Rz: Mamy niż demograficzny, który jest wyzwaniem dla wielu uczelni. Czy Wydział Nauk Ekonomicznych UW odczuwa jego skutki?

Katarzyna Kopczewska: U nas na szczęście nie widać niżu. Na studia licencjackie mamy ok. 13 kandydatów na miejsce, na międzykierunkowe studia ekonomiczno-menedżerskie prowadzone razem z Wydziałem Zarządzania UW – aż 20 osób na miejsce. Nawet na płatny program licencjacki w języku angielskim są trzy osoby na miejsce.

Co przyciąga młodych ludzi do studiów na WNE UW?

To, że wiele lat temu zdecydowaliśmy się pójść pod prąd; gdy powszechne było obniżanie poziomu, przyciąganie laptopami, stypendiami, my postawiliśmy na bardzo trudne studia i bardzo solidne kształcenie. Kształtowaliśmy program tak, by był on coraz bardziej ekspercki, ale oparty na silnym fundamencie matematycznym i teoretycznym. Stawiamy na kształcenie analityczne z mocnym komponentem praktycznym – spojrzeniem na gospodarkę. Kładziemy też nacisk na języki obce oraz na kompetencje miękkie, tak by nasi absolwenci mogli bez problemu pracować w biznesie.

I gdzie trafiają po studiach?

Obserwując profile naszych absolwentów na profesjonalnych portalach społecznościowych, widzimy, że praktycznie wszyscy pracują w zawodzie. Są analitykami w bankach, specjalistami w firmach konsultingowych, doradcami w ministerstwach. Zainteresowanie naszymi absolwentami jest olbrzymie. W kolejce ustawiają się po nich członkowie Rady Pracodawców, która działa przy naszym wydziale. Musimy ich nawet trochę powstrzymywać, by nie zabierali nam studentów zbyt wcześnie. Wartością studiów na naszym wydziale jest głęboka wiedza, która pozwala się dokształcać przez całe życie, a do tego bardzo wysoka etyka zawodowa. Od ponad 15 lat mamy program „Zero tolerancji dla ściągania". Każda próba ściągania czy plagiatu kończy się protokołem plagiatowym, drugi protokół jest podstawą skreślenia ze studiów za brak postępów w nauce. To także nas wyróżnia na rynku edukacyjnym, gdzie pobłażliwość jest zwykle trochę większa.

Może ze względu na ułomności systemu finansowania uczelni, o których pani wspominała przy okazji I edycji naszego rankingu: skoro pieniądze idą za studentem, uczelnia nie chce go skreślać z listy.

My mamy ten komfort, że jak ktoś się nie nadaje, to możemy się z nim rozstać. Nie zakładamy, że studentów stacjonarnych się nie wyrzuca.

I duży jest odsiew?

Autopromocja
Wyjątkowa okazja

Roczny dostęp do treści rp.pl za pół ceny

KUP TERAZ

Mamy dość wysoką rotację – od wielu lat uczy się u nas na studiach I i II stopnia ok. 2 tys. studentów, przy czym co roku rekrutujemy ok. tysiąca osób. Dyplomy dostaje ok. 500 osób rocznie, co oznacza, że drugie tyle po drodze odpada. Przy czym dajemy szansę na powroty, nawet po kilku latach i po skreśleniu za brak postępów w nauce. I cieszy nas, że wielu studentów – choć mogliby podjąć bezpłatne studia na innej uczelni – woli wrócić do nas, zapłacić i studiować dłużej, by skończyć nasz wydział. Studentów trzyma na WNE dobra kameralna atmosfera, życzliwość, brak wyścigu szczurów i ciekawe zajęcia. Wielu z nich podejmuje u nas kolejne studia – magisterskie, podyplomowe czy doktoranckie. Czasem droga do dyplomu nie jest łatwa, ale staramy się dać szansę tym, którym zależy na nauce. Ludzie potrzebują rygoru, rzetelnego kształcenia i szukają ambitnych wyzwań.

Jednak tacy ludzie są chyba w mniejszości?

Nigdy nie chcieliśmy iść na masowe kształcenie. Być może pozwala nam na to skala, bo jesteśmy relatywnie małym wydziałem. Nie rozwijaliśmy też studiów zaocznych, którymi wiele uczelni podratowuje swoje finanse. Przeciwnie, zaczęliśmy rozwijać studia w języku obcym. Prowadzimy teraz cztery płatne programy anglojęzyczne, w tym jeden licencjacki – finanse i inwestycje międzynarodowe – gdzie rekrutujemy 180 osób rocznie, a mniej więcej co drugi student to cudzoziemiec. Mamy też trzy programy magisterskie: data science, international economics, quantitative finance – czysto eksperckie, dla 50 osób na każdej ścieżce, gdzie wskaźnik internacjonalizacji sięga 80 proc. I mamy tam bardzo ciekawych i dobrych studentów.

