Reklama

Grażyna Staniszewska: Nie mogliśmy wysadzić części społeczeństwa w powietrze

Platforma nie prowadziła żadnych porządnych konsultacji społecznych, odsuwała od siebie trudniejsze problemy. Ale jednak nie niszczyła instytucji państwa. Obecnie rządzący nie mają żadnych zahamowań, żadnych granic, które baliby się przekroczyć. Eliza Olczyk rozmawia z Grażyną Staniszewską, byłą posłanką UD i UW

Aktualizacja: 04.12.2016 18:25 Publikacja: 01.12.2016 15:46

Grażyna Staniszewska w 2004 roku na konferencji prasowej. W środku Bronisław Geremek, w głębi Jan Ku

Grażyna Staniszewska w 2004 roku na konferencji prasowej. W środku Bronisław Geremek, w głębi Jan Kułakowski.

Foto: Reporter, Darek Redos

Rz:27 lat minęło od Okrągłego Stołu. Chce się pani jeszcze wspominać tamte stare czasy?

W tej chwili czuję się czasem nawet zmuszona do nich wracać. Bo to, co się od roku dzieje w Polsce, jest całkowitym zaprzeczeniem dotychczasowego myślenia o kraju. Jest zaprzepaszczeniem wieloletniego dorobku ludzi aktywnych przez ostatnie 26 lat, a także Polski.

Ma pani na myśli rządy PiS? W jaki sposób zaprzepaszczają dorobek Okrągłego Stołu?

Nie chodzi o sam Okrągły Stół... Usiedliśmy do rozmów ze stroną PZPR mimo obaw, że zostaniemy wmanewrowani do cudzej gry lub co najmniej internowani. Prowadziliśmy je, choć wiedzieliśmy, że rządzący nie mieli najmniejszej ochoty dzielić się z nami władzą, lecz chcieli uwikłać nas w swoje pomysły.

W jakie pomysły?

Reklama
Reklama

Inne rozmowy Elizy Olczyk

Na przykład PZPR wykombinowała sobie, że wobec szalejącego kryzysu gospodarczy, pustych półek w sklepach trzeba uwolnić na początek ceny żywności i poczekać, co się będzie działo. Płace, oczywiście, miały być trzymane na wodzy. To przecież był prosty sposób na wyprowadzenie ludzi na ulice i być może krwawą rewoltę. Eksperyment ten został zapisany w porozumieniach Okrągłego Stołu. Aby przeciwdziałać, wynegocjowaliśmy indeksację płac, która do pewnego stopnia niwelowała skutki galopady cen żywności po ich uwolnieniu jesienią 1989 roku. Nawiasem mówiąc, Leszek Balcerowicz nie mógł nam później wybaczyć tej indeksacji, która opóźniała efekty fundamentalnych zmian gospodarczych.

Co to ma wspólnego z obecnymi rządami PiS?

Rozmawialiśmy z PZPR bardzo uczciwie, choć byliśmy jej przeciwnikami. Dziś PiS tylko poniża i oszukuje opozycję i różne grupy społeczne. Markuje rozmowy i nie postępuje uczciwie. Chwytami chce wyprowadzić przeciwnika w pole, poniżyć, wbić go w ziemię i dla siebie zdobyć pełnię władzy.

Za rządów Platformy Obywatelskiej tak nie było?

