oznacza legalizację, bo tam, gdzie nie ma konsekwencji, tam nie ma też realnie działającego prawa. Zapewnienia lewicy, że chodzi tylko o odstępowanie od kary, mnie nie przekonują.

Czytaj więcej

Tusk nie wygra wyborów cudzymi obietnicami

Nie przekonuje mnie także – i to z powodów prawnych – tak proste odwracanie decyzji Trybunału Konstytucyjnego przez Sejm. Sześć lat temu TK uznał, że aborcja eugeniczna/embriopatologiczna jest niezgodna z konstytucją. A jeśli tak, to Sejm nie ma władzy, by tę decyzję zmienić. Jeśli zaś – jak twierdzą zwolennicy koalicji rządzącej – decyzje Trybunału są niebyłe, bo sam sąd działał nieprawomocnie, to nie ma powodów, by sprawę tę głosować. W obu przypadkach głosowanie tego przez Sejm jest dziwaczne z perspektywy prawnej.

I to właśnie z tych powodów decyzja Sejmu mnie nie cieszy. Czy bardzo martwi? Nie, bo ma wymiar wyłącznie polityczny, gdyż można być pewnym, że prezydent Karol Nawrocki te zmiany zawetuje. Prawo w Polsce się zatem nie zmieni.

Po co ludowcom to głosowanie?

Warto jednak spojrzeć na te decyzje z perspektywy PSL, którego część posłów dekryminalizację poparła. Część na tyle duża, że projekt w Sejmie przeszedł. Szczerze mówiąc, trudno mi zrozumieć powody. O ile w kwestii ustawy o wspólnym pożyciu decyzja PSL była zrozumiała, bo ta sprawa – szczególnie wśród nieco bardziej umiarkowanych konserwatystów czy nawet umiarkowanie tradycyjnie nastawionych katolików – nie budzi wielkich emocji, a nawet jest akceptowalna, o tyle aborcja… Opowiadając się (w większości) po stronie projektu dekryminalizacji, ludowcy ryzykują utratę głosów zaangażowanych, choć niekoniecznie bardzo konserwatywnych katolików. Ryzyko to dotyczy także całej koalicji rządzącej, której siłą było to, że tworzyły ją formacje odmienne do pewnego stopnia światopoglądowo, a to otwierało możliwość głosowania na nią także przez ludzi, dla których kwestie obrony życia są ważne. I nawet jeśli ludzi o takich poglądach jest coraz mniej, to i tak nie należy z nich łatwo rezygnować, szczególnie że w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych nawet niewielkie przepływy elektoratu mogą decydować o wszystkim.

Czytaj więcej

Sejm uchwalił zmiany w prawie aborcyjnym. Dopuszczalna aborcja w przypadku ciężkiej wady płodu

Politycznie bezdomni katolicy

Ta sprawa uświadamia z całą mocą jeszcze raz, jak bardzo bezdomni są zaangażowani, a pozostający w sferze pro-life katolicy. Z wielu powodów głosowanie na formacje populistyczne jest z perspektywy katolickiej nieakceptowalne, o czym mocno mówił Leon XIV, gdy wracał z pielgrzymki do Francji. „Mamy do czynienia z pewnym wyrazem połączenia tych skrajnie prawicowych poglądów z pewnego rodzaju religijnością, co – nie tylko w mojej opinii, ale również w opinii przywódców zarówno Kościoła katolickiego, jak i Kościoła protestanckiego w Niemczech, którzy się na ten temat wypowiadali – nie jest autentycznym wyrazem chrześcijaństwa. I znów wracamy do wartości Ewangelii, które nie mówią o nienawiści i podziale, lecz o zrozumieniu, współczuciu i towarzyszeniu” – tłumaczył papież. Obrona życia, w tym sprzeciw wobec aborcji, też pozostaje istotnym elementem tożsamości katolickiej i z tego powodu trudne i nieoczywiste jest głosowanie przez zaangażowanych katolików na partie, które tego nie wspierają.