fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Anita Włodarczyk: Liczą się tylko waleczni

Forum
Każdy, kto był na szczycie, wie, że natychmiast pojawiają się osoby, które chcą wszystko zniszczyć. Większość zwyczajnie mi zazdrości – mówi Michałowi Kołodziejczykowi Anita Włodarczyk, mistrzyni olimpijska, świata i Europy w rzucie młotem.

Plus Minus: „Poczuła się ważna, z nikim nie rozmawia" – słyszałem o pani. Większość odradzała mi ten wywiad.

Nie poczułam się ważna, zawsze byłam sobą. Od samego początku, kiedy zaczęłam odnosić sukcesy, bardzo się pilnowałam. Wiedziałam, że muszę mocno stąpać po ziemi, żeby nie uderzyła mi do głowy woda sodowa. I nie uważam, żeby mi odbiło. To, co ktoś o mnie myśli, to jego sprawa.

Jest pani introwertyczką?

Taki mam charakter. To, że jestem mistrzynią i rekordzistką świata, nie sprawi nagle, że będę ze wszystkimi rozmawiać. Za każdym razem to moja indywidualna decyzja. Nie wiem, czy jestem lubiana, pewnie większość powie, że nie. Ale już się do tego przyzwyczaiłam. Wielu osobom moje wyniki sportowe nie pasują i jest to po ludzku przykre. Nie jestem jednak jedyna, każdy, kto był na szczycie, wie, że natychmiast pojawiają się osoby, które chcą wszystko zniszczyć. Mam przyjaciół, mam bliskie osoby w sporcie, ale większość, nie ma co ukrywać, zwyczajnie mi zazdrości. Każdy ma drogę otwartą do sukcesu, ale to ja się w stu procentach poświęciłam, by zostać mistrzynią.

Nie myślała pani o tym, by zatrudnić specjalistę od wizerunku, żeby odrobinę go ocieplić?

Ale po co? Ludzie gadali, gadają i będą gadać. Mnie to nie przeszkadza.

Od siedmiu lat do zawodów przygotowuje się pani sama, tylko ze swoim trenerem.

I regularnie przywożę medale. Przez większość kariery trenowałam sama, na początku był jeszcze Szymon Ziółkowski, a od ostatniego zgrupowania w Stanach Zjednoczonych dołączyła do mnie Malwina Koproń, która poprosiła mojego trenera Krzysztofa Kaliszewskiego o wsparcie. Nie widziałam w tym problemu. Razem robimy jednak tylko ćwiczenia siłowe i sprawnościowe, na trening rzutowy wchodzimy osobno. Sposób przygotowań to indywidualna sprawa, każdy dokonuje najlepszego dla siebie wyboru. Niektórzy wolą budować formę w grupie, a ja sama.

Mogłaby pani trenować jakiś sport drużynowy?

Nie.

Dlaczego?

Bardzo profesjonalnie podchodzę do treningów i jakbym widziała, że ktoś olewa zajęcia albo nie dba o regenerację, nie odpoczywa, to zalałaby mnie krew. Pracuję na swój rachunek, do tego jestem przyzwyczajona. Zależę tylko od siebie. Oczywiście bez trenera nie dałabym rady, ale ciężar startu spoczywa już tylko na moich barkach. W lekkoatletyce to norma, poza sztafetami, każdy jest kowalem swojego losu.

Na zgrupowaniu w Katarze spędzi pani trzy tygodnie, razem ze Świętami Wielkanocnymi. Nie czuje się pani samotna?

Do Dauhy latam regularnie od trzech lat, do Stanów Zjednoczonych – od dziesięciu. Mam przyjaciół, mam z kim spędzać czas wolny i nie narzekam na brak towarzystwa. Podczas zgrupowania jedynym wolnym dniem jest niedziela. W ciągu tygodnia, poza czwartkiem, mam dwa treningi dziennie i tak naprawdę brakuje czasu, żeby wyjść z ośrodka. Po drugich zajęciach, około godziny 19, jest kolacja, a później wizyta u fizjoterapeuty, masaże i regeneracja. Taka forma przygotowań mi odpowiada, wieczorem mam już siłę tylko na sen. Czasami obejrzę jakiś film, nie wychodzę nigdzie, bo przy 35 stopniach na zewnątrz nie mam na to ochoty. Słońca mam dość na treningach. Większość osób widzi sportowców tylko na ostatnim etapie pracy, mnie – kiedy wchodzę do koła i rzucam. Ale te dziesięć miesięcy pracy, których kibic nie widzi, to czas, bez którego nie byłoby sukcesów.

Organizowanie zgrupowania akurat w Dausze wywołało wiele kontrowersji w Polskim Związku Lekkiej Atletyki.

Tak, było do nas dużo pretensji. Słyszałam, że w głowach nam się poprzewracało. Po każdych igrzyskach trener przygotowuje jednak czteroletni plan, który ma mi pozwolić odnosić kolejne sukcesy. Tak samo było w 2016 roku po złotym medalu w Rio de Janeiro. Nie przylatujemy do Dauhy tylko po to, żeby przystosować się do warunków, jakie będą panować tu na przełomie września i października podczas mistrzostw świata. W ośrodku Aspire mam zapewnione świetne warunki przygotowań, a że przy okazji moja aklimatyzacja za kilka miesięcy będzie krótsza – tym lepiej. Katar bardzo się zmienia, także w związku z organizacją mundialu za trzy lata. Jestem tu już piąty raz, za pierwszym razem podczas mityngu w 2008 roku mieszkałam w hotelu Sheraton w samym centrum. Tyle że centrum tak naprawdę jeszcze nie było, dopiero budowano drapacze chmur. Teraz wygląda to zupełnie inaczej. Zmieniło się także otoczenie Aspire – stadion przeszedł modernizację, wybudowano metro.

Jak się pani czuje po kontuzji stopy? Czytałem, że po zdjęciu gipsu była pani przerażona stanem swoich mięśni.

To było w listopadzie, już zdążyłam zapomnieć. Nie sądziłam, że przez pięć tygodni mój organizm zareaguje tak, że stracę mięśnie łydki. Lekarze uspokajali mnie jednak, że mięsień brzuchaty jest łatwy do odbudowania. Nie jest jeszcze idealnie, nie ma zachowanej równowagi między lewą i prawą stroną, ale najważniejsze, że nic mnie nie boli i nie przeszkadza w treningach.

Zdobyła pani w rzucie młotem wszystko. Skąd bierze pani motywację do kolejnych startów?

Często słyszę to pytanie i sama też często je sobie zadaję. Oczywiście mogłabym już usiąść i nie rzucać – są takie momenty w treningu, w procesie szkoleniowym, kiedy mam dość. Po dziesięciu miesiącach pracy mam półtora miesiąca wakacji, czasami jeszcze mniej. Pytam sama siebie, po co to robię, zamiast leżeć gdzieś w ciepłym miejscu i odpoczywać po całej karierze. Przed igrzyskami w Rio brakowało mi złotego medalu olimpijskiego i to była moja wielka motywacja. Teraz, po odebraniu medalu Tatianie Łysenko z igrzysk w Londynie, mam już dwa złota, więc chcę powalczyć o trzecie. 2016 rok był dla mnie wyśmienity, ale utwierdził mnie w przekonaniu, że mogę jeszcze więcej. Przed igrzyskami mój przelicznik z treningów wskazywał, że jestem gotowa na rzut w granicach 84 metrów. To dało mi siłę do kolejnych czterech lat ciężkiej pracy.

Niedługo po zdobyciu złotego medalu w Rio pobiła pani rekord świata na Memoriale Kamili Skolimowskiej. Zaczęła się pani wtedy zastanawiać, gdzie jest pani limit?

Plan treningowy układany jest w taki sposób, żeby kulminacja formy następowała właśnie na największych imprezach, takich jak igrzyska olimpijskie. Przelicza się to wszystko na tygodnie, później na dni. Memoriał Kamili był tydzień po Rio i naprawdę nie spodziewałam się, że stać mnie na coś wielkiego. Przez konkurs finałowy w Brazylii i panujący tam upał straciłam wiele sił. Później był powrót do Polski, zmiana czasu. Dwa dni przed konkursem rzucałam po 72, 73 metry i nic nie wskazywało na to, że za kilka dni rzucę dziesięć metrów dalej i pobiję rekord świata. Myślę, że zadziałał efekt braku presji. Osiągnęłam cel, zdobyłam złoty medal na igrzyskach, głowa się uspokoiła, to i organizm też wypoczywał. Wszystko się skumulowało w odpowiednim momencie.

