fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Czy zgotujemy imigrantom holokaust

Plus Minus/Mirosław Owczarek
Takie zjawiska, jak tolerancja, prawa człowieka, przekonanie o godności ludzkiej, zostaną uznane w obliczu skrajnej inności mahometan za śmiechu warte. Najpierw Europejczycy osadzą ich w obozach internowania, a następnie wymordują.

Kiedy mój amerykański kolega Barry Gilbert oznajmił na obiedzie rodzinnym, że ma zamiar spędzić na stypendium we Wiedniu całe pół roku, usłyszał od matki: „Dlaczego chcesz jechać akurat tam? W Europie spotkała naszą rodzinę śmierć i katastrofa. Twoi dziadkowie z niej uciekali, a ty chcesz tam wracać? Nie jedź". Słowa matki Barry'ego, amerykańskiego Żyda z Bostonu, chciałbym polecić wszystkim muzułmańskim imigrantom. Nie przyjeżdżajcie do nas. W Europie czeka was tylko śmierć. Zabijemy was.

Lekcja historii z perspektywy przybysza

Na początek krótka lekcja historii. Zaraz po I wojnie światowej Europejczycy mieli do czynienia z niepokojąco wielkim ruchem uchodźców, wywołanym przez pojawienie się na scenie świata mniejszości narodowych, które z kolei powoływano do życia na mocy umów i traktatów między państwami. Szczególnym miejscem dla mniejszości okazała się Europa Wschodnia. Rodziły się w niej co rusz to nowe państwa – lub rodziły się z gruzów na nowo – na których wymuszono pokojową kohabitację wielu narodów żyjących w obrębie wspólnych granic.

Nie działało to dobrze. Zawierane ponad głowami zwykłych ludzi traktaty zobowiązywały ich do nierzadko bolesnej asymilacji polegającej na przyjmowaniu praw i obyczajów zamieszkującej dane terytorium większości. Ci, którzy nie umieli na to przystać, musieli odejść. W ten sposób półtora miliona Białorusinów i Ukraińców, pół miliona Bułgarów, 700 tysięcy Ormian, milion Greków, setki tysięcy Niemców zamieniło swoje domy na inne.

Uchodźcy tworzący w obrębie państw narodowych narodową mniejszość, zgłaszali, by tak rzec, potrzebę podwójnej ochrony prawnej: ze strony państwa, które zamieszkiwali, oraz ze strony instytucji międzynarodowych stojących na straży realizacji ich prawa do istnienia. Prawo do rozmowy we własnym języku, do przebywania we własnym kręgu kulturowym, do odprawiania czynności religijnych właściwych dla religii mniejszości były stale zagrożone i chronione bez przekonania. Dodatkowej komplikacji nastręczał fakt, że nic nie wskazywało na to, jakoby ten stan był stanem przejściowym. Słowem, tylko ludzie będący obywatelami danego państwa mogli liczyć na ochronę prawną, ci zaś, którzy zadeklarowali inną narodowość, którzy zgłaszali akces do innej kultury niż dominująca na danym terytorium, takiej ochrony byli pozbawieni. Praktyka państw suwerennych oraz ustalenia międzynarodowe generowały w ten sposób kolejne kategorie osób niechcianych, wypchniętych na margines państwa lub dożywających własnego końca na zewnątrz niego, na „ziemi niczyjej".

Francja była pierwszym państwem, które w 1915 roku masowo pozbawiało paszportów swych naturalizowanych obywateli pochodzących z krajów, z którymi toczyła wojnę. W jej ślady poszła w 1922 roku Belgia, a w roku 1926 – Włochy. Rządy obu tych państw odbierały dokumenty tożsamości osobom, które okazywały się „niegodne" swego obywatelstwa. Ustawy norymberskie z 1933 roku to kropka nad i dla kursu, jaki obrała podówczas cała Europa. Proces wynaradawiania własnych obywateli i poddawania ostracyzmowi nowych doczekał się swoistej ilustracji w powieści Franza Kafki „Zamek".

„Trzeba pamiętać – to uwaga Hannah Arendt na temat losu uchodźców – że w okresie międzywojennym prawie każdy kraj na kontynencie wydawał jakieś nowe ustawy, które nawet jeśli nie przewidywały szerokiego stosowania takiego [przeciwnego mniejszościom – P.N.] prawa, to były zawsze tak sformułowane, aby pozwalały na pozbycie się dużej liczby mieszkańców w dowolnym stosownym momencie".

