Byłem zaproszony na uroczyste otwarcie centrum Indie – Europa – Ameryka na największej prywatnej uczelni w Indiach, Bharati Vidyapeeth. Ma ona ponad 160 wydziałów oraz instytutów i kształci ponad 200 tys. studentów (cztery razy tyle co Uniwersytet Warszawski). Bliźniacze Centrum Indyjsko-Europejskie właśnie otworzyliśmy na Uczelni Vistula, której jestem rektorem.
Studenci w Pune uczą się często do godz. 2 – 3 nad ranem, ponieważ jest ich bardzo dużo, co oznacza olbrzymią konkurencję na rynku pracy. Wielu studentów zdobywa doświadczenie w innych krajach, najczęściej anglojęzycznych: USA, Wielkiej Brytanii, Australii, Nowej Zelandii. Ale spoglądają też coraz częściej w kierunku Europy kontynentalnej. To może być szansa dla naszych uczelni, jeżeli będą potrafiły zrozumieć kryteria, jakimi kierują się uczelnie w Indiach, i będą potrafiły dostosować się do zupełnie innego kulturowo środowiska.
Pracowałem w wielu krajach: Japonii, Grecji, Wielkiej Brytanii, USA, a teraz pracuję z inwestorami z Turcji, więc jestem przyzwyczajony do różnego podejścia do prowadzenia biznesu, do różnych zwyczajów i stylów zarządzania. Jednak wizyta w Indiach była dla mnie sporym zaskoczeniem.
Na przykład w dniu, w którym zaczyna się oficjalna wizyta, nie ma jej planu. Dopiero rano po przylocie ktoś dzwoni i mówi, że spotkanie będzie w danym miejscu i porze, co oznacza, że będzie mniej więcej o tej godzinie. Dla Niemca czy Amerykanina przyzwyczajonego do napiętego grafiku spotkań to z pewnością spory szok.
Tak mijają dwa dni. Okazuje się, że mimo zupełnego chaosu organizacyjnego do wszystkich spotkań w końcu dochodzi,