fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Lider Lion Shepherd: Zamach w Barcelonie wzbudza moją złość

YouTube(kadr z filmu)
Mieliśmy rozmawiać o nowej płycie „Heat". Ale dzień przed moim spotkaniem z Kamilem Haidarem, liderem formacji Lion Shepherd, doszło do zamachów w Hiszpanii, w tym na barcelońskiej Rambli.

Kamil chciał też opowiedzieć, jak czuje się w czasach kryzysu uchodźczego i wojny domowej w jego ojczyźnie. Trudno jednak nie spytać, czy taka sytuacja, jak zamachy w Hiszpanii, nie sprawia, że osobę z Syrii bierze się pod lupę.

– Na pewno wielu ludziom podnosi się ciśnienie i wzrasta poziom zachowań ksenofobicznych – mówi muzyk. – Przez chwilę. Osobiście tego nie dostrzegam, ale ludzie żyjący wokół mnie zwracają uwagę, jak się na mnie patrzy. Ja już się przyzwyczaiłem. Kiedyś kolega z zagranicy stwierdził, że muszę być bardzo sławną osobą w Polsce, bo jak weszliśmy do pewnej restauracji – wszyscy mi się długo przyglądali. Wytłumaczyłem mu, że w takim społeczeństwie jak polskie, które jest raczej homogeniczne – mój wygląd mocno rzuca się w oczy.

To jeden ze współczesnych paradoksów: gdy dochodzi do zamachu – ludzie z Bliskiego Wschodu, Arabowie, muzułmanie zastanawiają się, czy nie uderzy rykoszetem w Bogu ducha winnego emigranta.

– Staram się tak nie myśleć i zachować zdrowy rozsądek oraz zimną krew – komentuje Kamil. – Takie wydarzenia, jak to w Barcelonie, we mnie też wzbudzają złość: to moje ukochane miasto. Ale przede wszystkim jestem przeciwny przemocy, terroryzmowi i szerzeniu swoich racji czy poglądów z pomocą siły i terroru, szczególnie wymierzonego w niewinnych ludzi. To najniższa forma agresji. Czuję się Europejczykiem, jestem mieszkańcem Unii Europejskiej i stoję po tej stronie barykady. Zresztą, u siebie też czasami zauważam podniesiony poziom  koncentracji, kiedy mijam na ulicy ortodoksyjnych muzułmanów. A jeżeli mnie się to udziela – to tym bardziej rdzennym Europejczykom. A przecież wiele lat spędziłem w krajach arabskich i kultura, nie tylko muzułmańska, ale arabska w ogóle nie jest mi obca. Dlatego rozsądek podpowiada mi, że konotacja Arab – muzułmanin – terrorysta to krzywdzące uproszczenie. Nie każdy Arab jest muzułmaninem i nie każdy muzułmanin terrorystą. Jestem jednak w stanie zrozumieć, że nagonka wynikająca z jednej strony z histerii, z drugiej zaś z realnego zagrożenia – bo zamachy terrorystyczne potwierdzają, że niebezpieczeństwo jest realne – może doprowadzić do nieracjonalnych zachowań całych grup społecznych. A nawet wojny.

Kiedy jednak Kamil leci samolotem, ma wrażenie, że ludzie wokół niego czują się bezpieczni.

– Mam długie włosy, tatuaże, robię wrażenie typowego Europejczyka – mówi. – Często jednak jestem poddawany wzmożonym kontrolom na lotniskach. Jeżeli odbywają się w granicach szacunku i procedur – jestem w stanie to zrozumieć. Wiem, skąd się to bierze. Natomiast ciekawe jest coś innego: z moich obserwacji wynika, że ludzie w miastach, w których doszło do zamachów, mają luźniejsze podejście do ludzi o bliskowschodnim wyglądzie niż Polacy, są bardziej zdystansowani. W Polsce na szczęście nie mieliśmy do czynienia z bezpośrednimi skutkami terroryzmu.

Jego zdaniem zachowanie mieszkańców zachodnich metropolii łatwo zrozumieć. Na co dzień stykają się z przedstawicielami społeczności arabskiej, muzułmańskiej, mają w niej przyjaciół, więc niełatwo im wmówić, że każdy wyznawca islamu czy każdy mieszkaniec Bliskiego Wschodu jest terrorystą.

Po ostatnich zamach w Hiszpanii przedstawiciele hiszpańskich muzułmanów wyrazili solidarność z ofiarami. Z kolei oświadczenie Rosji wskazywało, że Syria jest „centrum światowego terroryzmu". – Myślę, że Syria jest dzisiaj ofiarą światowego terroryzmu – mówi Kamil. – Przypomnijmy sobie, kto pozwolił na to, żeby siedlisko terroryzmu światowego, za jakie uznajemy tzw. Państwo Islamskie, zakorzeniło się właśnie w Syrii, gdzie ISIS eksterminuje Syryjczyków i zamienia ich państwo i życie w piekło. Moim zdaniem doprowadziła do tego bierność Rosji, Stanów Zjednoczonych za czasów Baracka Obamy oraz państw Unii Europejskiej. Bierne przyglądanie się temu, jak zwykli bandyci, uciekinierzy ze wszystkich stron świata, najemnicy, przemytnicy narkotyków, handlarze ludźmi stworzyli sobie w Syrii „wyspę piratów", którą nazwali Państwem Islamskim.

Przywołuje opinie członków swojej rodziny z Syrii, że większość terrorystów grasujących w kraju to cudzoziemcy. – Ale poza terrorystami, którzy przyjechali z byłego ZSRR oraz zachodniej części europejskiego kontynentu, gdzie mieszkały ich rodziny, najemnikami ISIS są również ludzie z czarnej Afryki. Nie tylko z krajów Maghrebu, ale także z dalszych zakątków. Syryjczycy są dzisiaj zakładnikami terrorystów – mówi.

I wraca jeszcze do rosyjskiego oświadczenia: – Dziś Putin nawołuje do utworzenia światowego sojuszu. A przecież od dawna ma wojska lądowe w Syrii i załatwia tam swoje interesy – od poligonu doświadczalnego, przez szkolenie żołnierzy, wietrzenie magazynów wojskowych, po robienie sobie przedpola do późniejszej odbudowy. Pamiętajmy, że niedługo będą w Syrii do zarobienia miliardy dolarów. Amerykańskie siły wojskowe też są tam obecne. Skąd więc pomysł, żeby nagle tworzyć koalicję do zwalczania Państwa Islamskiego? To można było zrobić już dawno!

Pewnie chodzi o zasłonę dymną dla aneksji Krymu i agresji na Ukrainę?

– Oczywiście – potwierdza Kamil. – Moim zdaniem Państwo Islamskie jest w pewnym sensie – również poprzez zaniechania – utrzymywane przez państwa Zachodu. Kiedy można było zdusić je w zarodku, nikt tego nie zrobił z powodu wielkiej polityki. Nam, maluczkim, daleko do tego. Ale może komuś było potrzebne Państwo Islamskie? Nie jestem w stanie uwierzyć, że banda zarośniętych, zacofanych islamistów była w stanie stworzyć sprawne państwo i je utrzymać. Przecież w biały dzień i pod osłoną nocy kwitł tam nielegalny handel ropą, bronią, przemyt narkotyków, handel i przemyt ludzi, rozkradanie dziedzictwa narodowego czy wręcz kultury światowej. Pamiętajmy, że Syria i jej stolica Damaszek są kolebkami kultury śródziemnomorskiej, dały podwaliny Cesarstwu Rzymskiemu. Dziś stanowią przestrzeń wielkiego mrocznego biznesu, to wielki światowy targ dóbr zakazanych.

Alawici i sunnici

Tak jak mało kto rozumie skomplikowaną historię Polski, niewiele osób zna korzenie syryjskiej wojny. Można jednak zaryzykować tezę, że dyktatura Al-Asada, będąca również próbą ukrócenia skrajnego islamizmu – zaowocowała wojną domową.

– Zacznijmy od tego, że Syria jest krajem laickim – tłumaczy Kamil. – Od odzyskania niepodległości w 1946 roku była tam najbogatsza chyba mozaika wyznaniowa wśród krajów Bliskiego Wschodu. Żyli i wciąż żyją tam obok siebie chrześcijanie, żydzi, druzowie, muzułmanie z różnych odłamów, bo są zarówno sunnici, jak szyici oraz wiele mniejszych nurtów, i jakoś udawało się to pogodzić. Na pewno konfliktowi w Syrii podwaliny dała arabska wiosna i kolejne upadki autorytarnych rządów w krajach Afryki Północnej. Tego, że pojawi się w Syrii Państwo Islamskie, które zaczęło swoje działania w Iraku, na zgliszczach reżimu saddamowskiego, nikt nie przewidział. Ani opozycja, która wtedy próbowała obalić Asada, ani jego rząd. Na marginesie, moim zdaniem, opozycja jest obecnie pozbawiona znaczenia. Nie jesteśmy w stanie wskazać żadnego przywódcy, żadnego męża stanu, który wyrósłby na następcę Asada. To świadczy o tym, że nie ma alternatywy. Ale to sami Syryjczycy muszą zdecydować, czy chcą żyć pod reżimem Asada. Ma on oczywiście wiele czarnych kart w swojej historii, ja nie jestem jego zwolennikiem.

Rodzina Asada kojarzona jest z nieortodoksyjnymi alawitami, odłamem szyitów, zwalczanych przez radykalnych sunnitów.

– Asad, siłą rzeczy, jest w opozycji do islamistów i radykalnych muzułmanów – kontynuuje Kamil. – Zwalczał ich od zawsze. Doszło do tego, że szyicka mniejszość rządziła sunnicką większością – odwrotnie niż było w Iraku. Ale ten układ działał przez dziesiątki lat. Trzeba to jasno powiedzieć: panował autorytarny reżim, łamiący prawa człowieka, mający wiele mrocznych punktów. Paradoks polega na tym, że gdyby pozwolić na demokratyczne wybory, to do władzy doszliby islamscy radykałowie. Zdarzyło się to już w Egipcie. My, Europejczycy, nie rozumiemy, że są państwa, w których autorytaryzm wynika w naturalny sposób z kultury danego społeczeństwa. Są społeczeństwa, które funkcjonują dobrze tylko w autorytaryzmach. Moim zdaniem nie każdy autorytaryzm musi się równać łamaniu praw człowieka, przemocy czy krwawym rządom. Autorytaryzm polega po prostu na tym, że jest jeden wąski ośrodek sprawujący władzę absolutną, a społeczeństwo nie bierze udziału w rządzeniu państwem w sposób demokratyczny. Nie można wymagać, żeby cały świat funkcjonował według zasad Europy Zachodniej czy Stanów Zjednoczonych, czyli demokracji liberalnej. To nie wszędzie się sprawdza. I tak jest, moim zdaniem, w Syrii. Najpierw powinniśmy uporać się z nowotworem, który nazywa się Państwo Islamskie. To w interesie nas wszystkich. Potem można myśleć, czy reżim Asada ma rację bytu czy nie. O tym powinni jednak zdecydować przede wszystkim sami Syryjczycy.

Do Damaszku

Wskutek obecnej wojny w Syrii mogło wyemigrować z  kraju 5–6 mln obywateli, nie mówiąc już o uchodźcach w granicach państwa, którzy musieli uciekać ze swoich siedlisk. Z danych Polskiej Akcji Humanitarnej wynika, że dach nad głową straciło 4 mln dzieci. Cała populacja liczy 22 mln. Te dane dają obraz syryjskiej katastrofy.

– Część Syryjczyków dotarła do Europy, ale też wielu z nich gnieździ się w obozach dla uchodźców w państwach ościennych, to naturalna droga ucieczki. Dużo obozów jest w Turcji, Libanie, Egipcie czy Jordanii. Osobiście mam wielki żal do państw arabskich o to, że bardzo pasywnie biorą udział w pomocy uchodźcom z Syrii. Wynik tej ignorancji i bezczynności przełożył się na te wszystkie łodzie płynące do Europy i wszystkie dramaty ludzkie, które się tam dzieją.

