[i]Korespondencja z Pretorii[/i]

Bogowie już kopią w Pretorii. Na ich treningach jest więcej dziennikarzy niż u innych drużyn kibiców. A kibiców liczy się tu w tysiącach. Na pierwszy otwarty trening przyszło ich tylu, że musieli stać w kolejkach i nie wszyscy dostali się na trybuny.

Wczoraj widzów nie wpuszczano, wiedzieli, że tak będzie, ale i tak próbowali. Zebrali się przy wejściu na stadion miejscowego uniwersytetu, licząc, że może przynajmniej gdzieś w oddali mignie im znajoma sylwetka albo piłkarze usłyszą zza płotu ich krzyki i miłosne wyznania.

Argentyna, od kiedy prowadzi ją Diego Maradona, jest wielką niewiadomą, eliminacje ledwo przebrnęła, częściej irytowała, niż zachwycała, ale serce kibica wytrzyma wiele. A w żadnej innej reprezentacji nie ma dziś tylu gwiazd, ile Maradona wysyła każdego dnia na trening.

[srodtytul]Przegrani do bramki[/srodtytul]

Wczorajsze zajęcia kończył mecz, drużyna w pomarańczowych kamizelkach przeciw niebieskim. W ataku pomarańczowych grają Leo Messi z Carlosem Tevezem i Gonzalo Higuainem. W drużynie niebieskich biega kolejnych kilkaset milionów euro, m.in. Diego Milito z Sergio Aguero. A w środku w ciemnym dresie toczy się po boisku Maradona.

Utyka na lewą nogę, tę nogę, która kiedyś czyniła cuda, ale próbuje nadążyć za piłkarzami, krzyczy, żartuje. Jest już ciemno, gdy trening się kończy. Pomarańczowi wygrali 3:1 po golach Higuaina, Messiego i Teveza (dla niebieskich strzelił Martin Palermo), dlatego Diego każe niebieskim wejść do bramki i stanąć na linii. Pomarańczowym daje piłki, żeby na jego sygnał strzelili. Ale sam staje w bramce z przegranymi.

Pierwszy mecz mundialu Argentyna gra w sobotę z Nigerią. Maradona ciągle nie daje sobie zajrzeć w karty, nie chce rozmawiać o tym, kogo wystawi. Inaczej mówiąc: jak zdoła upchnąć w składzie wszystkie te gwiazdy. Jego napastnicy strzelili w ostatnim sezonie ponad 130 goli w najsilniejszych ligach.

Messi jest najlepszym piłkarzem świata, ale Tevez – najbardziej kochanym w Argentynie. Milito wygrał Interowi Ligę Mistrzów, Aguero z Atletico Ligę Europejską, Higuain był najlepszym strzelcem Realu Madryt.

Autopromocja
ORZEŁ INNOWACJI

Ogłoszenie wyników konkursu już dziś, oglądaj relację z Gali wręczenia nagród na rp.pl

Dowiedz się więcej

[srodtytul]Obrona Bilardo, atak Menottiego[/srodtytul]

Wszystko wskazuje na to, że w sobotę znów zagrają razem pomarańczowi: Messi, Higuain, Tevez. Ale to jeszcze kilka dni, a u Maradony stała jest tylko niestałość. Od kiedy objął kadrę, eksperymentuje, szuka, zmienia.

Mówi, że obronę chciałby mieć tak solidną jak mistrzowska Argentyna Carlosa Bilardo z 1986, ta, którą poprowadził do tytułu jako piłkarz. A atak tak uskrzydlony jak u argentyńskich mistrzów świata z 1978, z drużyny Cesara Menottiego.

W bon motach Maradona zawsze był świetny, ale z jego trenerskich recept często wychodziły dania niestrawne, zmieszane na chybił trafił. Najbardziej cierpiał na tym Messi, zagubiony, bez wystarczającej pomocy kolegów.

Za kadencji Maradony strzelił tylko trzy gole w 11 meczach. W tym samym czasie zdobywał gole dla Barcelony częściej niż kiedykolwiek wcześniej. Ale jak mówią argentyńscy komentatorzy, Barcelona daje Leo autostradę, by się rozpędził do bramki. A Argentyna wąską ścieżkę, przez którą przejście musi sobie torować sam.

[srodtytul]Swój Tevez, obcy Messi[/srodtytul]

Ostatnie wielkie turnieje źle się obchodziły z tymi, których uważano za najlepszych piłkarzy świata: mundial 2002 z Zinedine’em Zidane’em, mundial 2006 z Ronaldinho, Euro 2008 z Cristiano Ronaldo.

Jeśli teraz zawiedzie Messi, to być może już nigdy nie przekona Argentyńczyków, że jest piłkarzem z krwi i kości. Choćby wygrywał Ligę Mistrzów co rok, strzelał gole po rajdach przez pół boiska czy nawet ręką, Maradonie nie dorówna. A w sercach kibiców nie zajmie miejsca Teveza. Bo Tevez jest swój: z biednego Fort Apache w Buenos Aires, gdzie po zmroku nie wchodzi nawet policja.

Poobijany przez życie, ale zawsze gotowy do walki. Wygadany i potrafiący rozśmieszyć słuchaczy jak Diego. A Messi chowany pod kloszem, jeszcze jako dziecko zabrany do Europy, gdy rodzinie zabrakło pieniędzy, by go leczyć w Argentynie, do tego mówiący banały.

Gdyby mu się w reprezentacji udał choć jeden taki mecz, jakich w Barcelonie miał dziesiątki, pewnie byłby kochany bez zastrzeżeń. A tak wielu kibiców drażni, że mało energicznie śpiewa hymn, że podczas meczów za często odpoczywa. Chcieliby, żeby wziął odpowiedzialność za drużynę, tak jak to kiedyś robił Maradona, który nawet Napoli potrafił przeprowadzić z peryferiów wielkiego futbolu do mistrzostwa Włoch. To też ulubiony refren Diego w rozmowach z Messim: musisz być jak ja, stać się przywódcą.

Kiedyś Maradona mówił to samo dziennikarzom, teraz w oficjalnych wypowiedziach wychwala Messiego pod niebiosa. Puszcza oko, mówi: zobaczycie, wreszcie mamy sposób na zakończenie debaty „Maradona czy Pele”.

Messi też nabrał odwagi na konferencjach. Niedawno krzyczał do mikrofonów „Aguante Argentina!” (do boju), teraz zapowiedział, że przyjechał po mistrzostwo świata i tytuł króla strzelców.

Argentyna słuchała zadziwiona. I czeka na czyny.

[i]masz pytanie, wyślij e-mail do autora

[mail=p.wilkowicz@rp.pl]p.wilkowicz@rp.pl[/mail][/i]