fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Marek Migalski: Kto lepiej obsłuży lęki Polaków?

Obawa przed uchodźcami była jedną z przyczyn klęski Bronisława Komorowskiego. Ewentualne zgony na koronawirusa będą działać na niekorzyść Andrzeja Dudy.
AFP
Nieracjonalny strach może zdecydować o wyniku wyborów.

W tej dyskusji fakty nie mają najmniejszego znaczenia. Fakty takie, jak to, że koronawirusem zakażonych jest na całym świecie 90 tysięcy ludzi, czyli tyle, ile liczy sobie jedna dzielnica średniego miasta w Chinach; że 97 proc. z tych zakażonych przeżywa chorobę bez specjalnych kłopotów, a większość nawet bez jakichkolwiek objawów; że na grypę, tylko w Polsce i tylko od 1 do 29 lutego tego roku, zapadło 600 tysięcy ludzi (tak, 600 tysięcy), a 15 z nich tego nie przeżyło; że na całym globie zmarło na koronawirusa 3 tysiące ludzi, czyli tyle, ile w USA ginie miesięcznie (tak – miesięcznie) w wyniku użycia broni, a w Polsce w ciągu roku w wypadkach samochodowych.

Tak, te fakty nie mają najmniejszego znaczenia, bowiem ludzie boją się śmierci w wyniku zarażenia tym akurat rodzajem wirusa. To, że prawdopodobieństwo, iż tak się stanie, jest prawie zerowe, mniej więcej takie, jak w wyniku ataku tarantuli, się nie liczy. Bo liczą się emocje ludzkie, a nie statystyki i oczywiste dane. Ludzie się boją i politycy zaczęli odpowiadać na ten strach. To zaś prowadzi do konstatacji, że nieracjonalny i niczym nieuzasadniony lęk może zdecydować o tym, kto zostanie w maju wybrany na urząd prezydenta RP.

Nie byłby to pierwszy w najnowszej historii Polski przypadek, że paniczny strach przed nieistniejącym w zasadzie zagrożeniem zaciąży nad tym, kto nami rządzi. Nie dalej jak w 2015 roku obawa przed 7 tysiącami uchodźców, którzy mieli być u nas rozlokowani, stała się jedną z przyczyn porażki PO w wyborach parlamentarnych i Bronisława Komorowskiego w elekcji prezydenckiej. Naprawdę, dzielny i gościnny – podobno – naród polski zadrżał na myśl, że w każdej gminie będzie umieszczona... jedna rodzina uchodźców. Polacy, straszeni zarazkami, mikrobami oraz islamem, które ci biedni ludzie mieli rzekomo roznosić, powierzyli władzę formacji, która solennie obiecała, że ich przed ową „plagą" obroni.

Dziś role się odmieniły – to opozycja atakuje PiS i Andrzeja Dudę za słabość i nieudolność w obliczu zarazy, która – podobno – może nas zdziesiątkować. Te obawy są mniej więcej tak samo uzasadnione, jak te sprzed pięciu lat, ale obecnie w roli sprowadzających na nas nieszczęścia i plagi zostali obsadzeni ci, którzy w 2015 roku straszyli i eksploatowali społeczne lęki. Jakoś to nawet sprawiedliwe, ale przede wszystkim pokazujące, że opozycja odrobiła lekcje z populizmu PiS i posługuje się jego sprawdzonymi metodami. W maju się przekonamy, czy z podobnym skutkiem.

Od kilku lat zajmuję się aplikacją dorobku badań neurobiologicznych, prymatologicznych i kognitywistycznych do analizy zachowań i procesów politycznych. Pewną oczywistością płynącą z tych wysiłków jest to, iż w polityce o wiele bardziej niż racjonalność liczą się emocje. Szczególnie te negatywne. Wśród nich poczesną rolę odgrywa kwestia strachu i lęków.

Są one związane z paradygmatem bezpieczny – niebezpieczny, czyli jednym z podstawowych w naszym behawiorze. Był on kształtowany w naszej człowieczej, czyli obejmującej historię ostatnich dwóch milionów lat, ale także przedczłowieczej przeszłości. Jesteśmy potomkami tych, którzy nie lekceważyli szelestu w okolicznych krzakach i raczej woleli 100 razy niepotrzebnie odskoczyć, niż raz nie zauważyć kryjącego się w nich lwa. Odważni i brawurowi ginęli i nie przekazywali swojego genotypu progeniturom. Dlatego ów paradygmat bezpieczny – niebezpieczny jest dla nas jednym z podstawowych.

To dlatego raczej zwracamy uwagę na coś poruszającego się, migającego, przemieszczającego się niż stabilnego i nieporuszonego. I dlatego bardziej nastawiamy ucha na złe wieści niż na dobre. Z tego też powodu oceniamy bardzo szybko innych ludzi, zjawiska i informacje dochodzące do nas ze świata zewnętrznego jako mogące lub niemogące być źródłem niebezpieczeństwa dla nas i naszych bliskich. Niektórzy badacze, na przykład Jonathan Haidt, twierdzą, że właśnie rozbudowanie lub nie tej sfery naszej „natury" sprawia, że jesteśmy konserwatywni lub liberalni (konserwatyści mają mieć bardziej rozbudowaną potrzebę bezpieczeństwa).

Jednak bez względu na to, czy ten paradygmat decyduje o naszych poglądach politycznych czy też nie, jest oczywistym, iż dla każdego z nas jest czynnikiem ważnym. Także w procesach podejmowania decyzji politycznych. Kto lepiej potrafi go wykorzystać, ten zwiększa swoje szanse na wygraną. Na razie mistrzostwem wykazywali się w tym zakresie populiści – potrafili skutecznie zaszczepić ludziom lęk przed imigrantami, Żydami, homoseksualistami, uchodźcami itp. W Polsce doszły do tego rezerwuaru także „ideologia LGBT", gender, seksualizacja dzieci, nastawiający na nasze wolności Zachód (ze szczególnym uwzględnieniem Brukseli i Berlina). Ale, jak widać, opozycja poszła po rozum do głowy, lub po badania neurobiologów i kognitywistów, i sama zaczęła produkować strachy na Lachy i chyba dobrze na tym wychodzi.

Jesteśmy świadkami fascynującej rozgrywki o to, kto lepiej obsłuży lęki Polaków. One są faktem i liderzy Koalicji Obywatelskiej nie musieli się nawet specjalnie namęczyć, by je wykorzystać, bo narodziły się samoistnie pod wpływem mediów oraz w wyniku charakterystycznej dla ludzi wyższości Systemu1 nad Systemem2, by użyć terminu Daniela Kahnemana, noblisty i autora bestsellerów, o tym, jak nie potrafimy racjonalnie myśleć i wybieramy emocjonalne drogi na skróty.

Albo rządowi uda się przekonać większość Polaków, że zrobił wszystko, by ich ustrzec przed „śmiertelnym zagrożeniem", albo opozycja będzie triumfować nad władzą, która „naraziła miliony rodaków na śmierć". Emocje działają na niekorzyść PiS i Andrzeja Dudy. Robią oni wszystko, by pokazać się jako odpowiedzialni i stanowczy, ale ludzie mogą w nich rozpoznać tych, którzy nie zapewnili im bezpieczeństwa, czyli tego, na czym każdemu z nas zależy najbardziej.

Na razie wygląda na to, że wygrywa panikarska narracja opozycji. Każdy wykryty przypadek koronawirusa w Polsce będzie wzmacniał ten efekt. Gdyby zaś doszło, co nie daj Bóg, do pierwszych zgonów, wówczas szanse urzędującego prezydenta na reelekcję będą maleć. Tak to już jest, gdy wojuje się strachem i lękiem społecznym. To obosieczna broń.

Autor jest politologiem, profesorem UŚ

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA