Przez większość życia podróżowałem po miejscach, w których woda nie była czymś oczywistym. Na Saharze widziałem ludzi, którzy potrafili przejść wiele kilometrów po kilka litrów mętnej cieczy. W Azji spotykałem wsie uzależnione od jednego źródła, w Amazonii rzeka była jednocześnie drogą, spiżarnią i warunkiem istnienia. Na Syberii woda była wszędzie, tyle że przez większą część roku zamknięta w lodzie.

Człowiek Zachodu patrzy na takie obrazy z poczuciem bezpiecznego dystansu. Wraca do domu, odkręca kran i natychmiast zapomina, że woda może być problemem. Przyzwyczailiśmy się bowiem do jednej z największych iluzji naszej cywilizacji: skoro coś pojawia się za każdym razem, kiedy przekręcamy kurek, musi być tego pod dostatkiem.

Znikają mokradła, kurczą się jeziora, topnieją lodowce

Niedawno wróciłem z Limy, gdzie 30 lat po mojej ekspedycji Amazon Source’96, która ustaliła miejsce narodzin największej rzeki świata, przedstawiałem projekt Quehuisha Initiative. W 1996 r. interesowała mnie geografia: gdzie naprawdę zaczyna się Amazonka? Dziś bardziej interesuje mnie odpowiedzialność: co zrobimy z miejscem, w którym się zaczyna? Ta zmiana perspektywy nie wynika z sentymentalizmu niemłodego już podróżnika. Wynika z tego, co widzę wokół siebie. Jeszcze niedawno mówiliśmy o światowym „kryzysie wodnym”. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że słowo „kryzys” jest zbyt łagodne. Kryzys przychodzi i odchodzi. Przeżywa się go, naprawia szkody i wraca do normalności. A co, jeśli do dawnej normalności nie ma już powrotu?

Czytaj więcej

Prof. Stanisław Karpiński: Wielkie pożary lasów w Europie to część procesu

Pojawiło się określenie znacznie brutalniejsze: bankructwo wodne. Jest w nim coś niezwykle trafnego, ponieważ wszyscy rozumiemy język pieniędzy. Można przez pewien czas wydawać więcej, niż się zarabia. Najpierw konsumuje się bieżące dochody. Potem sięga do oszczędności. Następnie sprzedaje rodzinne srebra, bierze kredyty, zastawia dom. Z zewnątrz życie może jeszcze długo wyglądać normalnie. Restauracje są pełne, samochód stoi przed domem, światło się pali. Tyle że księgowość jest bezlitosna. Pewnego dnia okazuje się, że majątku już nie ma. Z wodą zrobiliśmy dokładnie to samo.

Naszym „dochodem” jest deszcz, śnieg, corocznie odnawiająca się woda w rzekach i glebie. „Oszczędnościami” są podziemne warstwy wodonośne, lodowce, jeziora, mokradła i naturalne ekosystemy magazynujące wodę. Przez dziesięciolecia zachowywaliśmy się tak, jakby kapitał był nieskończony. Kiedy bieżących wpływów zaczynało brakować, pompowaliśmy głębiej. Kiedy rzeka przestawała wystarczać, budowaliśmy kanał. Kiedy pole wysychało, zwiększaliśmy nawadnianie. Kiedy miasto rosło, wierciliśmy kolejne studnie. Woda była traktowana jak pieniądze na koncie człowieka, który nigdy nie zagląda do wyciągu bankowego. Tyle że natura nie udziela kredytu bez końca.

To jest właśnie najbardziej niepokojący element nowej sytuacji. Nie chodzi już tylko o to, że w niektórych miejscach przez rok czy dwa spada za mało deszczu. Nie chodzi nawet o kolejną katastrofalną suszę. W części świata naruszony został sam kapitał. Wody podziemne pobiera się szybciej, niż natura potrafi je uzupełniać. Znikają mokradła, kurczą się jeziora, topnieją lodowce. Gleba traci zdolność magazynowania wilgoci. Zanieczyszczenie sprawia zaś, że woda, która fizycznie istnieje, przestaje nadawać się do wykorzystania. Bankructwo wodne zaczyna się więc nie wtedy, kiedy ostatnia kropla znika z kranu. Zaczyna się dużo wcześniej – kiedy rachunek przestaje się bilansować.

4 mld ludzi doświadczają poważnego niedoboru wody

Liczby są tak wielkie, że paradoksalnie przestają działać na wyobraźnię. 4 mld ludzi doświadczają poważnego niedoboru wody przynajmniej przez jeden miesiąc w roku. Ok. 2,2 mld nie ma bezpiecznie zarządzanej wody pitnej. Ok. 70 proc. wielkich warstw wodonośnych wykazuje długotrwały spadek. W ciągu półwiecza utraciliśmy ok. 410 mln hektarów naturalnych terenów podmokłych – powierzchnię porównywalną z obszarem Unii Europejskiej. Można przeczytać te liczby przy porannej kawie, pokiwać głową i przejść do następnej wiadomości. Dlatego bardziej przemawia do mnie jeden obraz: studnia, z której każdego roku trzeba pompować wodę z większej głębokości. To jest wykres bankructwa zapisany nie na ekranie komputera, lecz w ziemi.

Czytaj więcej

Susza pochłania ogromne jezioro w Niemczech. Statki nie dopływają do przystani

Największym dłużnikiem jest rolnictwo. I nie ma w tym oskarżenia pod adresem rolników. Świat musi jeść. Problem polega na tym, że zbudowaliśmy system produkcji żywności oparty w wielu regionach na założeniu, iż wodę można pobierać bez końca. Rolnictwo odpowiada za ok. 70 proc. światowego poboru słodkiej wody. Ponad 40 proc. wody używanej do nawadniania pochodzi z warstw wodonośnych, które są stale uszczuplane. Jednocześnie ponad połowa światowej produkcji żywności powstaje na terenach, gdzie zasoby wodne maleją albo stają się coraz bardziej niestabilne.

To powinno zainteresować również człowieka mieszkającego w Warszawie, Mediolanie czy Paryżu. Można bowiem mieć wodę w kranie i jednocześnie żyć w świecie dotkniętym bankructwem wodnym. Woda jest ukryta w chlebie, pomidorze, bawełnianej koszuli, kawie, mięsie, czekoladzie. Kiedy wysycha region rolniczy tysiące kilometrów od nas, problem podróżuje razem z towarem. Najpierw pojawia się w cenie żywności. Potem w gospodarce. Następnie może pojawić się w migracji, napięciach społecznych i polityce. Woda nie potrzebuje paszportu, żeby przekraczać granice.

Przez lata słyszeliśmy, że przyszłe wojny będą toczone o wodę. Nie jestem zwolennikiem takich efektownych przepowiedni. Widziałem zbyt wiele konfliktów, aby wierzyć, że wojna ma kiedykolwiek tylko jedną przyczynę. Ale wiem również, że brak wody potrafi zwielokrotnić istniejące napięcia. Jeśli rolnik traci plony, wieś traci źródło utrzymania, a miasto nie jest w stanie zapewnić wody milionom nowych mieszkańców, problemy ekologiczne bardzo szybko przestają być ekologiczne. Stają się ekonomiczne, społeczne, a w końcu polityczne. Materiał, który sprowokował mnie do tych rozważań, zwraca uwagę właśnie na tę zależność: koszty niedoboru wody nie pozostają tam, gdzie wyschła studnia; przenoszą się przez handel, ceny żywności, migracje i bezpieczeństwo.

Najbardziej niebezpieczne jest jednak nasze przywiązanie do słowa „normalność”. Po powodzi chcemy odbudować to, co było. Po suszy czekamy na deszcz. Po pożarze sadzimy drzewa. Jest w tym zdrowy ludzki odruch. Ale w przypadku wody coraz częściej trzeba sobie powiedzieć rzecz niewygodną: czasami nie da się już wrócić do punktu wyjścia. Lodowca, który zniknął, nie odbudujemy uchwałą parlamentu. Silnie zdegradowanej warstwy wodonośnej nie napełnimy w następnym sezonie. Mokradło, które powstawało przez tysiące lat, można osuszyć w ciągu kilku lat, ale jego odtworzenie jest zupełnie inną historią.

Jeszcze nie jest za późno, by uratować się przed „wodnym bankructwem”

Nie znaczy to, że należy ogłosić kapitulację. Wręcz przeciwnie. Bankrut finansowy, który wreszcie otwiera księgi i przyznaje, że jest niewypłacalny, może zacząć porządkować swoje życie. Najgorszy jest ten, który do ostatniej chwili udaje milionera. Z wodą będzie podobnie. Musimy najpierw przestać oszukiwać samych siebie.

Nie wystarczy zakręcać kran podczas mycia zębów. To oczywiście rozsądne, ale nie rozwiąże problemu. Potrzebujemy innego rolnictwa tam, gdzie obecne zużycie wody przekracza możliwości natury. Musimy przestać niszczyć mokradła i traktować rzeki jak kanały odpływowe. Miasta muszą nauczyć się zatrzymywać deszcz, zamiast wyrzucać go jak najszybciej do kanalizacji. Przemysł musi płacić rzeczywistą cenę za degradację zasobów, z których korzysta. A państwa muszą wreszcie liczyć wodę tak samo poważnie, jak liczą gaz, ropę, energię czy rezerwy walutowe. W wielu miejscach nie wystarcza już zarządzanie kolejnym „kryzysem”; trzeba zapobiegać dalszym nieodwracalnym stratom i dostosowywać gospodarkę do rzeczywistych możliwości hydrologicznych.

Czytaj więcej

Ocieplenie klimatu zmienia dietę Europejczyków. Pięć „roślin przetrwania”

I tu wracam do Quehuisha. Na wysokości ponad 5 tys. m nie ma jeszcze potężnej Amazonki. Nie ma statków, portów ani ogromnej rzeki znanej z Manaus czy Iquitos. Jest kamień, wiatr, zimno i niepozorny strumień, przez który można zrobić jeden krok. A jednak właśnie tam zaczyna się gigant. Kiedy stałem tam 30 lat temu, interesowało mnie przede wszystkim, czy potrafimy naukowo wykazać, że właśnie tutaj znajduje się początek Amazonki. Dziś pytam o coś innego: czy potrafimy ochronić początek, zanim będziemy zmuszeni ratować koniec?

To jest dla mnie istota Quehuisha Initiative. Nie chcę budować na górze pomników naszej pychy ani prowadzić tam tłumów turystów. Chciałbym, żeby Quehuisha stała się symbolem prostej zasady: ochronę wielkiej rzeki trzeba zaczynać tam, gdzie jest ona jeszcze mała i bezbronna.

Współczesny człowiek ma niezwykłą skłonność do reagowania dopiero wtedy, gdy katastrofa staje się widowiskiem. Płonący las przyciąga kamery. Wyschnięte jezioro daje dramatyczne zdjęcie. Statek leżący na pustynnym dnie dawnego Morza Aralskiego jest symbolem, który rozumie każdy. Znacznie trudniej zainteresować świat źródłem, mokradłem albo podziemną warstwą wodonośną, która każdego roku obniża się o kilka centymetrów. Tam nie ma jeszcze katastrofy. Jest tylko proces. A właśnie wtedy jest ostatni moment, aby działać.

Być może największym błędem naszej cywilizacji było przekonanie, że przyroda jest magazynem. Wchodzimy, bierzemy towar z półki i zakładamy, że ktoś go ponownie dostarczy. Las odrośnie. Ryby wrócą. Gleba się odrodzi. Woda napłynie. Tymczasem natura nie prowadzi supermarketu. Ma własny bilans, własne tempo i własne granice. Przez tysiące lat cywilizacje rodziły się nad wodą. Mezopotamia między Tygrysem i Eufratem, Egipt nad Nilem, miasta nad Indusem, Gangesem, Jangcy. Woda decydowała, gdzie człowiek może żyć, uprawiać ziemię i budować państwo. Technologia dała nam złudzenie, że uwolniliśmy się od tej zależności. Potrafimy pompować wodę z głębokości setek metrów, przerzucać ją przez góry, odsolić morze. Ale nawet najdoskonalsza technologia nie zmienia jednej elementarnej prawdy: nie produkujemy wody. Możemy ją oczyszczać, przenosić, magazynować i odzyskiwać. Nadal jednak jesteśmy zależni od wielkiego obiegu, który istniał długo przed nami. Dlatego określenie „bankructwo wodne” uważam za brutalne, ale potrzebne. Bankructwo zaczyna się nie w chwili, gdy nie mamy już nic. Zaczyna się wtedy, kiedy przez długi czas żyjemy ponad stan i nie chcemy przyjąć tego do wiadomości.

Jeszcze mamy co chronić. Jeszcze możemy zatrzymać część strat. Jeszcze można inaczej gospodarować wodą, odbudowywać mokradła, chronić źródła, zmieniać uprawy i technologie, ograniczać zanieczyszczenia. Ale pierwszym krokiem nie jest nowa tama, konferencja ani kolejny dokument. Pierwszym krokiem jest uczciwe spojrzenie na rachunek.

Przez większą część życia szukałem miejsc, których nie było jeszcze dokładnie na mapie. Dzisiaj mapa świata jest niemal kompletna. Pozostało nam trudniejsze zadanie: nie stracić tego, co już na niej zaznaczyliśmy. Bo człowiek może przeżyć bankructwo firmy. Państwo może wyjść z bankructwa finansowego. Można umorzyć długi, zmienić walutę, zacząć od początku. Ale nie istnieje bank centralny, który dodrukuje nam wodę.

Jacek Pałkiewicz

Reporter, odkrywca źródła Amazonki, przepłynął samotnie Atlantyk szalupą ratunkową. Surwiwalowy guru, uczył kosmonautów i członków jednostek antyterrorystycznych strategii przetrwania w nieprzyjaznych środowiskach