A głowa to podstawa. Mogę być świetnie przygotowana fizycznie, ale jeśli wyjdę na zawody i – jak to mówimy – „głowa nie poda", to nic się nie uda. Oczywiście trzeba się odpowiednio przygotować fizycznie, ale jakieś 60 procent zależy od psychiki.

Przed zawodami drżą pani czasami ręce? Stres zjada?

Już teraz nie. Moja droga jest trochę nietypowa, bo nie startowałam w żadnych imprezach juniorskich i tak naprawdę moim pierwszym poważnym sprawdzianem były igrzyska w Pekinie w 2008 roku. Zostałam rzucona od razu na głęboką wodę i była to dla mnie trudna szkoła. Tak, wtedy się denerwowałam. Rok później na mistrzostwach świata w Berlinie startowałam już bez obciążenia. Tydzień przed zawodami nie mogłam chodzić, tak bardzo bolały mnie plecy. Wcześniej jeszcze rozstałam się z trenerem i tak naprawdę nie wiedziałam, na co mnie stać. Przeszłam eliminacje, a później pobiłam rekord świata. Nie dochodziło do mnie, że mogę wygrać, miałam spokojną głowę, bo moim jedynym celem był sam start. Nie wiedziałam, czy dam radę w ogóle wejść do koła, o sukcesie nawet nie marzyłam. Później było mi już łatwiej startować na wielkich imprezach, chociaż, kiedy zaczęły się pojawiać medale, musiałam się przyzwyczaić do nowej roli – faworytki. Między 2010 a 2013 rokiem uporałam się z problemem presji. Udało mi się odpowiednio przygotować dzięki pracy z psychologiem. Dzięki niemu umiałam wyrzucić niepotrzebne myśli, ale zajęło to trochę czasu.

Powiedziała pani wtedy, że psycholog był potrzebny, bo najbliżsi nie wystarczyli.

Z doktorem Nikodemem Żukowskim zaczęłam pracę już w 2004 roku. Na pierwszym spotkaniu przeszłam testy, bo trzeba było dopasować odpowiednie metody do mojego charakteru, by później włączyć je do treningu. Współpracujemy do dzisiaj, chociaż po igrzyskach w Rio doktor powiedział, że nie widzi już sensu w dalszych spotkaniach, a ja jestem jedną z tych zawodniczek, które od podstaw udało mu się doprowadzić na poziom mistrzowski.

Z czym najtrudniej było sobie poradzić?

Z roku na rok widziałam efekty pracy z psychologiem. Odpowiadałam na pytania: jakie jest moje nastawienie przed zawodami, czy mogłam spać w nocy przed startem, jak objawiał się stres, co czułam w trakcie walki. Kiedy moimi głównymi rywalkami były Tatiana Łysenko i Betty Heidler, pracowaliśmy głównie nad tym, jak sobie z nimi poradzić, czyli co zrobić, gdy jedna z nich rzuci dalej od mnie, co zrobić, gdy obie. Czy podjąć ryzyko? Wiem, że wiele osób wstydzi się współpracy z psychologiem. Znam takich, którzy się zawzięli i odrzucają taką formę rozwoju. Mnie to jednak bardzo pomogło.

Z badań u psychologa wyszło, że jaki ma pani charakter?

No, przecież wiedziałam, że trudny. Chodziło raczej o określenie temperamentu, skłonności do ryzyka. Myślę, że na początku kariery po dwóch słabych próbach rozłożyłabym ręce, powiedziałabym, że to nie dla mnie i że dalej nie walczę. Teraz już tego nie zrobię, zostałam odpowiednio ukształtowana w głowie. Wiem, że w sporcie liczą się tylko waleczni.

Na czas startu potrafi pani odciąć wszystko co dokoła?

Codzienność tak, ale myślę, że złej wiadomości przed zawodami nie potrafiłabym wyrzucić z głowy. Mojej przyjaciółce Magdzie Fularczyk-Kozłowskiej przed igrzyskami w Londynie zmarł ojciec, to nie był dla niej łatwy okres, ale potrafiła się zmobilizować i się nie poddała. Bardzo ją za to podziwiam, wzbudziła mój wielki szacunek. Bo my tylko wyglądamy na twardych wojowników, ale warto pamiętać, że jesteśmy także normalnymi ludźmi.

Czy między panią a innymi zawodniczkami jest niezdrowa rywalizacja? Mówicie sobie, mijając się w drodze do koła, rzeczy, które mogą wyprowadzić z równowagi?

Nie, to zupełnie inny świat. Panuje między nami przyjazna atmosfera. Wszystko zależy oczywiście od konkretnych zawodniczek, ale mamy swoje rytuały – przed samym konkursem na mityngu w Ostrawie wszystkie zawsze chodzimy na wspólną kawę. W trakcie zawodów są to rywalki, po zawodach – koleżanki.

Co poczuła pani, kiedy okazało się, że Łysenko zostanie odebrany złoty medal olimpijski z Londynu za stosowanie dopingu?

Miałam pewne podejrzenia z lat, kiedy rywalizowałyśmy. Dwa miesiące przed igrzyskami w Londynie Tatiana ogłosiła, że jest kontuzjowana. Przyjechała do Londynu i w pierwszym starcie po urazie rzuciła 78 metrów. Nieraz miałam kontuzję i wiem, jak to wygląda. To tak, jakbym teraz po zabiegu pobiła rekord Polski. To jest niemożliwe. Nic głośno nie mówiliśmy na ten temat, bo jak się nie ma dowodów, nie można nikogo oskarżać, bez sensu byłoby się wychylać. Ale na mistrzostwach świata w Moskwie w 2013 roku Łysenko powtórzyła ten sam numer. Najpierw zniknęła, a później na zawodach pobiła rekord Rosji, zdobywając tytuł.

Jak to jest walczyć z kimś, kogo się podejrzewa o doping?

Nie było tak, że byłam tego pewna, nie motywowało mnie, że walczę z kimś, kto postępuje nieuczciwie. Tutaj w grę wchodził jeszcze czynnik ludzki – ja Tatianę zwyczajnie lubiłam. Przyjeżdżała na memoriał Kamili. Kiedy okazało się, że otrzymam jednak złoty medal z igrzysk w Londynie, wróciłam do wspomnień i oglądałam zdjęcia – często siedziałyśmy przy jednym stole. Pamiętam, gdy na mityngu we Włoszech poprosiłam Tatianę, żeby w Moskwie kupiła dla mojej znajomej płytę. Nie było z tym żadnego problemu, miałyśmy bardzo dobry kontakt. Kiedy w 2014 roku byłam na zawodach w Rosji, a ona przez ciążę zakończyła już karierę, wpadła do nas w odwiedziny zamienić kilka słów. Jak widać – miała też drugą twarz. Szkoda, bo nie da się cofnąć czasu. Otrzymam medal pięć lat po igrzyskach, wtedy w Londynie świętowałam jednak srebro.

To pani potrafi świętować?

Jest czas na trening, jest na zabawę. Kiedy kończę sezon, umiem poimprezować. Jestem normalną kobietą, uwielbiam tańczyć. Potrafię zamykać rozdziały – była główna impreza, zdobyłam medal, czyli było i minęło. Myślę, że do mnie tak naprawdę nie dochodzi jeszcze, ile osiągnęłam, że mam tyle sukcesów. Na razie tylko realizuję kolejne cele, od punktu A do punktu B. Jak coś się uda, to znowu patrzę w przód. Nie rozczulam się nad sobą. Nikt się nade mną nigdy nie rozczulał.

Dom skazał panią na sport?

Nie musiałam trenować i bardzo się z tego cieszę. Rodzice kochali sport, chociaż nie uprawiali go wyczynowo. Mama grała w koszykówkę w szkole średniej, tata w piłkę nożną, każdy dzień wolny od pracy i szkoły spędzaliśmy aktywnie – na rowerach, boiskach. Później pojawił się speedrower (żużel na rowerach – przyp. red.), też całą rodziną, bo tata był prezesem w klubie, mama sekretarzem, brat jeździł, więc i ja spróbowałam swoich sił. Nikt jednak nie zmuszał mnie do bycia sportowcem. Sama chciałam, sama próbowałam. W dzisiejszych czasach wywiera się na dzieciaki za dużą presję, często widzę, jak rodzice nachalnie ingerują w karierę dzieci, jak zmuszają je do realizacji być może własnych marzeń. U mnie było zupełnie inaczej, mogłam liczyć tylko na wsparcie. Rodzice żyli moimi startami, kibicowali mi, ale nigdy nie powiedzieli, że mam coś wygrać.

Powiedziała pani, że nikt się nad panią nie rozczulał. W domu też nie?

Nie byłam rozpieszczona, chociaż niewiele brakowało. Byłam najmłodsza w domu, brat jest przecież starszy, byłam córeczką tatusia, ale nie odczuwałam żadnej taryfy ulgowej. Łobuzowałam. Rodzice żartowali, że zachowuję się jak chłopak, a mój brat jak dziewczyna. Pamiętam, że jeden raz w życiu dostałam paskiem po tyłku, ale porządnie sobie wtedy nagrabiłam. Zawsze jednak miałam olbrzymi szacunek dla rodziców – nie kombinowałam, nie oszukiwałam, żeby gdzieś tam wyjść czy coś zrobić. Zbudowaliśmy w ten sposób wzajemne zaufanie i do dzisiaj mamy kontakt bardzo przyjacielski.

W czasie startów wie pani, w którym miejscu stadionu siedzą najbliżsi?

Z wyjątkiem Moskwy w 2013 roku są na każdych ważnych zawodach od dziesięciu lat. Zawsze kupuję bilety dla rodziców i brata, więc wiem, skąd na mnie patrzą. To pomaga, dodaje otuchy, czuję, że mam wsparcie bliskich. Na mistrzostwach Europy w Zurychu, kiedy po raz pierwszy w karierze spaliłam dwa pierwsze rzuty w finale i stałam przed ostatnią szansą, pomyślałam sobie, że tak nie może się to skończyć. Przecież moja rodzina tyle przejechała, by ze mną być, tyle czasu poświęciła, żeby mi kibicować, na dodatek na stadionie był też mój dwuletni chrześniak – tak mnie to zmotywowało, że weszłam do koła i wygrałam.

Myśli pani o własnej rodzinie – mężu, dzieciach? Może to byłaby jeszcze większa motywacja?

Kiedy obserwuję koleżanki, które mają rodziny, to wiem, że na pewno nie wróciłabym do sportu po urodzeniu dziecka. Nie chcę nikogo obrażać, ale myślę, że dziewczyny które wracają, nie są na moim poziomie sportowym. U mnie wszystko jest podporządkowane zawodom – na sto procent. Po pierwszym treningu i obiedzie jest drzemka, a jakby było dziecko, to nie mogłabym sobie na to pozwolić. Nie potrafiłabym się zregenerować i to byłby duży problem. Ustaliłam z trenerem, że albo działamy na maksa, albo w ogóle. Nie potrafiłabym zajmować się dzieckiem i trenować z pełnym zaangażowaniem.

Odstrasza pani facetów?

Miałam kilka takich śmiesznych sytuacji, przede wszystkim na zgrupowaniach. Rzut młotem to jednak konkurencja męska, siłowa. Oczywiście miłości nie da się zaplanować i jakby coś nagłego się wydarzyło, to nie wiem, jaką podjęłabym decyzję. Ale na razie liczy się tylko sport i na nim się koncentruję.

Mężczyźni się pani boją?

Kiedy ściskają mi dłoń na przywitanie, robią to tak mocno, jakby chcieli mnie sprawdzić. Nie próbuję walczyć ze swoim wizerunkiem. Wiele osób spotkanych na ulicy mówi mi, że na żywo wyglądam inaczej. Że jestem szczuplejsza, mniejsza. Kibice widzą mnie w pracy, w walce, w stroju sportowym i kiedy nagle zobaczą mnie w sukience, doznają szoku. Przyzwyczaiłam się. Dobrze, że moje paznokcie już nikogo nie dziwią. Tłumaczyłam wiele razy, że kiedy nie są dobrze zrobione, bez biało-czerwonych barw na paznokciach albo orzełka, czegoś mi brakuje. Zresztą lubię mieć zadbane paznokcie nie tylko podczas startów.

Jest pani pamiętliwa?

Potrafię przebaczyć. Jeden raz, nawet drugi i trzeci, ale kiedy ktoś ciągle mi dokucza i ciągle przekracza granice, to wtedy jest już naprawdę źle. Taka jestem.

Konradowi Bukowieckiemu pani nie wybaczyła. Po tym, jak na Instagramie zakleił pani twarz na plakacie zapraszającym na Festiwal Rzutów w Cetniewie, odmówiła pani startu w imprezie. A później nie wzięła pani udziału także w Memoriale Kamili Skolimowskiej.

Wiadomo, co się wydarzyło. To było zupełnie bez smaku, chamskie zachowanie. Dużo osób myślało, że to przez Bukowieckiego nie wystartowałam także w memoriale Kamili w Chorzowie, ale to nieprawda. Nigdy tego nie powiedziałam. Wydarzyło się kilka innych rzeczy, które zmusiły mnie do podjęcia takiej decyzji.

Jakich rzeczy?

Kiedy zdecydowałam się nie startować w Cetniewie, rozpoczęła się na mnie nagonka w mediach. Wiele się o sobie naczytałam i stwierdziłam, że nie ma sensu dalej tego ciągnąć. Dużą rolę w mojej decyzji odegrał pan Robert Skolimowski, tata Kamili. Źle się o mnie wyrażał, nie tylko w mediach. Uznałam, że nie przyjadę na memoriał, a kiedy to ogłosiłam, dostałam od pana Roberta SMS, w którym zwyczajnie mnie obrażał. To nie był pierwszy raz. Wcześniej przy okazji afery ze zgrupowaniem w Chula Vista było podobnie. Wypięli się na mnie wszyscy, w tym pan Robert. Wtedy spokojnie czekałam, myślałam, że przemyśli swoje zachowanie, ale kiedy znowu przystąpił do ataku, nie mogłam już nie zareagować. Byłam ambasadorką jego fundacji i jeśli jako prezes wyrażał się tak o twarzy swojego projektu, doszłam do wniosku, że ze względu na brak szacunku pora zakończyć współpracę. Nie była to łatwa decyzja, ale nieodwołalna. Nikt mi nie zabierze tego, co zrobiłam przez lata działania dla fundacji. Wypromowałam supermemoriał, a o Kamili pamiętam i będę pamiętać. Nadal mam jej rękawicę.

Żałuje pani tego, co wydarzyło się wcześniej, podczas wspomnianego zgrupowania w Chula Vista?

Informacja o alkoholu w lodówce w jednym z pokojów i tak przedostałaby się do mediów i trzeba by się z tego tłumaczyć. Zgadza się, wyszłam przed szereg, bo nie mieszkałam z innymi w ośrodku, ale w pobliskich apartamentach. Jeśli informacja o powodzie wyrzucenia ekipy z ośrodka wyszłaby na jaw, wszystkich nas wrzucono by do jednego worka, zaczęłoby się kombinowanie i tłumaczenie, że mnie tam nie było. Chciałam temu zapobiec, uprzedzić spekulacje. Stało się, nie żałuję. Nie widziałam powodu, by ponosić odpowiedzialność za coś, co mnie nie dotyczyło.

Czyli wyszło, że pani nie pije i kapuje?

Tak, a w Polsce to przecież najcięższy zarzut.

Potrafi pani w ogóle działać spontanicznie czy wszystko musi być od początku do końca zaplanowane?

Potrafię spontanicznie podejmować decyzje o swoim czasie wolnym. Czasami siedzę na kanapie w domu, wsiadam w samochód i jadę 300 kilometrów zrobić komuś niespodziankę swoimi odwiedzinami.

Wyobraża sobie pani życie bez sportu?

Coraz częściej myślę o końcu kariery. Rozmawiam z byłymi sportowcami, którzy radzą mi, bym jak najdłużej startowała, bo później życie zaczyna się na nowo. Poznaje się, jakie jest naprawdę. Jestem zaprogramowana na igrzyska w Tokio, ale mam świadomość, że nie będę do końca życia sportowcem. Chciałabym mieć na siebie plan, kiedy powiem „dość". Na razie ciężko mi to sobie wyobrazić. Wolny czas mam teraz przecież tylko w wakacje i czasami nie jest łatwo. W zeszłym roku straciłam trzy miesiące przez kontuzję i wiedząc, że nie muszę budzić się rano i iść na trening, byłam na siebie zła. Czułam, że uciekają mi cenne godziny, że nic nie robię. Kiedy ma się do swojej dyspozycji całą dobę bez żadnych obowiązków, to można zwariować. Nie wyobrażam sobie, że po zakończeniu kariery będę siedzieć w domu. Nie wytrzymałabym tego psychicznie.

Jak teraz spędza pani czas po sezonie?

Kiedy kończą się zgrupowania i starty, to liczę dni do urlopu. Później przez tydzień dochodzę do siebie i nadrabiam braki w normalnym życiu. Dla mnie formą relaksu jest zrobienie śniadania, pójście na zakupy, pranie, prasowanie. Pewnie brzmi to śmiesznie, ale naprawdę doceniam możliwość pójścia na bazarek po rzeczy potrzebne mi do gotowania. A gotować uwielbiam. Mistrzynią nie jestem, ale potrafię zrobić dobre mięso, ciasta czy desery. Gorzej z zupami, bo wychodzi mi tylko ogórkowa. Kiedy nacieszę się już normalnością, zaczyna mnie nosić. Dużo wyjeżdżam, podróżuję. W ostatnie wakacje byłam w Stanach, w Japonii i oczywiście w odwiedzinach u brata w Anglii. W kilkanaście dni zrobiłam w powietrzu kilkanaście tysięcy kilometrów.

Gotowanie i sprzątanie pasuje do wizerunku twardej kobiety i mistrzyni w rzucie młotem?

Wyglądam na twardą, bo sport mnie tego nauczył. Jestem kojarzona z rywalizacją. Ale w domu jestem zupełnie kim innym, jestem normalna.

Na tym bazarku naprawdę robi pani zakupy czy głównie rozdaje autografy?

Mam już swoje miejsca, gdzie wiem, że uda mi się po prostu kupić to, czego potrzebuję. Ale rzeczywiście po igrzyskach w Rio z autografami nie miałam łatwego życia. Przychodziłam na bazarek i czekali na mnie ludzie, bo im sprzedawczyni powiedziała, że kilka dni temu robiłam tu zakupy i na pewno wrócę. O zdjęcia i podpisy prosiło mnie wiele starszych osób, takie babcie, którym nie można było odmówić. Było mi bardzo miło. Aż się wzruszyłam.

Jest pani wrażliwa?

Bardzo. Ale żaden film mnie jeszcze nie pokonał. Najbardziej działają na mnie osoby starsze. Kiedy widzę staruszka, który idzie ulicą i się męczy, to aż serce mi pęka. Mam starszą sąsiadkę, widziałam ją ze dwa razy w życiu, ale kiedy miałam nogę w gipsie i spotkałyśmy się w garażu, aż głupio mi się zrobiło, kiedy zaproponowała mi pomoc.

Dekoracja medalowa panią wzrusza?

Popłakałam się w Rio, ale głównie dlatego, że medal wręczała mi pani Irena Szewińska. Wcześniej też były jakieś łzy, ale nigdy takie jak w Brazylii. Nie marzyłam, że zajdę tak daleko. Sport był dla mnie tylko sposobem na spędzanie wolnego czasu. Kiedy inni szli na dyskoteki, do pubów, ja na trening. Po trzech latach zabawy podjęłam decyzję, że trzeba się zająć tym na poważnie. Rzucałam wtedy 52 metry. A teraz jestem rekordzistką świata.

—rozmawiał Michał Kołodziejczyk

redaktor naczelny WP SportoweFakty

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA