Pewnie nie była pani zwolenniczką lustracji?
Nie byłam, ale nie z powodów osobistych. Wyznawałam pogląd, że każdego w Rzeczypospolitej trzeba pozyskać do naszej gry. Każdego. Nawet byłego funkcjonariusza SB, jeżeli on się na czymś zna i ma jakieś kwalifikacje. Trzeba na głowie stanąć, żeby te kwalifikacje wykorzystał na rzecz nowej Polski. Zamiast piętnowania, zemsty – zaprzęgnięcie do współdziałania. Uważałam, że tego należy się trzymać mimo oskarżeń o kolaborację, bo taki jest interes państwa polskiego. Musimy zbudować kraj, który będzie zaprzeczeniem PRL, także rękami tych, na których PRL się opierał. Lustracja to według mnie były igrzyska, a nie wartość.
Czy ta postawa nie kłóciła się z pani walką w czasach PRL? Przecież walczyła pani o odsunięcie określonych ludzi od władzy, a oni w wolnej Polsce nadal u władzy byli.
Przecież nie mogliśmy wysadzić części społeczeństwa w powietrze. Można było jedynie rozliczać konkretne zbrodnie, zadość czynić konkretnym krzywdom. A do władzy dawni pezetpeerowcy trafiali tylko wtedy, gdy naród ich wybierał. Na tym jednak polega demokracja.
To podejrzewam, że nie popiera pani pomysłu PiS obniżenia emerytur esbekom?
Mam tylko nadzieję, że ta grupa, której to dotyczy, jest już zbyt słaba, żeby doprowadzić do rozlewu krwi.
Rządzący ze strachu nie powinni podejmować takich decyzji?
Nie ze strachu, tylko z rachunku zysków i strat. Być może PiS wie, że już może sobie na to pozwolić. Oby tak było.
Pani środowisko robiło rachunki zysków i strat? Niedawno rozmawiałam z Janem Lityńskim, który mówił, że rząd Hanny Suchockiej tuż przed wyborami podejmował decyzje, które przyczyniły się do waszej porażki w 1993 roku.
Dla nas najważniejsze było, żeby zmiany w Polsce osiągnęły punkt krytyczny, po którym nie da się już ich odwrócić. Pojawiały się co prawda głosy, że trzeba sobie kupić wyborców, bo zostaniemy odsunięci od władzy i stracimy wpływ na rzeczywistość, ale zawsze przeważało państwowotwórcze stanowisko.
A większość społeczeństwa żyła w poczuciu, że lata mijają, a ich sytuacja się nie poprawia. W tym roku po raz pierwszy więcej było ludzi, którzy uznali, że ich sytuacja się poprawiła rok do roku niż niezadowolonych.
Ludzie oczekują dobrobytu z godziny na godzinę, a to nie jest możliwe. Takie działania niszczą państwo. Na obecny stan polskiej gospodarki pracowaliśmy ciężko przez 27 lat, a PiS to w tej chwili rozsadza. Kończy się ich pierwszy rok budżetowy. Zobaczymy, jakie będzie podsumowanie w lutym, ale już teraz dochodzą alarmowe sygnały. Spotykam się z przedsiębiorcami, którzy mówią mi, że osiągają jedną trzecią ubiegłorocznych obrotów, że pieniądze europejskie są zamrożone. Przedsiębiorcy są przerażeni. Jeżeli za chwilę dotknie nas gigantyczny krach, to ludzie tak jak chwalili, będą mieli pretensje do rządzących. I racja, bo po to są politycy, żeby rozwiązywali problemy, a nie schlebiali wyborcom.
Pani środowisko zawsze tak uważało i zniknęliście ze sceny politycznej.
Błąd, który popełnialiśmy od samego początku, to za mało rozmów, wyjaśniania sytuacji kraju. Po wyborach w 1989 roku ludzie chcieli się włączyć w proces transformacji. Chcieli, żeby im wyznaczyć jakieś zadania. Samorządy pracownicze chciały razem z rządem dokonywać zmian w swoich przedsiębiorstwach, a nikt nie miał czasu z nimi rozmawiać, wyznaczać zadań. Byli sfrustrowani. Błędem było, że nie przeszkoliliśmy rzeszy ludzi, którzy na wzór lektorów PZPR jeździliby po Polsce i tłumaczyli, co się dzieje. Zapłaciliśmy za to przegraną w 1993 roku.
Jak pani przyjęła połączenie Unii Demokratycznej z liberałami i powołanie Unii Wolności?
Bardzo popierałam to rozwiązanie, bo uważałam, że jedność i współdziałanie mają dużą wartość. No ale koegzystencja okazała się trudna. My byliśmy skrajnymi idealistami, natomiast liberałowie dbali o własne pozycje i stanowiska. Gdy po raz pierwszy postawili żądanie podziału stanowisk, to nasze środowisko przeżyło szok. I długo nie mogliśmy się z tego otrząsnąć.
W 1995 roku Unia Wolności wystawiła do wyborów prezydenckich Jacka Kuronia. Ale poparcie dla jego kandydatury nie było jednomyślne w waszej nowej partii. Dlaczego?
No, nie było jednomyślne. Wszyscy bardzo cenili Jacka Kuronia, ale część z nas uważała, że Jacek nie nadaje się na prezydenta. Jest za miękki, za dobry, za mało reprezentacyjny, bo prezydent jednak powinien chodzić w garniturze, a nie w dżinsach i dżinsowej koszuli.
Sama popierałam Jacka do samego końca, chociaż też miałam wątpliwości, czy ta funkcja jest dla niego. Nasi liderzy zamówili badania i wyszło im, że Jacek jest szalenie popularny. Okazało się, że to nie wystarczyło.
Co pani najmilej wspomina z czasów pani kariery politycznej?
Pracę w Sejmie. Miałam poczucie, że jestem w szczególnym miejscu w niezwykle ważnym momencie dziejowym. I że na wiele rzeczy mam bezpośredni wpływ.
Na przykład razem z Wiesią Ziółkowską z PZPR przeforsowałyśmy w ordynacji wyborczej do Sejmu głosowanie na konkretną osobę, a nie na listę partyjną, choć zakłócało to jakoby czystość systemu (na osoby głosuje się w systemie większościowym, a w proporcjonalnym – na całe listy, jak to było przez wojną). Stworzyłam w 1998 roku program komputeryzacji szkół, do którego udało mi się pozyskać wszystkie opcje polityczne. Przez dwa lata to my w Sejmie wyczarowywaliśmy rezerwę w budżecie państwa na zakup komputerów. Wraz z trzema kolegami zorganizowaliśmy skuteczną akcję ogólnopolską przeciwko ponownej centralizacji oświaty, mimo że Unia Wolności była w opozycji. To był dobry i ciekawy czas.
A praca w Senacie?
Nie podobała mi się. Senat czeka tylko na to, co prześle Sejm. Nie ma czasu na pogłębioną pracę, taką jak w Sejmie, ani na własne inicjatywy. Wszystkie decyzje podejmowane są w biegu. Na szczęście byłam tam krótko, bo tylko trzy lata. W 2004 roku weszłam do Parlamentu Europejskiego i skończyłam z Senatem.
W Parlamencie Europejskim jest chyba jeszcze gorzej, bo szeregowy poseł nic nie znaczy.
Ale mnie się tam podobało. Przed wyborami pojawiły się sygnały od Pata Coxa, ówczesnego przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, że gdyby Bronisław Geremek został europosłem, to miałby szansę na wybór na przewodniczącego PE nowej kadencji. To było bardzo mobilizujące. Uznaliśmy, że to ogromna szansa i nobilitacja dla Polski. Geremek rzeczywiście kandydował. Zachodnie media były zachwycone. Pisano o świeżym powiewie w zrutynizowanej Unii, o duchu solidarności, który niosła jego kandydatura. Nic z tego jednak nie wyszło. Było za wcześnie, nie było jeszcze zaufania do Polaków, choć kampania była świetna. Ciekawe było widzieć, jak potem zmieniał się stosunek do nas. Na korzyść, oczywiście.
W Parlamencie Europejskim ciekawy też jest sposób podejmowania decyzji. Nie wdeptuje się przeciwnika w ziemię. Wszystkim zależy na pozyskaniu maksymalnej większości, nie tylko 50 + 1 proc. Unia Europejska jest konglomeratem, w którym ściera się tak wiele autentycznie różnych interesów, doświadczeń, że osiągnięcie porozumienia jest niezwykle trudne, a mimo to się je wypracowuje i osiąga najczęściej 2/3 i więcej głosów, dbając przy tym o poszanowanie interesów nawet najmniejszych grup.
To chyba od tamtego czasu sporo się w Unii Europejskiej zmieniło, skoro decyzję w sprawie rozlokowania imigrantów przepchnięto siłą, a właściwie zdecydowała o wszystkim kanclerz Niemiec Angela Merkel.
To propaganda. Angela Merkel jako jedyna miała pomysł, co zrobić w sytuacji, gdy ludzie toną u brzegów Europy, u brzegów Unii Europejskiej. Nikt inny pomysłu nie miał. Część państw członkowskich ze strachu przed własnymi obywatelami nie chciała w ogóle zajmować się tą sprawą. Kanclerz Merkel wykazała się odwagą, zajmując stanowisko. Może trochę przesadziła, zapraszając uchodźców, ale gdyby w Europie była solidarność, to rozwiązalibyśmy ten problem. Papież Franciszek miał fantastyczny pomysł, proponując, żeby każda parafia przyjęła jedną rodzinę. W mojej parafii jest 15 tys. wiernych. Moglibyśmy przyjąć nawet piętnastoosobową rodzinę i ona w żaden sposób nie zagroziłaby naszej społeczności. Zamiast się straszyć, trzeba się było po prostu dobrze przygotować, poszukać rozwiązań. Chyba że chcemy powiedzieć: niech się topią. I tylko będziemy wyławiać trupy.
—rozmawiała Eliza Olczyk (dziennikarka tygodnika „Wprost")
Grażyna Staniszewska, była we władzach podziemnej „Solidarności". Potem w Komitecie Obywatelskim, ROAD, UD, UW, Partii Demokratycznej. Wieloletnia posłanka, senator.
PLUS MINUS
Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:
prenumerata.rp.pl/plusminus
tel. 800 12 01 95