Rzeczywiście grzechem Platformy było to, że lekceważyła przeciwników politycznych, a także obywateli. Władza to straszna rzecz. Łatwo stracić busolę i uwierzyć, że ma się mandat do robienia praktycznie wszystkiego. Polityk ściągany jest na ziemię raz na cztery lata, a poza tym nie ma nad sobą nikogo. I jeżeli nie ma wbudowanego wewnętrznego hamulca, który powstrzymuje go od pójścia na całość, to popada w kłopoty. Stąd się wzięły te ośmiorniczki, którymi zajadali się politycy Platformy na koszt podatnika. PO zwraca się teraz ku społeczeństwu obywatelskiemu, ale za jej rządów nie było ono dla niej ważne. Platforma nie prowadziła żadnych porządnych konsultacji społecznych, odsuwała od siebie trudniejsze problemy. Ale jednak nie niszczyła instytucji państwa. PO wiedziała, że gospodarka musi się rozwijać, bo jest fundamentem dobrobytu całego społeczeństwa, że sądy mają być sądami, prokuratura ma być niezależna, a Trybunał Konstytucyjny ma kontrolować rządzących. I że bardzo dobra pozycja Polski na świecie to jest wartość, której nie wolno niszczyć. Obecnie rządzący nie mają żadnych zahamowań, żadnych granic, które baliby się przekroczyć.

Może PiS zamierza zniszczyć stary porządek i zbudować nowy, tak jak pani środowisko to zrobiło w 1989 roku?

Reklama
Reklama

Ale nie ma powodu do takich działań.

Może są, skoro wyborcy zwrócili się ku partii kwestionującej ład okrągłostołowy?

Na pewno to, co zbudowaliśmy, nie było idealnie, ale zmienialiśmy kraj w biegu, ratując go przed upadkiem. Przecież myśmy uczyli się wszystkiego i równocześnie zmienialiśmy wszystko – całą gospodarkę, ustrój kraju. Polacy tego kompletnie nie doceniają. Dwukrotnie z reprezentantami wszystkich stron Okrągłego Stołu byłam zapraszana na jeden z uniwersytetów w Stanach Zjednoczonych, gdzie pytano nas tylko o jedno – jak to możliwe, że zmieniliśmy ustrój bez rozlewu krwi, bo to się nigdzie na świecie nie zdarzyło, to absolutny ewenement. A potem wracaliśmy do Polski, gdzie wszyscy psy na nas wieszali i wyzywali od kolaborantów.

W części społeczeństwa narastało poczucie, że transformacja przejechała się po nich jak walec i nigdzie nie znajdują pomocy, nawet w tych sądach, o których pani mówiła.

Zmiany rzeczywiście najwolniej szły w sądownictwie. Od samego początku, czyli od 1989 roku, nie bardzo wiedzieliśmy, jak się z tym uporać. Nie chcieliśmy – jako politycy – dyktować zmian sądownictwu z uwagi na trójpodział władzy. Liczyliśmy, być może naiwnie, na samooczyszczenie. Niestety, nikt sam się nie oczyści...

Prawica proponowała dekomunizację, ale pani środowisko zawsze było temu przeciwne.

Reklama
Reklama

Co pani rozumie przez dekomunizację? Pozbawienie pracy wszystkich funkcyjnych w poprzednim systemie? W aparacie administracyjnym PRL, w mediach, służbach mundurowych, w państwowych zakładach pracowały setki tysięcy ludzi. Przecież ich nie można było wystrzelić na Księżyc. Musieli nadal tu żyć i pracować. Co więcej, musieli znaleźć dla siebie miejsce i być nim usatysfakcjonowani, bo jak nie, to mogli nam zorganizować rewoltę, terrorystyczne bojówki czy cokolwiek. Mieli ku temu pełne kwalifikacje. Trzeba było tak rządzić, żeby po stronie dawnego aparatu nie rodził się bunt i opór, bo byśmy sobie z nim nie poradzili. Dlatego zmiany musiały być ewolucyjne i dlatego właśnie pierwszym ministrem spraw wewnętrznych w rządzie Tadeusza Mazowieckiego był Czesław Kiszczak, a pierwszym ministrem obrony narodowej komunistyczny generał Florian Siwicki.

Ale premier później obu ich wywalił i nic nadzwyczajnego się nie stało.

Bo to też działo się w porozumieniu. Uzgodniono z nimi odsunięcie i przyjście nowych ludzi. I nie odbywało się to na zasadzie totalnego niszczenia przeciwnika. Wiem, że naród miał ochotę powiesić na latarni tego czy owego polityka z poprzedniego systemu. Przez 20 lat spotykałam się z oskarżeniami, że nie zaprowadziliśmy sprawiedliwości, czyli nie osadziliśmy w więzieniach iluś tam aparatczyków. Ale polityka polega na umiejętnym wyborze spośród realnie istniejących możliwości. Do dziś jestem przekonana, że nasze decyzje były optymalne.

Dlaczego po 1989 roku związała się pani z grupą Bronisława Geremka?

Początkowo wybrałam Ruch Ludzi Pracy Ryszarda Bugaja, ale po dwóch spotkaniach dałam sobie spokój. Ryszard Bugaj mówił np., że musimy domagać się maksimum dla pracujących. Ale gdy go pytałam, skąd wziąć na to pieniądze, twierdził, że to nie nasza sprawa. Związkowiec może tak mówić, posłowi nie wolno. Ja pracowałam wtedy w komisji budżetowej...

Reklama
Reklama

On też był w komisji budżetowej.

No właśnie, ale tak budował Ruch Ludzi Pracy. To nie miało sensu. Ludziom należało zapewnić ochronę, ale na miarę możliwości państwa. W dodatku walenie w nowy rząd, mogący tak naprawdę liczyć na jedną trzecią Sejmu, było niepoważne.

Co prawda na początku kadencji posłowie PZPR i ZSL byli jak zaczadzeni, popierali wszystko, co proponował Mazowiecki. Ale wiedzieliśmy, że wystarczy jeden niefortunny ruch, a oni się policzą i będzie po nas. Dlatego m.in. poparłam Mazowieckiego – uważałam, że skoro utrzymał się przez rok, to już jest niesamowity sukces. Liczyłam, że jeżeli razem z Balcerowiczem będzie mógł realizować rozpoczęty kierunek zmian, to ich odwrócenie nie będzie już możliwe. To był wyścig z czasem.

Niestety, Lech Wałęsa zaczął atakować Mazowieckiego i rozhuśtał nastroje. Gdy premierem został Jan Krzysztof Bielecki, z punktu zraził do siebie sejmową większość, czyli obóz PZPR wraz z satelickimi ugrupowaniami, i skończyło się.

Co takiego zrobił Bielecki?

Reklama
Reklama

Przyszedł do Sejmu i powiedział do PZPR-owców: „Co wy tu jeszcze robicie? Ja tu jestem tylko do maja i robimy wybory, bo wam się żadne miejsce w Sejmie nie należy". Faktycznie miejsce im się nie należało i trzeba było doprowadzić do wyborów, ale rozpoczęte reformy wymagały czasu. Tyle że gdy Bielecki powiedział, co powiedział, to skończyła się możliwość przegłosowania czegokolwiek w Sejmie. Posłowie PZPR się po prostu policzyli... Ale wybory nie odbyły się ani w maju, ani w czerwcu, tylko późną jesienią. A przez cały ten czas było już tylko dryfowanie, zero decyzji. Premier nie miał żadnych szans przeprowadzić cokolwiek przez Sejm.

Dlaczego pani zdaniem Bielecki tak się zachował?

Zrobił to pod publiczkę i żeby przypodobać się ludziom, Wałęsie. Bo tu jakaś „gruba kreska" Mazowieckiego, kontynuacja, a on – nowy premier bohatersko uderza pięścią w stół. Tyle że to właśnie za czasów Mazowieckiego PZPR się rozpadała, a SdRP nie mogła się zorganizować. Dzięki Bieleckiemu natomiast to środowisko się zmobilizowało i urosło w siłę. Na dodatek, jak się okazało (nie wiedzieliśmy, że tak będzie), każde następne wybory były gruntownym przeoraniem sceny politycznej. I za każdym razem istniała groźba zawrócenia, zmiany kierunku przeobrażeń.

W następnym Sejmie doszło do lustracji w wykonaniu Antoniego Macierewicza, a pani znalazła się na liście agentów SB.

To było trudne przeżycie. Chciałam się wycofać z polityki, ale ludzie przekonali mnie, że będzie to uznane za przyznanie się do winy. Nie wycofałam się, choć byłam kompletnie bezradna wobec tych oskarżeń. Nie sądziłam, że można tak bezkrytycznie podejść do zapisów Służby Bezpieczeństwa. W PRL byłam bardzo zaangażowana w działalność opozycyjną na Podbeskidziu, która opierała się na wzajemnym zaufaniu. Dowodów na swoją niewinność nie miałam, bo w opozycji ich nie wytwarzaliśmy. Miałam szczęście, że w tamtych czasach działał sąd lustracyjny. Że był jakiś niezależny organ, który mógł moją sprawę prześwietlić. W moim przypadku rzecznik interesu publicznego wnioskował o oczyszczenie mnie z zarzutu tajnej współpracy z SB i tak się też stało. A w wyborach w 1993 roku, czyli już po oskarżeniu przez Macierewicza, dostałam największą liczbę głosów. Ludzie mnie wsparli.

Reklama
Reklama

Pewnie nie była pani zwolenniczką lustracji?

Nie byłam, ale nie z powodów osobistych. Wyznawałam pogląd, że każdego w Rzeczypospolitej trzeba pozyskać do naszej gry. Każdego. Nawet byłego funkcjonariusza SB, jeżeli on się na czymś zna i ma jakieś kwalifikacje. Trzeba na głowie stanąć, żeby te kwalifikacje wykorzystał na rzecz nowej Polski. Zamiast piętnowania, zemsty – zaprzęgnięcie do współdziałania. Uważałam, że tego należy się trzymać mimo oskarżeń o kolaborację, bo taki jest interes państwa polskiego. Musimy zbudować kraj, który będzie zaprzeczeniem PRL, także rękami tych, na których PRL się opierał. Lustracja to według mnie były igrzyska, a nie wartość.

Czy ta postawa nie kłóciła się z pani walką w czasach PRL? Przecież walczyła pani o odsunięcie określonych ludzi od władzy, a oni w wolnej Polsce nadal u władzy byli.

Przecież nie mogliśmy wysadzić części społeczeństwa w powietrze. Można było jedynie rozliczać konkretne zbrodnie, zadość czynić konkretnym krzywdom. A do władzy dawni pezetpeerowcy trafiali tylko wtedy, gdy naród ich wybierał. Na tym jednak polega demokracja.

To podejrzewam, że nie popiera pani pomysłu PiS obniżenia emerytur esbekom?

Mam tylko nadzieję, że ta grupa, której to dotyczy, jest już zbyt słaba, żeby doprowadzić do rozlewu krwi.

Rządzący ze strachu nie powinni podejmować takich decyzji?

Nie ze strachu, tylko z rachunku zysków i strat. Być może PiS wie, że już może sobie na to pozwolić. Oby tak było.

Pani środowisko robiło rachunki zysków i strat? Niedawno rozmawiałam z Janem Lityńskim, który mówił, że rząd Hanny Suchockiej tuż przed wyborami podejmował decyzje, które przyczyniły się do waszej porażki w 1993 roku.

Dla nas najważniejsze było, żeby zmiany w Polsce osiągnęły punkt krytyczny, po którym nie da się już ich odwrócić. Pojawiały się co prawda głosy, że trzeba sobie kupić wyborców, bo zostaniemy odsunięci od władzy i stracimy wpływ na rzeczywistość, ale zawsze przeważało państwowotwórcze stanowisko.

A większość społeczeństwa żyła w poczuciu, że lata mijają, a ich sytuacja się nie poprawia. W tym roku po raz pierwszy więcej było ludzi, którzy uznali, że ich sytuacja się poprawiła rok do roku niż niezadowolonych.

Ludzie oczekują dobrobytu z godziny na godzinę, a to nie jest możliwe. Takie działania niszczą państwo. Na obecny stan polskiej gospodarki pracowaliśmy ciężko przez 27 lat, a PiS to w tej chwili rozsadza. Kończy się ich pierwszy rok budżetowy. Zobaczymy, jakie będzie podsumowanie w lutym, ale już teraz dochodzą alarmowe sygnały. Spotykam się z przedsiębiorcami, którzy mówią mi, że osiągają jedną trzecią ubiegłorocznych obrotów, że pieniądze europejskie są zamrożone. Przedsiębiorcy są przerażeni. Jeżeli za chwilę dotknie nas gigantyczny krach, to ludzie tak jak chwalili, będą mieli pretensje do rządzących. I racja, bo po to są politycy, żeby rozwiązywali problemy, a nie schlebiali wyborcom.

Pani środowisko zawsze tak uważało i zniknęliście ze sceny politycznej.

Błąd, który popełnialiśmy od samego początku, to za mało rozmów, wyjaśniania sytuacji kraju. Po wyborach w 1989 roku ludzie chcieli się włączyć w proces transformacji. Chcieli, żeby im wyznaczyć jakieś zadania. Samorządy pracownicze chciały razem z rządem dokonywać zmian w swoich przedsiębiorstwach, a nikt nie miał czasu z nimi rozmawiać, wyznaczać zadań. Byli sfrustrowani. Błędem było, że nie przeszkoliliśmy rzeszy ludzi, którzy na wzór lektorów PZPR jeździliby po Polsce i tłumaczyli, co się dzieje. Zapłaciliśmy za to przegraną w 1993 roku.

Jak pani przyjęła połączenie Unii Demokratycznej z liberałami i powołanie Unii Wolności?

Bardzo popierałam to rozwiązanie, bo uważałam, że jedność i współdziałanie mają dużą wartość. No ale koegzystencja okazała się trudna. My byliśmy skrajnymi idealistami, natomiast liberałowie dbali o własne pozycje i stanowiska. Gdy po raz pierwszy postawili żądanie podziału stanowisk, to nasze środowisko przeżyło szok. I długo nie mogliśmy się z tego otrząsnąć.

W 1995 roku Unia Wolności wystawiła do wyborów prezydenckich Jacka Kuronia. Ale poparcie dla jego kandydatury nie było jednomyślne w waszej nowej partii. Dlaczego?

No, nie było jednomyślne. Wszyscy bardzo cenili Jacka Kuronia, ale część z nas uważała, że Jacek nie nadaje się na prezydenta. Jest za miękki, za dobry, za mało reprezentacyjny, bo prezydent jednak powinien chodzić w garniturze, a nie w dżinsach i dżinsowej koszuli.

Sama popierałam Jacka do samego końca, chociaż też miałam wątpliwości, czy ta funkcja jest dla niego. Nasi liderzy zamówili badania i wyszło im, że Jacek jest szalenie popularny. Okazało się, że to nie wystarczyło.

Co pani najmilej wspomina z czasów pani kariery politycznej?

Pracę w Sejmie. Miałam poczucie, że jestem w szczególnym miejscu w niezwykle ważnym momencie dziejowym. I że na wiele rzeczy mam bezpośredni wpływ.

Na przykład razem z Wiesią Ziółkowską z PZPR przeforsowałyśmy w ordynacji wyborczej do Sejmu głosowanie na konkretną osobę, a nie na listę partyjną, choć zakłócało to jakoby czystość systemu (na osoby głosuje się w systemie większościowym, a w proporcjonalnym – na całe listy, jak to było przez wojną). Stworzyłam w 1998 roku program komputeryzacji szkół, do którego udało mi się pozyskać wszystkie opcje polityczne. Przez dwa lata to my w Sejmie wyczarowywaliśmy rezerwę w budżecie państwa na zakup komputerów. Wraz z trzema kolegami zorganizowaliśmy skuteczną akcję ogólnopolską przeciwko ponownej centralizacji oświaty, mimo że Unia Wolności była w opozycji. To był dobry i ciekawy czas.

A praca w Senacie?

Nie podobała mi się. Senat czeka tylko na to, co prześle Sejm. Nie ma czasu na pogłębioną pracę, taką jak w Sejmie, ani na własne inicjatywy. Wszystkie decyzje podejmowane są w biegu. Na szczęście byłam tam krótko, bo tylko trzy lata. W 2004 roku weszłam do Parlamentu Europejskiego i skończyłam z Senatem.

W Parlamencie Europejskim jest chyba jeszcze gorzej, bo szeregowy poseł nic nie znaczy.

Ale mnie się tam podobało. Przed wyborami pojawiły się sygnały od Pata Coxa, ówczesnego przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, że gdyby Bronisław Geremek został europosłem, to miałby szansę na wybór na przewodniczącego PE nowej kadencji. To było bardzo mobilizujące. Uznaliśmy, że to ogromna szansa i nobilitacja dla Polski. Geremek rzeczywiście kandydował. Zachodnie media były zachwycone. Pisano o świeżym powiewie w zrutynizowanej Unii, o duchu solidarności, który niosła jego kandydatura. Nic z tego jednak nie wyszło. Było za wcześnie, nie było jeszcze zaufania do Polaków, choć kampania była świetna. Ciekawe było widzieć, jak potem zmieniał się stosunek do nas. Na korzyść, oczywiście.

W Parlamencie Europejskim ciekawy też jest sposób podejmowania decyzji. Nie wdeptuje się przeciwnika w ziemię. Wszystkim zależy na pozyskaniu maksymalnej większości, nie tylko 50 + 1 proc. Unia Europejska jest konglomeratem, w którym ściera się tak wiele autentycznie różnych interesów, doświadczeń, że osiągnięcie porozumienia jest niezwykle trudne, a mimo to się je wypracowuje i osiąga najczęściej 2/3 i więcej głosów, dbając przy tym o poszanowanie interesów nawet najmniejszych grup.

To chyba od tamtego czasu sporo się w Unii Europejskiej zmieniło, skoro decyzję w sprawie rozlokowania imigrantów przepchnięto siłą, a właściwie zdecydowała o wszystkim kanclerz Niemiec Angela Merkel.

To propaganda. Angela Merkel jako jedyna miała pomysł, co zrobić w sytuacji, gdy ludzie toną u brzegów Europy, u brzegów Unii Europejskiej. Nikt inny pomysłu nie miał. Część państw członkowskich ze strachu przed własnymi obywatelami nie chciała w ogóle zajmować się tą sprawą. Kanclerz Merkel wykazała się odwagą, zajmując stanowisko. Może trochę przesadziła, zapraszając uchodźców, ale gdyby w Europie była solidarność, to rozwiązalibyśmy ten problem. Papież Franciszek miał fantastyczny pomysł, proponując, żeby każda parafia przyjęła jedną rodzinę. W mojej parafii jest 15 tys. wiernych. Moglibyśmy przyjąć nawet piętnastoosobową rodzinę i ona w żaden sposób nie zagroziłaby naszej społeczności. Zamiast się straszyć, trzeba się było po prostu dobrze przygotować, poszukać rozwiązań. Chyba że chcemy powiedzieć: niech się topią. I tylko będziemy wyławiać trupy.

—rozmawiała Eliza Olczyk (dziennikarka tygodnika „Wprost")

Grażyna Staniszewska, była we władzach podziemnej „Solidarności". Potem w Komitecie Obywatelskim, ROAD, UD, UW, Partii Demokratycznej. Wieloletnia posłanka, senator.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95

Plus Minus
Ksiądz pedofil wykorzystywał Monikę jak tylko mógł. Zmowa milczenia i zaniedbania biskupów
Plus Minus
„Źródło czerni”: Polska w ciemnościach
Plus Minus
„Cartaventura: Lhasa”: Wyprawa po kartach
Plus Minus
„Jay Kelly”: Ostatnia gwiazda kina
Plus Minus
„Wysokie i niskie tony”: Bracia z różnych światów
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama