fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Chmielewski: Johnny Rotten jak Michnik

Fotorzepa, Robert Gardziński
Zaśpiewałem „Eighteen" Alice Coopera oraz różne inne kawałki z szafy grającej, naprawdę chciałem już być w zespole. Zależało mi.

Z miejsca wymyśliłem, jak się będę zachowywał na scenie i o czym będą teksty. Wiedziałem, że z tym sobie poradzę. Był tylko jeden problem – nie radziłem sobie ze śpiewaniem. Taki drobiazg... Muszę oddać sprawiedliwość Malcolmowi, który bez chwili wahania powiedział: Przeskoczymy to".

Autor tych wspomnień John Lydon, czyli Johnny Rotten, zapomniał jednak dodać, że podczas tego pamiętnego „występu" koledzy z Sex Pistols pokładali się ze śmiechu. Wspomniany Malcolm McLaren to menedżer zespołu. W autobiografii Rottena został opisany wyjątkowo negatywnie: to w zasadzie chciwy idiota, na co dzień handlujący ciuchami sado-maso, któremu trafiła się fucha z taką kapelą.

Problem z tą książką polega na tym, że przeważają w niej roztkliwiania się nad sobą oraz buńczuczne deklaracje o własnej niesamowitej oryginalności i wyjątkowości. „Bycie Johnnym Rottenem to nie bułka z masłem. Trzeba się nieźle natrudzić, by kroczyć przez życie prosto i nie iść na żadne kompromisy" – wyznaje autor. Zdecydowanie za mało tu o muzyce, kolegach i życiu codziennym w tak niezwykłym zespole jak Sex Pistols.

Johnny Rotten to dla wielu osób z mego pokolenia postać bardzo ważna. Dla tych, którzy w latach 80. z różnych względów nie chcieli się angażować w walkę z komuną, facet z zielonymi włosami był bohaterem na miarę Michnika, a muzyka na „Never Mind the Bollocks" znaczyła tyle, ile dla innych nocna lektura „Konspiry".

„Punkowcy. Są tacy. Ogolone głowy, tylko grzebień z włosów pozostawiony pośrodku, wąskie czarne okulary, ciemne skórzane kurtki z licznymi suwakami" – notował na gorąco Marek Nowakowski. I dalej: „Szefem ruchu jest niejaki Oksford, debilowaty osiłek (z tego właśnie powodu przezwany Oksfordem). Ubrany w długi płaszcz skórzany, pod płaszczem obnażony tors i trzy finki u pasa". Prawdziwy Johnny Rotten wyglądał bardzo podobnie, jego ubiór z charakterystycznymi, powtykanymi wszędzie agrafkami naśladowano na dużą skalę.

To dobrze, że ten biedny chłopak z irlandzkiej rodziny przeżył (bo używek sobie nie odmawiał) i mógł się przez całe życie zajmować muzyką, czyli tym, co najbardziej go kręciło, bo nie wszystkim było to dane. Nie mniej słynny bohater tamtych czasów Sid Vicious skończył dużo gorzej, bo zaćpał się na śmierć: „Nie potrafię sobie wyobrazić, by nawet w niebie stał się bardziej rozgarnięty, poza tym jedynie, że olałby pewnie swą wcześniejszą egzystencję. Był uzależniony od stylu życia człowieka uzależnionego" – pisze Lydon o kumplu. Wielu polskich uczestników tej subkultury również dołączyło już do Sida, a wielu z tych, co żyją, po nostalgicznej lekturze książki Lydona postawi ją na półce obok „Odnieść sukces w sprzedaży i telemarketingu" oraz licznych tomów „Gry o tron".

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA