Według badań Millward Brown trzy czwarte osób od 18 do 35 lat pracuje, ale tylko połowa ma etat, reszta – inne umowy. Aż jedna trzecia nie jest w stanie utrzymać się samodzielnie. Pomoc rodziców jest konieczna. 53 proc. mieszka więc z rodzicami – samodzielność odraczana. Ale 35 proc. w samodzielnym mieszkaniu, a gdy mają wyższe wykształcenie, to aż 48 proc. spośród nich.

Przenosimy się do wielkich miast, bo tutaj aż 72 proc. mieszka samodzielnie. Ale samodzielność mieszkaniowa kosztuje.

Nie wszystkich na to stać. Bo rata kredytu hipotecznego to ponad 1000 zł, a jeszcze koszt utrzymania mieszkania – często ponad 500 zł.

Więc zaczynamy od wynajęcia. Czasem wspólnie z kolegami – 13 proc., lub z partnerem – 41 proc. To początek rodziny. A gdy mamy dzieci – to prawie 70 proc. z nas mieszka w mieszkaniu własnym lub należącym do partnera.

Bo rynek najmu jest trudny, ryzykowny, a koszty duże. Nawet zakładany poziom czynszu dla Mieszkania+, które ma zapewnić niski czynsz 20 zł za mkw., przy szansie na własność – to przy przy mieszkaniu 35 mkw., praktycznie nie dla rodziny z dzieckiem, wydatek 700 zł. A to przy dochodzie rozporządzalnym w tej grupie wiekowej to ponad 30 proc. pensji. Dochodzą jeszcze opłaty za energię – 10 proc., i na transport – prawie 10 proc.

Czy zostanie dostatecznie dużo środków na indywidualny rozwój, na kulturę, studia, spotkanie z przyjaciółmi, naukę zawodu, wyjazdy zagraniczne, które przecież nie tylko są możliwością radosnego spędzania czasu, ale też mają swoją wartość edukacyjną?

Na zabawę już nie wystarcza, trzeba pożyczać od rodziców.

No i w końcu rodzina, chcielibyśmy rozpocząć życie we dwoje z dziećmi. Cóż, wtedy właśnie zaczynamy mieć coraz mniej pieniędzy. Dochód rozporządzalny na rodzinę w przypadku dwojga dzieci zaczyna się bardzo kurczyć. Nawet dodatek na drugie dziecko nie pozwala na pokrycie kosztów, które związane są z potrzebą mieszkaniową.

Wraca pytanie: wynajem czy zakup? Teoretycznie wynajem powinien być tańszy. Ale właściwie przy analizie fundamentalnej tańszy może być tylko o koszt kredytu. Bo przecież mieszkanie na rynku musi być zbudowane.

Ziemia, materiały, maszyny, praca, energia, projekt, nadzór, kredytowanie budowy – kosztują tyle samo i dla mieszkania na wynajem, i na własność. Przy lokalu, który jest budowany na zasadach otwartej ekonomii, przy kredycie na 25–30 lat koszt oprocentowania tego kredytu jest dodatkowym składnikiem w cenie, którą płacimy za mieszkanie.

A więc mieszkanie wynajmowane może być znacznie tańsze tylko wtedy, gdy było taniej budowane. Zatem pomoc publiczna. Czy to poprzez obniżenie kosztów kredytu inwestycji w budowie, czy może dotacje na infrastrukturę, a może tani grunt.

Ale to wymaga zmiany opłat za niewykorzystane, ale uzbrojone nieruchomości. Bo infrastruktura to my wszyscy, a nieruchomość niezabudowana z dostępem do infrastruktury to nasza wspólna strata, gdy jej właściciel nie płaci podatku od budynków.

Może warto zmienić zasady opodatkowania w takich sytuacjach. Rynek się upłynni. A właściciel nieruchomości nie straci. Będzie musiał budować, samemu lub w spółce. Może nawet z przyszłymi mieszkańcami – taka spółdzielnia kapitałowa.

Publiczne dopłaty do procesu inwestycyjnego obniżą ceny mieszkań na wynajem, ale czy zmniejszą apetyt na własność? Zwiększą szanse na stabilny rozwój młodego pokolenia, czyli nasze przyszłe emerytury. Byłaby to zachęta, która pozwoliłaby młodym podejmować decyzje nie tylko o pierwszym, ale i kolejnych dzieciach.

Może więc warto jako całość społeczeństwa teraz im dopłacić. Gwarantujemy sobie dobrą starość, im – przyszłość, a jeszcze do tego wszystkiego lepsze miasto.