Rz: Panie profesorze, czy tabletka „dzień po" jest na tyle bezpieczna dla zdrowia kobiety, że powinna być sprzedawana w aptekach bez recepty?

Tomasz Rechberger: Jeśli kobieta weźmie ją raz na jakiś czas, nic złego w jej  organizmie nie powinno się wydarzyć. Jeśli jednak tabletka jest nadużywana, to już staje się bardziej niebezpieczna.

Część lekarzy twierdzi, że dawka hormonów w tabletce jest tak duża, że jej zażycie powinno być konsultowane.

Tabletka „dzień po" zawiera substancję zwaną  ulipristalem octanu. To jest preparat powszechnie stosowany w leczeniu mięśniaków macicy. Czyli jego zadaniem jest zwiększanie płodności kobiety. Ale w takim schematycznym, kilkumiesięcznym leczeniu musi być przyjmowany na receptę.

Gdyby więc tabletka „dzień po" była szkodliwa dla zdrowia, nie byłaby stosowana w takich kuracjach.

Czy tabletka „dzień po" to środek antykoncepcyjny czy wczesnoporonny?

To zależy, co kto rozumie przez poronienie. Moim zdaniem jest to środek antykoncepcyjny. Nie dopuszcza bowiem do zagnieżdżenia się zarodka w macicy.

Ale nie wiadomo dokładnie, jak ulipristal w organizmie kobiety wpływa na zarodek, bo nie ma takich badań.

Proszę opisać, jak ta pigułka działa na kobietę.

Tabletka  działa na przysadkę mózgową i powoduje, że ta produkuje mniej hormonu LH. To hamuje owulację. Poza tym tabletka odchudza też endometrium w macicy. Staje się ono cienkie i zarodek nie może się w macicy zagnieździć.

Czyli tabletka zadziała, jeśli wcześniej doszło do połączenia komórki jajowej z plemnikiem?

Podkreślam jednak, że nawet gdy ktoś nie weźmie tej tabletki, zarodek też nie musi się zagnieździć.

Stopień kliniczny osiąga tylko 30 proc. zarodków, a w 70 proc. dochodzi do samoistnych poronień i ciąża się nie rozwija.