Dawniej idealiści domagali się uznania za podstawowe i niezbywalne takich praw, które chroniły mniejszości na równi z pełnoprawnymi obywatelami krajów rozwiniętych. Dziś domagają się tego polityczni realiści, a nawet decydenci. Przy czym środek realizacji tej utopii – utopii zrównania praw i aspiracji większości z prawami i aspiracjami mniejszości – pozostaje zawsze ten sam: jest nim obóz dla uchodźców – nowy adres displaced persons. Właśnie w takich warunkach ludzie ci zaczynają swoje nowe życie – objęte regulacjami prawnymi stworzonymi dla sytuacji wyjątkowych, o których kształcie nie decydowali.

Prawa człowieka – ostatnia instancja, do której mogą chcieć się odwołać – funkcjonują trochę jak apel do sumienia i nie mają najmniejszego wpływu na prawo stanowione obowiązujące na terytorium zajmowanym przez większość. Nieskuteczność tych praw, ich żałosna moralistyka stała się wręcz czymś oczywistym. „Wspólnota narodów Europy upadła wtedy, gdy pozwoliła, by był wyklęty jej najsłabszy członek; upadła dlatego, że na to pozwoliła" (Hannah Arendt „My, uchodźcy").

Lekcja teraźniejszości z perspektywy autochtona

Co bardziej światli, nieuprzedzeni demografowie od dawna przestrzegali przed groźbą przemieszczania się całych mas ludzkich w kierunku dostatniej Europy. Wędrówka ludów, z jaką mamy obecnie do czynienia, była więc czymś łatwym do odgadnięcia, lecz została całkowicie zignorowana przez polityków zajętych obserwacją bieżących sondaży. Co jednak złego w tym, że jacyś ludzie chcą żyć w lepszym świecie? Czy rzeczywiście należy stawać na przeszkodzie ich marzeniom? Przecież w nieodległej przeszłości – o czym przypominają nam niektórzy niemieccy politycy – także Polacy wybierali emigrację i byli wspaniałomyślnie goszczeni przez szczodrobliwych niemieckich, angielskich czy francuskich gospodarzy. Dlaczego nie umieją odwdzięczyć się w podobnej monecie, przyjmując do swego kraju tysiące mahometan?

Rzecz w tym, że Polacy, Litwini, Łotysze, tak jak każdy naród europejski, mają – tak to ujmę – pewną łatwość asymilacji europejskiej aksjologii i obyczajów, posiadają zdolność roztapiania się w nowo przybranym narodzie, co zresztą bardzo chwalebne nie jest. Przyjezdni mahometanie tego ani nie potrafią, ani tego nie chcą. Żyjąc w Europie, przyswajają sobie jedynie materialny poziom istnienia, jednocześnie odrzucają ze wzgardą jej religijną pustkę. Zanurzeni duchowo w religii nietkniętej przez idee Oświecenia, w religii, która nigdy nie miała swojego Lutra, stanowią poważne wyzwanie dla zdrowego, zlaicyzowanego rozsądku. Ex definitione nie szanują wartości państwa świeckiego, uznając je za byt nietrwały i przygodny, a ziemię, na której się zatrzymali, za dar od Allacha.

Wiele czynników wzmacnia w Europie muzułmański prozelityzm. Najważniejszym z nich jest polityczna poprawność – choroba, na którą zapadł ogołocony z wartości Zachód. Inny czynnik stanowi zbankrutowana ideologia multikulturalizmu, święcąca swój tryumf pozgonny. Również nie bez znaczenia dla proimigracyjnej polityki państw europejskich wydają się kalkulacje niemieckich inżynierów społecznych upatrujących w napływających do Europy masach ludzkich rozwiązania kryzysu starzejącego się, bezdzietnego społeczeństwa. Wreszcie należy zwrócić uwagę na to, że obecna klasa rządząca to dawni hippisi palący trawkę z kim popadnie, kochający się z każdym, kto się tylko nawinie – dziś ten, jutro tamta. Dochodzi do tego pamięć o zbrodniach długotrwałej polityki kolonialnej oraz o czymś tak zawstydzającym, jak odwieczna dominacja chrześcijaństwa w Europie.

Autochtoni wiedzą, że wymienione przyczyny społecznej otwartości i przyzwolenia na inność to same bzdury. Skąd się bierze – pytają – ten karygodny brak woli politycznej po stronie polityków europejskich, którzy mogliby znaleźć naprawdę wiele sposobów, by pomóc mahometanom w rozwiązywaniu problemów w ich własnych krajach? Dlaczego nie bierze się pod uwagę fiaska asymilacji trzeciego pokolenia muzułmańskich imigrantów, z których wywodzą się europejscy dżihadyści? Nie twierdzimy – przyznają autochtoni – że wszyscy mahometanie to terroryści; twierdzimy, że przeważająca większość terrorystów to mahometanie.

Dziekański case

Robert Dziekański, polski robotnik budowlany, przyleciał 13 października 2007 roku do Kanady z myślą o imigracji. Na lotnisku zatrzymały go, następnie przerosły, trudności związane z aplikacją o wizę. Spędził na nim wiele godzin, nie znał angielskiego, nikt nie był w stanie mu pomóc. Matka, która miała odebrać go z lotniska, kazała synowi czekać w miejscu odbioru bagażu, dokąd nie miała prawa wstępu. Poinformowana przez personel lotniska, że żadnego Dziekańskiego nie ma na liście pasażerów, wróciła do domu, myśląc, że jej syn pomylił rejsy. W tym czasie Dziekański skrajnie wyczerpany, głodny, bez możliwości porozumienia się z kimkolwiek i w jakimkolwiek języku, forsował przy użyciu krzesła drzwi dzielące obszar celny (customs clearing area) od hali przylotów. Personel lotniska zaalarmował policję. W zatrzymaniu Dziekańskiego, który nie stawiał oporu, wzięło udział czterech funkcjonariuszy policji. Zakutego w kajdanki rażono wielokrotnie prądem, na skutek czego zmarł.

Obraz kolejny, sprzed paru tygodni, tym razem z granicy włosko-austriackiej. Ogromne masy znajdujących się w ciężkim położeniu śniadych imigrantów. Wyczerpanych, wściekłych, prących do przodu. Coś krzyczą, czegoś chcą, nikt jednak dokładnie nie wie czego. Obie strony nie potrafią dojść do porozumienia w żadnej sprawie. Na przeszkodzie stają trudności językowe. Rośnie zdenerwowanie po obu stronach. Imigranci próbują rozhuśtać stojący na poboczu autokar, w którym znajduje się grupa „normalnych" turystów. W końcu zostaje obrzucony ekskrementami i opluty. Potem rozkradane są luki bagażowe. Autokar rusza w dalszą drogę, umazany fekaliami, porysowany, z wybitymi szybami. Wśród imigrantów – zwraca uwagę świadek tego wydarzenia – właściwie nie było kobiet, nie było dzieci. W przeważającej większości – pisze na swoim blogu – byli to młodzi, agresywni mężczyźni. Wreszcie austriacka straż graniczna wydaje komunikat o zgodzie na przejście przez granicę, jednak żaden z imigrantów tego komunikatu nie rozumie. Jednocześnie każdy z nich dalej walczy o prawo do przejścia granicy. Gdy zgodę na przejście otrzymują, nie rozumieją tego. Zawracają do Włoch.

I jeszcze jeden, pokryty patyną obraz zamieszkiwanych przez mniejszości etniczne przedmieść Paryża: Clichy-sous-Bois, Severan, Neuilly-sur-Marne, Bondy i wielu innych. Mamy rok 2005. Płoną tam tysiące prywatnych samochodów, magazyny z odzieżą, restauracje. Ogień niszczy i paraliżuje transport publiczny. Naturalizowani potomkowie imigrantów wychodzą na ulicę po tym, jak dwóch z nich, uciekając przed policją, ginie rażonych prądem. Dochodzi do serii regularnych bitew między policją a ludnością napływową. „New York Times" z 5 listopada 2005 roku donosi, że „większość osób biorących udział w walkach stanowią młodzi muzułmanie z afrykańskimi i północnoafrykańskimi korzeniami". W niektórych miejscowościach władze wprowadzają godzinę policyjną.

Do podobnych zamieszek dojdzie sześć lat później w Londynie, po zastrzeleniu przez siły porządkowe czarnoskórego mieszkańca Tottenhamu, dzielnicy zamieszkiwanej przez kolorową mniejszość. Co jakiś czas płoną w Niemczech domy dla azylantów. W 2015 roku na skutek „niedotlenienia czynności mózgu" ginie na komisariacie w Hadze Arubian Mitch Henriquez. Wiadomość ta nie przedostaje się do mediów głównego nurtu – tym razem do zamieszek nie dochodzi. I jeszcze jedna informacja, najnowsza, dosłownie sprzed paru dni. Pochodzący z Iraku mahometanin Rafik Y. rani nożem berlińską policjantkę, następnie ginie od kul policyjnego patrolu.

Podobnych relacji z zajść w krajach zachodnich, a także o problematycznym sąsiedztwie Europejczyków i zamieszkujących Europę mniejszości etnicznych odnotowałem w rozmaitych mediach znacznie więcej, to raptem parę wybranych przykładów. Kto przygotowuje te relacje, w jakim celu to robi oraz z jaką intencją? Wreszcie: na jaki grunt padają medialne doniesienia o szturmowaniu przez mahometan europejskich granic? Odpowiedź na te pytania jest bardzo ciekawa.

Ćwiczenia z zagłady

Najgorsze dopiero przed nami. Na pewno nie może chodzić o to, że muzułmańscy imigranci zostaną uznani za pośledniejszych pod względem rasowym. To wykluczone, nie te czasy. Nie chodzi też o to, że przejmą niektóre zawody, że wykluczą Europejczyków z ważnych obszarów życia społecznego, że zaczną wykupywać ziemię albo inwestować kapitał dla własnych, przekazywanych potem za granicę zysków. Nikt w to nie uwierzy.

Jeśli nie chcę mahometan w Europie, jeśli z przerażeniem odnoszę się do ich obecności na Starym Kontynencie, czynię tak z obawy o ich los; nie ze strachu przed nimi, ale o nich. Historia bowiem lubi się powtarzać i to bynajmniej nie jako farsa. Mówiąc krótko, oni tu zginą, zostaną wyeliminowani, zdeptani, wgnieceni w europejską ziemię, ponieważ warunki możliwości Zagłady – o czym można przeczytać u Arendt, Theodora Adorno, Zygmunta Baumana, Jerzego Nowosielskiego czy Alaina Besançona – nie zostały usunięte. Dzieło zniszczenia może się powtórzyć zawsze na nowo, właściwie w każdej chwili.

Zmieńmy temat. Rok 1996 to apogeum paniki wywołanej chorobą Creutzfeldta-Jakoba. W ciągu paru miesięcy poszły z dymem setki tysięcy krów. Operacja zabijania została przeprowadzona sprawnie i efektywnie. Te okropne wydarzenia nazwę – oby na wyrost i nieadekwatnie – „ćwiczeniami z Holokaustu" albo składaniem ofiary całopalnej bogu techniki. Dość powiedzieć, że udowodniły one, że jeśli coś jest możliwe, to wcześniej lub później zostanie wykonane. A zatem czy Holokaust musi się zdarzyć ponownie wyłącznie dlatego, że jego przeprowadzenie z technicznego punktu widzenia przedstawia szczególnie łatwe zadanie? Nie, nie tylko dlatego. Jest jeszcze jeden, ważniejszy powód.

Niemiecki filozof i teoretyk prawa Carl Schmitt zauważył, że wszystkie kategorie polityczne stanowiące posady współczesnego świata to zeświecczone pojęcia teologiczne. I tak zawieszający prawo stan wyjątkowy odpowiada w teologii pojęciu cudu, prawo pozytywne – Pismu Świętemu, partyzanci zastąpili innowierców, akt łaski to dawne odpuszczenie win, a wyjęcie spod prawa to dawna ekskomunika. I tak dalej. Rzecz w tym, że podobnej translacji pojęć można z powodzeniem dokonać również w drugą stronę.

Przecena człowieczeństwa

Jeśli tak, zapytajmy o to, czym, w kategoriach ściśle teologicznych jest nasza zeświecczona, współczesna epoka. No więc jest to krótki, przedapokaliptyczny czas, w którym (jak powiada Pismo) planetą włada Antychryst. To zresztą nikt szczególny. Antychryst nie jest osobą wyposażoną w nadpalone skrzydła, utykającą na lewą nogę, odzianą w jaskrawożółtą kratę. Antychryst to czas, w którym żyjemy, to specyficzna aura zmierzchu wszystkich ważnych wartości, to radykalna przecena człowieczeństwa.

Nasza epoka wciela najczystsze przeciwieństwo nauczania Chrystusa. Miłość wypiera indyferentna filantropia, wiarę – rozum, religię – nauka, eschatologiczny wymiar śmierci – idee długowieczności i dobrego zdrowia. W takich warunkach ludzkość uczy się żyć poza dobrem i złem – poza jakimikolwiek wartościami, które okazują się polem do nieustannych negocjacji. Uczy się też, jak obejść się bez Boga, i faktycznie obchodzi się bez Niego.

Dziś Boga zastępują „najwyższe wartości", czy będą nimi prawo do życia, pieniądze czy bezpieczeństwo. W XX wieku, najbardziej złowieszczym stuleciu w dziejach, tego wszystkiego nie mogli zrozumieć ani tym bardziej zaakceptować religijni Żydzi (to zresztą pleonazm, nie ma niereligijnych Żydów). W tym znaczeniu rasistowska teoria o wyższości rasy aryjskiej nad innymi stanowiła jedynie parawan, pretekst dla wydarzenia Holokaustu. Jego rzeczywistym powodem była nieoświecona religijność narodu wybranego stanowiąca wyzwanie dla oświeceniowego modelu cywilizacji.

Nie o to chodzi, że droga prowadząca do Holokaustu była czymś zgoła niemożliwym, nie do pojęcia ani do odgadnięcia. W specyficznych warunkach to, co niemożliwe, stało się drogą, którą musieli przejść ci, którym religia jawiła się sprawą życia lub śmierci. „Nieobecność Żydów – pisze Zygmunt Bauman – była istotnym warunkiem powstania doskonałego świata, a nawet podstawową różnicą między tymi dwoma światami – światem minionym oraz tym, w którym żyjemy obecnie".

Słowa te należy wykrzyczeć bardzo dobitnie i głośno: żyjący w przedoświeceniowej wierze mahometanie będą musieli albo zginąć z jej powodu, albo rozpuścić swą własną, partykularną substancję w wielusetmilionowej masie zeświecczonych Europejczyków; będą musieli zginąć, ponieważ jest to możliwe. To dyktat rzeczywistości. „Mordercza machina działa na zasadzie własnego impetu i rutyny. Umiejętność dokonywania masowych morderstw musi być wykorzystana po prostu dlatego, że została wypracowana" (Zygmunt Bauman, „Nowoczesność i Zagłada").

Rzeź rozpocznie się w chwili, gdy mahometanie zmienią się z osób nieco abstrakcyjnych i egzotycznych we wszechobecnych, natrętnych innych – z ich chałatami, pejsami, z obcym słowem i niezrozumiałą mową. A kiedy przekona się mieszkańców Europy, że niechciani przybysze stanowią dla nich realne zagrożenie, wówczas przebudzą się uśpione demony.

Wszyscy jesteśmy kanadyjskimi policjantami

Takie zjawiska, jak tolerancja, prawa człowieka, przekonanie o godności ludzkiej, zostaną uznane w obliczu skrajnej inności za śmiechu warte. Najpierw Europejczycy osadzą mahometan w obozach internowania – na świeżo wybudowanych stadionach, które nieraz służyły tym celom – następnie wymordują ich przy użyciu takich samych środków technicznych, jakich użyła policja kanadyjska mordująca polskiego, preoświeceniowego imigranta. Albowiem dziś wszyscy jesteśmy kanadyjskimi policjantami. Zachęcają nas do tego media, stopniowo odczłowieczając obraz mahometan, znieczulając i usypiając naszą wrażliwość na krzywdę innych; zachęcają nas chaotyczne, przekupne i niezrozumiałe decyzje europejskich polityków.

Jeśli kwestia uchodźców nie zostanie szybko rozwiązana przy zastosowaniu środków politycznych, wezmą się za nią policjanci i filantropi. Ci drudzy będą gotowi przybyszom dać wszystko, ale w zamian za ich dusze. Z naszym błogosławieństwem. Dopiero potem przyjdzie czas na ekspiację, posypywanie głów popiołem, pielgrzymkę do Canossy i muzeum pamięci pomordowanych europejskich mahometan – pod tym względem cały czas możemy się uczyć od Niemców. W ich słowniku słowo HoloCaust już dawno opatrzono zgrabną formułą expired, taką samą, jak na przeterminowanych serach czy jogurtach.

Załatwiliśmy się z tym – zdają się mówić Niemcy – resztę zarośnie trawa, przykryje śnieg. Wkrótce i my załatwimy się z masami napływających imigrantów. Również ich zarośnie wkrótce trawa, przykryje śnieg.

Autor jest profesorem filozofii na Uniwersytecie w Białymstoku, zastępcą redaktora naczelnego kwartalnika filozoficznego „Kronos". W listopadzie br. ukaże się pod jego redakcją monumentalna „Historia filozofii politycznej II" (Wydawnictwo Fundacji Augusta Hrabiego Cieszkowskiego)

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA