Z tego artykułu dowiesz się:
- Jaka sekwencja zdarzeń doprowadziła do śmierci dwóch operatorów GROM podczas ćwiczeń w USA.
- Dlaczego prokuratura umorzyła śledztwo, uznając, że nikt nie przyczynił się do tej tragedii.
- Jak z perspektywy byłego dowódcy GROM wyglądały ostatnie sekundy lotu komandosów.
- Co, zdaniem eksperta, mogło być jedynym błędem w organizacji ekstremalnie trudnych skoków.
„Nieplanowana zmiana miejsc w szyku, przecięcie toru lotu skoczków oraz zderzenie i splątanie skoczków w powietrzu” – taka sekwencja zdarzeń doprowadziła do dramatu, który rozegrał się w powietrzu podczas ekstremalnie trudnych ćwiczeń w Stanach Zjednoczonych w 2025 r., podczas których zginęli dwaj żołnierze Wojsk Specjalnych – wynika z ustaleń śledczych, jakie poznała „Rz”.
– Ja bym nie nazwał tego błędem, po prostu zabrakło im żołnierskiego szczęścia. Przy skokach w nocy, w kompletnej ciemności nie mogli wiele zrobić. Na reakcję są sekundy. To tak, jakbyśmy się poruszali pojazdami z wyłączonymi światłami, na wyczucie, nic nie widząc – komentuje gen. Roman Polko, były dowódca Jednostki Specjalnej Grom, posiadający klasę mistrzowską instruktora spadochronowego.
Czytaj więcej
Około 15 mld zł może kosztować budowa stałej amerykańskiej bazy wojskowej w Polsce. Pod uwagę brane są cztery lokalizacje, wszystkie na zachód od W...
Śmierć polskich żołnierzy w USA. Co wydarzyło się w nocy w Arizonie
Do tragicznej śmierci dwóch operatorów Jednostki Wojskowej GROM – plutonowego Karola Rubina i starszego szeregowego Rafała Kotnarowskiego z Jednostki Wojskowej 2305 GROM – doszło 19 września ubiegłego roku podczas szkolenia spadochronowego na terenie byłej bazy wojskowej Eloy w Arizonie w Stanach Zjednoczonych. Polscy cichociemni ćwiczyli skoki desantowe, a więc takie, które wykonuje się w grupie. Odbywają się one nocą, w całkowitych ciemnościach.
Do wypadku doszło ok. 2.50 czasu lokalnego. Był to grupowy skok z 3 tysięcy metrów, w tzw. swobodnym opadaniu – żołnierze spadają, a spadochron otwiera się dopiero w połowie drogi, na wysokości 1500 metrów. Już wtedy „Rzeczpospolita” ujawniła, że spadochrony dwóch polskich żołnierzy miały się niefortunnie splątać. Śledztwo polskiej prokuratury potwierdziło te doniesienia. Według nieoficjalnych informacji, które rok temu ujawniliśmy, do tragedii doszło podczas nocnych skoków tzw. HALO – przy niskim otwarciu spadochronu.
Prokuratura Okręgowa w Warszawie Wydział do Spraw Wojskowych wszczęła śledztwo z art. 155 Kodeksu karnego (o nieumyślne spowodowanie śmierci), w związku z art. 109 Kodeksu karnego (obywatel polski, który popełnił przestępstwo za granicą). Po roku umorzyła je uznając, że czyn nie zawiera znamion czynu zabronionego – czyli nie doszło do przestępstwa.
Czytaj więcej
MON chce, by żołnierze mogli legalnie nosić na służbie obuwie i elementy umundurowania, które sami sobie kupią. – Wojsko już dawno powinno odejść o...
– Przeprowadzone postępowanie przygotowawcze nie wykazało, iż do śmierci żołnierzy przyczyniły się zachowania innych osób. Decyzja procesowa jest prawomocna – odpowiada na nasze pytania prok. Piotr Skiba, rzecznik warszawskiej prokuratury.
Co zatem ustalono? Zaczęło się od nieplanowanej zmiany miejsc w szyku, która spowodowała dalsze tragiczne konsekwencje: przecięcie toru lotu skoczków, a następnie ich zderzenie i splątanie się w powietrzu.
Jak ocenia prokuratura, wobec takiego rozwoju zdarzeń, jeden ze skoczków „nie przeprowadził czynności ratowania tzn. nie wyczepił czaszy głównej i nie wylądował na spadochronie zapasowym”. Z kolei drugi ze skoczków wyczepił czaszę główną na „krytycznie małej wysokości”.
– To techniczny opis, nie widać w tym oskarżeń. Skoki na małych wysokościach mają to do siebie, że jest bardzo mało czasu na reakcję – tłumaczy gen. Polko. – Jeden skoczek nie wyczepił czaszy głównej, bo mógł skalkulować, że jest już za nisko, i jak wyczepi, to spadochron zapasowy nie zdąży się napełnić, więc liczył, że może uda mu się wylądować na spadochronie głównym. Z kolei drugi możliwe, że ocenił: jestem wysoko, wyczepię czaszę główną, tyle, że nie zdążył, bo było za późno, był zbyt nisko – wskazuje Roman Polko.
Jak mówi, w ciągu dnia reakcje zapewne mogłyby nastąpić w odpowiednim czasie, w nocy jest z tym trudno. – Tego, co się wydarzyło nie traktowałbym w kategorii błędu. Skacze się w oporządzeniu, w hełmie czy w kasku, trudno jest w tym stanie rozeznać sytuację dookoła i dobrze ją ocenić. W ciągu dnia skoczek widzi drugiego, a i tak się zdarzają trudne sytuacje. A w nocy, zanim do kogoś dotrze, że się coś dzieje, zanim zdąży pomyśleć, często jest za późno na ratunek – podkreśla nasz rozmówca.
„Być może w zbyt dużym zagęszczeniu skoczkowie byli zrzucani”
Co mogło kryć się za „nieplanowaną zmianą miejsc w szyku”? – Przypomina mi to pewnego generała, dowodził misją, gdzie sam nie skakał, ale ganił spadochroniarzy za to, że „tak nierówno skaczą”. Tymczasem jeden jest cięższy, więc szybciej opada, drugi wolniej, do tego są podmuchy wiatru, nie da się tak wyrównać. Z pozycji obserwatora z ziemi łatwo się mądrzyć – uważa gen. Polko.
Nowe mundury dla polskich żołnierzy
I ocenia, że być może jedyny błąd polegał na tym, że skoczkowie byli zrzucani w zbyt dużym zagęszczeniu, a powinny być większe odstępy między nimi, żeby całkowicie wykluczyć możliwość splątania się.
Jeżeli już dojdzie do splątania, zwłaszcza w nocy, bardzo trudno z tego wyjść. – Pamiętam jak w szkole oficerskiej dwóch przyjaciół skakało i splątało się spadochronami. Instrukcja mówi, żeby ciąć linki, które splątują, ale nocą trudno ocenić, którą linkę ciąć. Ci przyjaciele cięli sobie nawzajem linki i potem, już na ziemi prawie się pobili, bo każdy ciął linki drugiego, i jeden oskarżał drugiego, że chciał go zabić – wspomina Roman Polko.
Sam ma na koncie wykonanych kilkadziesiąt nocnych skoków, w tym na spadochronach sterowanych. – Mam klasę mistrzowską instruktora spadochronowego, ale szczerze mówiąc, obawiam się, że mógłbym zachować się podobnie jak ci dwaj żołnierze, którzy zginęli – podsumowuje nasz rozmówca.
Obaj żołnierze mieli spore doświadczenie w skokach: jeden odbył ich 51, drugi – 63. W wojsku służyli dziesięć i sześć lat. Karol Rubin pochodził z Orzysza (woj. warmińsko-mazurskie), a jego kolega z Suwałk. Należeli do grupy Cichociemnych Operatorów JW GROM – najlepszej, ale i najtrudniejszej jednostki polskiego wojska.
Czytaj więcej
Jest już Cyber Legion, Legion Medyczny, a kiedy będzie Dron Legion? Wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz ponownie zapowiada nową formację. Tyle że...
„Karol pochodził z Orzysza, był znany jako uczestnik »Biegu Tygrysa«, oddany pasji sportowej, zawsze uśmiechnięty, pełen energii i serca do ludzi. Inspirował swoją postawą, dyscypliną i siłą charakteru” – pisał o nim jego przyjaciel Łukasz Makarewicz, instruktor kickboxingu w klubie, gdzie trenerem był także tragicznie zmarły żołnierz.