"Pogawędka" z archiwum tygodnika "Uważam Rze"

W powtarzanym i w tym roku serialu „Czterej pancerni i pies" pana bohater świetnie czuje się w czołgu, w przeboju ostatnich lat „Ranczu" bez oporów trafił pan na ławeczkę?

Nie wahałem się, gdy zaproponowano mi wyjazd do ekranowych Wilkowyj. To ciekawe miejsce, a ławeczka, jak kiedyś w antycznych sztukach, pełni rolę chóru, loży komentującej rzeczywistość.

Serial o barwnym życiu zagubionej gdzieś w Polsce gminie i parafii wciąż cieszy się powodzeniem u widzów. Jak pan to tłumaczy?

Widz może się w opowiadanych na ekranie zdarzeniach i ludziach przejrzeć, jakąś naukę dla siebie wyciągnąć. Od refleksji na temat tej małej społeczności przejść do szerszego spojrzenia. Tu nie ma śmiechu dla samej zabawy.

W jednym czasie możemy pana oglądać na małym ekranie jako Gustlika Jelenia i Stacha Japycza. Jak reaguje pan na te wcielenia?

To zupełnie różne produkcje, choć obie serialowe. W pierwszej byłem młodym człowiekiem, w pełni energii, skłonnym do zmieniania swego otoczenia. Dziś jestem, jak mój bohater, w defensywie. Powtarzam sobie: „Niech młodzi kształtują rzeczywistość wokół sobie". Piwo, które dziś nawarzą, to oni będą spijać, nie ja. Ja mogę mieć najwyżej taką Schadenfreude (przyjemność czerpaną z cudzego niepowodzenia – przyp. red.), gdy patrząc zza chmurki, będę powtarzał: „A widzicie. Nie mówiłem?".

Sierpień 2012