Jeśli Polska była korytarzem Europy, którym przechodziły armie mocarstw, o Syrii podobnie można powiedzieć, że jest skrzyżowaniem, gdzie zderzają się interesy wielkich sąsiadów i potęg militarnych z Europy i Ameryki. – Dzisiaj to teatr działań Iranu, USA, Rosji, Izraela. I pewnie jeszcze długo by wymieniać – przyznaje Kamil. Syryjczykom, którzy są narodem dumnym – nie do końca to odpowiada. Chcą stanowić sami o swoim bycie, o swojej historii i o swojej rzeczywistości. Pokazuje to przykład odwiecznego sporu z Izraelem, czyli temat Wzgórz Golan. Dziś jednak Syria jest poligonem dla wszystkich armii świata.

Syria to także historia chrześcijaństwa, jedna z jego kolebek. – To w drodze do Damaszku Szaweł doznał nawrócenia i stał się świętym Pawłem, grób Jana Chrzciciela mieści się w obecnym meczecie Umajjadów – przypomina muzyk. – W czasach Cesarstwa Rzymskiego i Bizantyjskiego na terenach Syrii działało wielu świętych i świątyń. Chrześcijanie są w Syrii powszechnie obecni. Pamiętam obrazki z okresu ramadanu w Damaszku. Muzułmańska część miasta była kompletnie opustoszała, a druga połowa, chrześcijańska – tętniła życiem. Czasami wystarczyło przejść przez ulicę, by widzieć wielką różnicę. Te dwie połówki stolicy dobrze ze sobą bytowały. Jednak wskazywanie na chrześcijański charakter Syrii ma w Polsce swoją ciemną stronę: zaczęło się dzielenie uchodźców na chrześcijan i niechrześcijan. Z tym łączy się następujący postulat: chrześcijan przyjmujmy, a reszty – nie.

Trzeba pamiętać o jeszcze jednym. – Odsetek Syryjczyków, czyli uchodźców wojennych, w fali imigracji, z którą mamy do czynienia przez ostatnie dwa lata, to mniej niż 16 procent – podkreśla Haidar. – To, że przybywają z Syrii, czy tylko przeszli przez Syrię – jest zupełnie inną kwestią. Jest bardzo wiele narodowości, które podszywają się pod syryjskich uchodźców, żeby dostać się do Europy, w różnych celach. Mówię otwarcie: temu jestem zdecydowanie przeciwny. Jednak pomoc uchodźcom jest obowiązkiem każdego cywilizowanego państwa. Polacy też byli uchodźcami, czy to w czasie II wojny światowej, w czasie stalinizmu czy poststalinowskiego PRL. Czytałem, że 38 mln Polaków mieszka w granicach Rzeczypospolitej, zaś 20 mln poza Polską. Oznacza to, że jedna trzecia narodu mieszka poza granicami kraju. Również dlatego uważam, że Polska powinna realizować politykę prouchodźczą. W końcu nikt z własnej woli nie zostawia dorobku życia, żeby mieszkać w namiocie na greckiej wyspie, pod Paryżem czy pod Londynem. Jednocześnie podkreślam znaczenie zabezpieczenia się przed nielegalną imigracją, która często może mieć niecne zamiary. To powinno być kontrolowane. Ale dzielenie uchodźców na lepszych i gorszych pod względem wyznania jest niecywilizowane. Uchodźca to uchodźca.

Kamil jest Polakiem syryjskiego pochodzenia. Jego ojciec przyjechał tu na studia i mieszka w Polsce od 42 lat. Jest lekarzem neonatologiem – wysokiej klasy specjalistą. Większość polskich Syryjczyków to ludzie bardzo dobrze wykształceni.

– To prawda, w latach 60., 70. i 80. przyjeżdżali do Polski kształcić się – przyznaje Kamil. – Wielu z nich tu zostało z fachem w ręku. Mój ojciec udziela się też społecznie – jest wicemarszałkiem sejmiku województwa lubelskiego. Jako Polak syryjskiego pochodzenia godnie reprezentuje Syrię.

Rodzina ma korzenie druzyjskie, pochodzi z Suwajdy.

– To stolica krainy Druzów – opowiada Kamil. – Ojciec nie był raczej osobą religijną. Jest buntownikiem, humanistą. Nie przekazał nam wiele z religii druzyjskiej. Miał do niej bardzo swobodne podejście. Może dlatego, że miał też do czynienia z wieloma innymi religiami. Gdy mieszkaliśmy w Libii, gdzie moi rodzice pracowali jako lekarze, polskie misjonarki nadały mu przydomek Ambasador. Reprezentował je, załatwiał im wszystkie sprawy urzędowe. Mieszkaliśmy niedaleko ich misji.