Lepszych niż krajowi?

Polscy studenci są niestety zmanierowani – być może ze względu na przepisy, w tym brak konieczności składania oryginałów dokumentów czy brak ograniczeń co do liczby kierunków, na które mogą aplikować. W rezultacie często aplikują na kilka kierunków jednocześnie, wychodząc z założenia, że wypróbują dwa przez pół roku, a potem wybiorą. Efektem jest ogromna, nasilająca się fluktuacja wśród studentów I roku, tak studiów licencjackich, jak i magisterskich. Odpływ niezdecydowanych sprawia, że grupy są niepełne, część zajęć nie może być uruchomiona, a koszty funkcjonowania wyższe. Fluktuacja studentów jest olbrzymią bolączką uczelni i bardzo szkodliwym zjawiskiem dla całego rynku. Obserwujemy, że na studia magisterskie duża część studentów aplikuje po to, by dostać legitymację. Dlatego postawiliśmy na cudzoziemców. Mamy 400 regularnych studentów z zagranicy, głównie na programach anglojęzycznych, i dodatkowo ok. 130 z Erasmusa.

Cudzoziemcy nie rezygnują ze studiów?

Są dużo bardziej stabilni. Bardziej rozważnie wybierają studia i rzadziej się z nich wycofują – także ze względów finansowych, bo raczej nie rozpoczną równolegle dwóch kierunków płatnych. Przykładają się też do nauki, bo znają wartość pieniądza – nierzadko na ich studia składają się całe rodziny.

Na studia idzie teraz pokolenie Z, które podobno jest jeszcze trudniejsze niż osławione Y. Czy trzeba do niego dostosowywać program nauczania?

I tak, i nie. Naszą rolą jest odpowiadać na potrzeby kształcenia, ale i przygotować partnerów dla biznesu, dla menedżerów, wśród których siłą rzeczy dominują starsze pokolenia. Spotykamy się więc ze studentami w pół drogi. Wychodzimy im naprzeciw z nowoczesnymi narzędziami, z pewną elastycznością kształcenia – nie mamy grup dziekańskich, studenci mogą dowolnie skonstruować swój plan zajęć, co bardzo sobie cenią. Dajemy też sporo przedmiotów do wyboru, np. na studiach II stopnia jest ich 60 proc. Jednocześnie chcemy studentów nauczyć rygoru myślenia w sposób analityczny i krytyczny, dyscypliny, a także pokory. Nasi absolwenci, nawet ci najlepsi, nie są zarozumialcami.

A jacy są?

To osoby z bardzo dobrze rozwiniętymi kompetencjami analitycznymi, biegłe w języku angielskim i z solidnymi kompetencjami informatycznymi. Duży nacisk kładziemy też na kompetencje miękkie. Od 2013 r. pod wpływem Rady Pracodawców bardzo rozwinęliśmy zajęcia z komunikacji, autoprezentacji, zarządzania zmianą, motywacji i negocjacji. Na studiach magisterskich data science wprowadziliśmy nowy przedmiot understanding business, na którym nasze firmy partnerskie pokazują naszym studentom przykłady z praktyki, co im pozwoli lepiej rozumieć biznes.

Co jest teraz największym wyzwaniem dla wydziału?

Na pewno jest nim systematyczne podnoszenie jakości, o którą trzeba stale dbać. Drugie wyzwanie to stabilizacja liczby studentów programów magisterskich. Tym, co możemy zrobić, jest kształtowanie progów rekrutacyjnych w taki sposób, by przyjmować tylko najlepszych albo zdeterminowanych kandydatów. Trzecim wyzwaniem jest przyciąganie dobrych studentów z zagranicy, co nie jest łatwe, bo konkurencja o nich jest duża. Nam pomagają w tym wysokie pozycje w rankingach Eduniversal – nasz program quantative finance przygotowujący do pracy na giełdach i w funduszach inwestycyjnych jest w pierwszej 20. na świecie. Program data science jest na pierwszym miejscu w regionie, czyli w Europie Środkowo- -Wschodniej, podobnie jak international economics. Mamy też akredytację ACCA – jesteśmy w trakcie pozyskiwania ostatnich certyfikatów i w tym roku powinniśmy ją już mieć na wszystkie dziewięć modułów studiów, w przyszłości będziemy się starali certyfikować ścieżkę w języku angielskim.