Jest tak skomplikowana, wymaga tak zgranego zespołu i jej plan musi przewidywać tak wiele scenariuszy dobrych i złych, że dla laika to wydarzenie niemal niemożliwe do zrozumienia.
Polskie wojsko musi otrzymać sprzęt najwyższej jakości, wsparty najlepszymi firmami i sprawdzony przez najlepsze armie. Polski przemysł obronny musi zyskać zastrzyk inwestycji, a pracownicy miejsca pracy. To wszystko prawda, ale na tak poważne decyzje składa się wiele składników. Aby ocenić, czy Ministerstwo Obrony dobrze wybrało dostawców systemów obrony przeciwrakietowej i śmigłowców, trzeba spojrzeć bardzo szeroko – nie tylko na technikę, nie tylko na politykę, ale także na historię i dyplomację.
Nikt nie będzie bronić Polski, jeśli – w razie najczarniejszego scenariusza – nasz kraj nie będzie bronić się sam. Oddanie Krymu przez Ukraińców bez walki pokazało nam to dobitnie.
Polska armia musi więc być gotowa bronić się samodzielnie. Potrzebuje do tego sprzętu, który jest dobry, ale za którym stoi siła i nowoczesność, a także ścisły sojusz polityczny z realnym sojusznikiem. Patrioty dają taką pewność. W najbliższych dniach specjaliści będą zapewne dowodzić, że to sprzęt stary i że są lepsze systemy. Tyle że dane techniczne danymi technicznymi, ale gdyby czarny scenariusz miał się spełnić, to warto mieć u swego boku sojusznika największego i najgroźniejszego. A tylko Amerykanie mają dziś w NATO realną siłę, by pomóc nam szybko i efektywnie.
Kupując jednocześnie helikoptery od Francuzów, pokazujemy, że także europejska część NATO (a przy okazji UE) jest dla nas ważna. Budujemy w ten sposób dwa filary naszego sojuszu obronnego wewnątrz NATO.