Kamil i jego ojciec nie biorą czynnego udziału w życiu mniejszości syryjskiej. – Może dlatego, że mieszkaliśmy długo w Białej Podlaskiej, gdzie teraz jest dwóch Syryjczyków. No, może trzech! – dodaje. – W czasach mojego dzieciństwa byliśmy tam jedyną rodziną mieszaną. Z jednej strony byliśmy „atrakcją turystyczną", z drugiej – obiektem zachowań ksenofobicznych. Ale nie odcisnęło to na mnie piętna, traktuję to w granicach normy i szczeniackich ekscesów, z którymi umieliśmy sobie radzić. Były to zresztą pojedyncze przypadki. Z wieloma kolegami z dzieciństwa i ze szkoły utrzymuję kontakt do dzisiaj. Mam raczej wybitnie pozytywne wspomnienia.

Rodzina Kamila pozostała w Syrii. – Liczą na to, że wojska rządowe uporają się z banitami, którzy zdestabilizowali kraj – mówi. – Czekają na to, że sytuacja wróci do normy. Na pewno nie chcą zostawiać swojego dorobku. Z Syrią związane jest całe ich życie, ich społeczna pozycja. Mój ojciec ma sześcioro rodzeństwa. Wszyscy mają wyższe wykształcenie. Mieli porządne życie przed wojną i po wojnie też zamierzają żyć normalnie. Podejmowaliśmy rozmowy, czy trzeba ich ewakuować, pomóc, nie chcieli. Nikomu nie przyszło do głowy stamtąd wyjeżdżać.

On sam ostatni raz był w Syrii w 2009 r. – Zapamiętałem jeszcze Syrię w pełnej okazałości – wspomina. – Chciałbym tam wrócić i zobaczyć ją chociaż w połowie odbudowaną. Bo społeczeństwo na pewno się odbuduje. Najlepszy jest polski przykład. Po II wojnie światowej Polacy, pomimo różnych przeciwności losu, podnieśli kraj z wojennej katastrofy i obecnie mamy powody do dumy z miejsca, w którym jesteśmy. Myślę, że Syria też zachowa integralność. Czy odbuduje się ekonomicznie – nie wiem. Trauma na pewno pozostanie. Ale jestem dobrej myśli.

Pasja z dwóch stron barykady

Kamil jest liderem rockowego zespołu Lion Shepherd. – Od dziecka coś mi w duszy grało – opowiada. – Pasja do rocka zrodziła się już w Polsce. Na początku lat 90. pojawił się grunge – Nirvana i Pearl Jam. Eksplozja buntowniczego grania trafiła we mnie w odpowiednim momencie. Zaczęło się od niewinnej pasji, która trwa kilkanaście lat i stała się moim zawodem. Nie wyobrażam sobie bez tego życia. Muzyka arabska też jest mi bardzo bliska. Z radością implementujemy ją do naszych nagrań.

Lion Shepherd wydał niedawno drugą płytę „Heat".

– Przemycamy do naszego akustycznego rocka coraz więcej bliskowschodnich elementów – mówi Kamil. – Te dźwięki, skale i dynamika mnie poruszają. Do ludzi to trafia, a mnie to bardzo cieszy. Dużo rozmawiamy z fanami po koncertach i to są bardzo ciekawe spotkania. Dzięki temu poznałem wielu intrygujących ludzi w całej Europie. Dwa lata temu graliśmy wspólną trasę z zespołem, w którym wokalistą był ortodoksyjny amerykański Żyd uzbeckiego pochodzenia. Spędziliśmy razem miesiąc w autobusie, wymieniliśmy wiele doświadczeń. Rozmawialiśmy m.in. o Wzgórzach Golan, które podzieliły kiedyś Żydów i Syryjczyków, ale też o wielu innych sprawach. To jest fajne w muzyce, że mogą się spotkać ludzie pozornie z dwóch stron barykady i łączy ich wspólna pasja. Okazuje się, że mają wiele wspólnych tematów, nie tylko muzycznych. Muzyka rzeczywiście łamie bariery i łagodzi obyczaje.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA