Położenie geograficzne Polski jest jakie jest i nic tego nie zmieni. Nie teleportujemy nagle naszych 312 679 kilometrów kwadratowych w inne, dogodniejsze miejsce. Polska leży w klimacie umiarkowanym i wiadomo, że ma cztery pory roku. Jest u nas wiosna, lato, jesień i zima. Ta ostatnia jest dość paskudna. Niby wiemy, że będzie, a jakoś zawsze nas zaskakuje. Jak w kultowym „Misiu" Barei. – „Pani kierowniczko, ja to wszystko rozumiem. Ja rozumiem, że wam jest zimno. Ale jak jest zima, to musi być zimno. Tak? Pani kierowniczko, takie jest odwieczne prawo natury".

Niemal co roku zimą przeżywamy ten sam rytuał. Przychodzi śnieg i drogowcy są zaskoczeni, że pada on teraz, a nie latem. To samo jest z cenami gazu. Popyt na to błękitne paliwo przeważnie rośnie zimą, bo „takie jest odwieczne prawo natury". Nie powinny więc dziwić nikogo ani nagły brak gazu, ani gwałtowny wzrost jego cen. Nie dotyczy to jednak naszych decydentów, którzy jakoś nie mogą tego przewidzieć.

Polska nie ma zbyt wiele tego surowca. Według różnych danych – z naszych złóż zaspokajamy ok. 25 proc. potrzeb kraju. Resztę musimy kupować. Gdzie? Prawidłowa odpowiedź to: gdzie się da. Od samego diabła nawet, aby tylko było tanio, a dostawca gwarantował nam, że gazu nie zabraknie. U nas jest na odwrót. Już w latach 90. XX wieku uzależniliśmy się od jednego dostawcy, podpisując tzw. kontrakt jamalski. Na skutki takiej umowy nie trzeba było długo czekać. Co jakiś czas Rosjanie, korzystając z tego, że są monopolistami, stosują wobec Polski nieczyste zagrywki.

Dlaczego więc nie kupujemy gazu z zachodu? Kłania się tutaj kiepska infrastruktura. Poza gazociągiem w Lasowie koło Zgorzelca oraz tzw. jamalskim nie mamy innych połączeń z infrastrukturą europejską. Takowe moglibyśmy już mieć od 15 lat, gdyby nie zerwano umowy na budowę gazociągu przesyłowego koło Szczecina. Stało się to podobno za namową energetycznego ideologa PiS Piotra Naimskiego. Wielka szkoda! Dzięki takiemu łącznikowi moglibyśmy sprowadzać gaz od dowolnego dostawcy z zachodu.

Dziś mamy jeden z największych kryzysów energetycznych w historii. Ceny gazu poszybowały pod sufit. Według rządzących wpływ na to mają czynniki zewnętrzne, a wśród nich szantaż rosyjski oraz odejście Niemiec od energii atomowej. Wiąże się ono z gwałtownym wzrostem zapotrzebowania na błękitne paliwo za Odrą.

Czy pretensje do sąsiadów, zachodnich i wschodnich to jedyne wyjaśnienie przyczyn kryzysu? Czy nie warto jednak, aby rządzący uderzyli się w pierś i pokazali co zrobili przez ostatnie lata, by uniknąć takiej sytuacji? Pytał o to już podczas kryzysu gazowego w 2010 roku Michał Szubski, ówczesny prezes PGNiG. Jego słowa są aktualne dziś. O tym, że będą zawirowania na rynkach gazu było wiadomo już wcześniej.

Energetyczny ideolog uspokaja. Mamy na to rozwiązanie. Będzie tarcza, czyli dopłaty do cen gazu dla klientów gazowego monopolisty. Nie bierze on jednak pod uwagę, że taki mechanizm to bezpośredni wpływ na wzrost galopującej inflacji. Czyli gaszenie pożaru przez dolewanie benzyny do ognia. Do tego tylko sprowadzają się pomysły prezentowane przez Naimskiego w rządowym radiu. Żadnej zaś refleksji nad rozwiązaniami systemowymi, które wykluczyłyby horrendalne ceny dla odbiorców.

Przedsiębiorcy i zwykli Polacy, widząc co się dzieje coraz częściej żartują – „PiS da radę". Czyż nie przypomina to sławnego z czasów PRL-u powiedzenia „rząd się sam wyżywi"? Dobra zmiana wcisnęła gaz do dechy i pędzi na ścianę. Suweren zaś siedzi obok kierowcy na tzw. miejscu dla samobójcy. Na szczęście to jeszcze nie koniec. Raczej początek długotrwałego i bolesnego leczenia...