Z tego artykułu dowiesz się:

  • Jak głęboki jest społeczny podział w ocenie decyzji sądu i dlaczego interes wymiaru sprawiedliwości rozmija się z oczekiwaniami Polaków.
  • W jaki sposób sprawa Marcina Romanowskiego stała się narzędziem w grze politycznej, a jego powrót jest niewygodny dla każdej ze stron.
  • Czym w rzeczywistości jest „list żelazny” i dlaczego powszechna niewiedza na jego temat budzi tak silne kontrowersje.
  • Jakie błędy popełniły służby podczas poszukiwań i w jaki sposób były wiceminister stał się symbolem ich nieudolności.

Temat listu żelaznego dla Romanowskiego, byłego wiceministra sprawiedliwości, którego prokuratura chce oskarżyć o nadużycia dotyczące Funduszu Sprawiedliwości, rozpalił emocje. Warszawski sąd – sędzia Konrad Mielcarek – kilka dni temu zgodził się na zastosowanie instytucji, dzięki której polityk pozostanie na wolności do końca śledztwa lub ewentualnego procesu – ale z obowiązkiem stawiania się na każde wezwanie prokuratury. Na taką opcję nie zgadza się prokuratura i już złożyła odwołanie, a ministrowi Waldemarowi Żurkowi puściły nerwy i personalnie uderzył w sędziego.

A jak przyznanie Romanowskiemu listu żelaznego oceniają uczestnicy sondażu?

Czytaj więcej

Sędzia, który wydał list żelazny dla Romanowskiego, zapowiada pozwanie Żurka

Łącznie 56 proc. osób uważa, że decyzja sądu jest zła, 29 proc. ją chwali – wynika z badania IBRiS przeprowadzonego na zlecenie „Rzeczpospolitej”. 

Po niemal trzech latach od wyjazdu z kraju, Romanowski – o ile decyzja o liście żelaznym się utrzyma – będzie mógł wrócić i odpowiadać z wolnej stopy – musi tylko stawiać się na każde wezwanie śledczych czy sądu, nie utrudniać postępowania, nie wpływać na świadków i trzymać się miejsca zamieszkania. Według sądu to, by polityk zjawił się w kraju, leży w interesie wymiaru sprawiedliwości, bo tylko wtedy, gdy wróci, można prowadzić przeciwko niemu śledztwo. Uzasadnienie sędziego ujawniła „Rzeczpospolita”.

Jednak opinia publiczna jest żądna „krwi”

Najbardziej krytyczni wobec listu żelaznego dla Romanowskiego – i nie jest to zaskoczeniem – są wypowiadający się w sondażu zwolennicy obozu rządzącego – aż 65 proc. z nich uważa, że decyzja o liście jest „zdecydowanie zła”, a kolejne 20 proc. – że jest „zła”.

Foto: Tomasz Sitarski

Sympatycy opozycji prezentują pogląd odmienny – niemal połowa z nich (49 proc.) chwali orzeczenie sądu, jednak co trzeci ocenia je negatywnie. Ucieczka dwóch byłych ministrów rządu PiS – także Zbigniewa Ziobry, który ukrył się najpierw na Węgrzech, a potem w USA – ciąży partii. 

Jak się okazuje, przyznanie listu wzbudziło większy sprzeciw u kobiet niż u mężczyzn (odpowiednio to 63 proc. oraz 49 proc.).

Inny wniosek z sondażu: najczęściej decyzję, dzięki której Romanowski będzie mógł wrócić do kraju i odpowiadać z wolnej stopy, chwaliły osoby w wieku od 30 do 39 lat – blisko połowa z nich wyraziła swoje zadowolenie (w tym za „zdecydowanie dobrą” uznał ją co trzeci badany). I jedynie w tej grupie wiekowej osób popierających decyzję jest więcej niż ją krytykujących (45 proc. pozytywnych wskazań, przy 36 proc. negatywnych).

Wśród wszystkich pozostałych przeważają krytycy, a jedna grupa wiekowa wyróżnia się szczególnie, są to osoby między 50. a 59. rokiem życia – aż 70 proc. z nich ocenia decyzję jako „raczej złą” lub „zdecydowanie złą”.

Foto: rp.pl/Weronika Porębska

Najbardziej niechętni są respondenci ze średnich miast (50-250 tys. mieszkańców) – jest ich prawie trzy czwarte. Z kolei pozytywy w przyznaniu politykowi listu żelaznego widzą częściej mieszkańcy małych miast i wsi (odpowiednio 36 proc. oraz 33 proc.).

Co zaskakujące, problem z oceną decyzji sądu mieli głównie badani z dużych miast – prawie co czwarty nie miał zdania i wybierał odpowiedź „nie wiem, trudno powiedzieć”.

Co nam mówią te wyniki?

– Duża część społeczeństwa, tak jak i polityków, jest żądna krwi i chce widzieć Romanowskiego w kajdankach, a następnie w areszcie. Z tych powodów, jak i ze względu na małą wiedzę o tym, czym jest list żelazny i czemu służy, postrzega się go jako instytucję, dzięki której Romanowski ma się wykpić od kary – komentuje jeden z doświadczonych śledczych, który w praktyce spotkał się z instytucją listu żelaznego.

Wiedza o instytucji listu żelaznego jest niewielka

Z sondażu wynika, że co trzeci badany, który zaliczył siebie do społecznej klasy niższej, nie wiedział, jak ocenić list żelazny dla Romanowskiego. Również w grupie osób widzących siebie jako najwyższą klasę społeczną – więcej niż co czwarta osoba także odpowiedziała: „nie wiem”.

– Nie dziwi mnie to, nie ma powszechnej wiedzy na ten temat. To bardzo rzadko stosowana instytucja – przyznaje prof. Zbigniew Ćwiąkalski, karnista, krakowski adwokat. 

Dlaczego decyzja sądu o przyznaniu listu wywołała taką burzę i sprzeciw wśród polityków i prokuratury, która powinna być zadowolona, że ogłosi Romanowskiemu zarzuty i ma szansę postawić go przed sądem?

– Powrót Marcina Romanowskiego z gwarancją, że nie trafi do aresztu, nie jest komfortowy dla żadnej z partii. Chodzi o to, by „gonić króliczka”, a nie złapać, co jest racjonalnie sprzeczne, bo przecież każda ze stron twierdzi, że szybkie zakończenie śledztwa jest w ich interesie: bo zarzuty są albo miażdżące, albo zupełnie miałkie. Jak widać, to tylko słowa – ocenia prof. UW Bartłomiej Biskup, politolog.

Marcin Romanowski jest jedną z niewielu znanych powszechnie osób, które w ostatnich latach uzyskały list żelazny. Ukrywający się w Argentynie Henryk Kania, biznesmen branży mięsnej, ścigany od lat przez prokuraturę, m.in. za oszustwa, dopiero w tym roku decyzją sądu taki list otrzymał (również przy sprzeciwie prokuratury). Musiał jednak wpłacić aż 20 mln zł poręczenia, czego nie zrobił i ostatecznie z dobrodziejstwa powrotu do kraju nie skorzystał. O list dwukrotnie starał się także Michał Kuczmierowski, były prezes RARS (od dwóch lat proces ekstradycyjny prowadzi londyński sąd). 

58 proc. osób o prawicowych poglądach uważa przyznanie Romanowskiemu listu żelaznego za dobrą decyzję

Co jeszcze wynika z sondażu?

58 proc. osób o prawicowych poglądach uważa przyznanie Romanowskiemu listu żelaznego za dobrą decyzję. Podobnego zdania było tylko 12 proc. respondentów lokujących się w centrum oraz 8 proc. o przekonaniach lewicowych.

Pozytywnie oceniło decyzję sądu dotyczącą Romanowskiego blisko 70 proc. badanych, którzy w ostatnich wyborach głosowali na PiS, i zaledwie 11 proc. głosujących na PO.

Najbardziej krytyczni byli głosujący na PO i Nową Lewicę (po 85 proc. wskazań).

Z czego mogą wynikać negatywne opinie?

– Możliwe, że z niewiedzy. To, że Romanowski otrzymał list żelazny i będzie mógł przyjechać do kraju, ale nie trafi do aresztu, nie oznacza przecież uznania go za niewinnego. Tę instytucję stosuje się właśnie po to, żeby w finale można go było osądzić – wskazuje nam jeden z doświadczonych śledczych.

Sędzia Konrad Mielcarek w uzasadnieniu decyzji podkreślił, że „List żelazny nie ma charakteru «nagrody» ani szczególnego «przywileju», którego uzyskanie uzależnione byłoby od pozytywnej oceny dotychczasowej postawy podejrzanego”. Kluczowe w przyznaniu go są względy formalne – m.in. ukrywanie się podejrzanego w kraju, z którym Polska nie ma podpisanej umowy o ekstradycji. Sędzia Mielcarek nie badał jednak, na ile prawdziwa jest informacja Romanowskiego, że ukrywa się on w separatystycznym Naddniestrzu – ale wątpliwości co do deklarowanego przez Romanowskiego konkretnego miejsca pobytu za granicą – w ocenie sądu – „nie mają zasadniczego znaczenia dla rozstrzygnięcia, skoro art. 281 § 1 k.p.k. wymaga jedynie ustalenia, że podejrzany przebywa poza granicami Rzeczypospolitej Polskiej”.

Czy słusznie?

Sąd nie ma możliwości zbadania gdzie naprawdę znajduje się podejrzany, ale może domagać się ustalenia tego od służb, przypadku wątpliwości, jakie w tym przypadku pana Romanowskiego się pojawiły

prof. Zbigniew Ćwiąkalski, adwokat, były minister sprawiedliwości

– Sąd nie ma możliwości zbadania, gdzie naprawdę znajduje się podejrzany, ale może domagać się ustalenia tego od służb, jeśli pojawią się wątpliwości takie jak w tym przypadku pana Romanowskiego dotyczące m.in. tego, że wskazany adres w Naddniestrzu nie istnieje, to pusty plac. Taka sytuacja może być negatywną przesłanką do przyznania listu żelaznego. Z drugiej strony miałem przypadek, że sąd domagał się od mojego klienta, który chciał skorzystać z listu żelaznego, podania dokładnego adresu. To się wiąże z ryzykiem, że służby to wykorzystają. Na pewno jednak trzeba swoje miejsce uwiarygodnić – dodaje prof. Ćwiąkalski.

Polskie służby od maja nie są w stanie ustalić, gdzie jest poseł PiS.

Nowe tropy i zerowa wiedza o prawdziwym miejscu pobytu

Prokuratura przeciwna listowi żelaznemu już złożyła zażalenie. Gdyby sąd apelacyjny je uwzględnił, sprawa Romanowskiego nadal będzie w martwym punkcie – bez obecności podejrzanego nie da się jej prowadzić, oskarżyć i osądzić.  – To nie oznacza jednak, że cała reszta śledztwa, innych podejrzanych, nie może być kontynuowana. Prokuratura może ten wątek wyłączyć, a nawet zawiesić – dodaje mec. Ćwiąkalski.

Dotychczasowe ponad dwuletnie starania namierzenia i sprowadzenia polityka do kraju, skończyły się fiaskiem, mimo zaangażowania w poszukiwania znacznych „sił i środków”.

A Romanowski „grał na nosie” śledczym – najpierw trafił do szpitala, ponieważ musiał przejść zabieg, wkrótce potem pojawił się na Węgrzech, gdzie otrzymał azyl polityczny. O ile wiedza o tym, gdzie przebywa Zbigniew Ziobro, jest powszechna, tak w przypadku Romanowskiego śledczy wciąż pewności nie mają.

Co więcej, polityk podrzuca kolejne nowe zagadki do rozwiązania – jak ta z wysłaniem prośby o list żelazny z Tyraspolu, z nieistniejącego adresu – jak pisaliśmy w „Rz”, był to pusty plac, tzw. ślepy adres. Czy też deklaracji, że ma paszport na inną tożsamość, dzięki któremu porusza się swobodnie po UE. W jego sprawie mnożą się teorie spiskowe.

Poseł Romanowski staje się także symbolem nieudolności tej władzy

prof. UW Bartłomiej Biskup, politolog

Doszło tu do kompromitujących wpadek – jak z nalotem zamaskowanych policjantów na klasztor w Lublinie (w grudniu 2024 r.), który uruchomiono po anonimowym telefonie o rzekomo ukrywającym się tam Romanowskim. Zamiast „zbiega” byli rekolekcjoniści.

Plamą było również zapewnienie premiera, który opierając się na „ustaleniach służb”, podał informację, że Romanowski przebywa rzekomo w Tyraspolu – miał tam być „na 99 proc.”. Okazało się, że go tam nie ma – nie odbił się na żadnej granicy przy wjeździe ani przy wyjeździe, co potwierdziły negatywne odpowiedzi miejscowych służb z granic: Mołdawii, Rumunii i Ukrainy.

Utrzymanie listu żelaznego i powrót Romanowskiego do kraju, w kontekście nieudolnych dotychczasowych jego poszukiwań, mogłyby przeciąć złą passę. Jednak jest coś, co temu przeczy. To polityka i rozpoczęta już kampania wyborcza pod przyszłoroczne wybory parlamentarne. 

Zdaniem prof. Biskupa cała sprawa z nieumiejętnym ściganiem Romanowskiego ciąży obecnej władzy, która, mając pod sobą wielki aparat służb i możliwości technicznych, nie umie poradzić sobie z jednym posłem. – Poseł Romanowski staje się także symbolem nieudolności tej władzy – dodaje prof. Biskup.