Może macie nawet w planach wzięcie udziału w maratonie? Ponieważ to w końcu rubryka o winach, szczęśliwcy, którzy nie muszą się ograniczać do rodzimego podwórka, powinni w takim razie wziąć pod uwagę którąś z imprez w winiarskich regionach świata. Bo, spójrzmy prawdzie w oczy, nie uda się nam mniej jeść (i pić) – jak słusznie podsumowuje nasze słabości gwiazdor Hollywood.

Naprzeciw naszym oczekiwaniom wychodzi Napa Valley. Już pierwszego marca odbędzie się tam 37 Napa Valley Marathon. Choć to dość kameralna impreza dopuszczająca jedynie 3000 zawodników, magazyn „Forbes" zaliczył ją do dziesiątki najbardziej urokliwych pod względem lokalizacji. Oczywiście ci, którzy poważnie traktują sportowe wyzwania, pewnie nie skorzystają ze wszystkich dobrodziejstw gospodarzy, ale kibice i osoby towarzyszące – jak najbardziej.

Winiarskie tradycje Napa Valley sięgają lat 40. XIX wieku, kiedy to zasadzono tu pierwsze krzewy winorośli prawdziwej (vitis vinifera). W ciągu kolejnych 50 lat powstało ponad 140 winnic! Niektóre z nich działają do dziś, jak na przykład założony w 1875 roku Beringer, do którego teraz zapraszam. To dzieło dwóch braci – Fredericka i Jacoba Beringerów pochodzących z niemieckiej Moguncji, którzy od początku nie bali się wizjonerskich inwestycji. Postanowili na przykład wydrążyć w skale kilometrowy tunel, w którym w stałej temperaturze i wilgotności dojrzewałyby ich wina.

Efekt? W 1887 roku wina Beringer zdobyły już swoje pierwsze nagrody. Zaczynali od Wystawy Instytutu Mechaniki w San Francisco, dziś mogą się poszczycić dwukrotnym prestiżowym tytułem Wine of the Year przyznawanym przez pismo Wine Spectator. Na marginesie dodam, że od 15 lat winemakerem Beringera jest kobieta, Laurie Hook.

Beringer ma wszystko, by zadowolić i winnych nowicjuszy, i koneserów. Chwalą się, że byli pierwszą winnicą w Napa, w której wprowadzono zorganizowane wycieczki dla zwiedzających. Główny budynek, 17-pokojowy Rhine House, to przykład najlepszej architektury wiktoriańskiej. Można też zajrzeć do wspomnianego podziemnego tunelu oraz zobaczyć przytuloną do wzgórza Starą Winiarnię. Jednak pora już na wino.

Otwieramy dziś Beringer Cabernet Sauvignon. Zwany przez niektórych „królem czerwonych winogron" cabernet sauvignon to najpowszechniejsza tutejsza odmiana winorośli. Wino od Beringera, wiśniowo-jeżynowo-porzeczkowe, z delikatną nutą wanilii powstałą przy dojrzewaniu w dębowej beczce, nawiązuje do najlepszych tradycji kalifornijskich cabernetów. Średnie taniny i kwasowość predysponują je do picia w towarzystwie tłustych potraw z wyraźnym smakiem umami.

Jednak zanim zlinczują mnie fanatycy zdrowego żywienia, przypomnę, że niekoniecznie oznacza to kawałki tłustej wieprzowiny pływające w sosie hojnie doprawionym glutaminianem sodu. Zamiast tego pomyślcie o burgerze z pierwszorzędnej wołowiny, na którym położycie plaster szwajcarskiego sera gruyere o lekko orzechowym smaku. Umami szukajcie też w pomidorach, grzybach i brokułach.

A jeśli chcecie się dowiedzieć, dlaczego paryska degustacja amerykańskich i francuskich win w 1976 roku okazała się przełomowa dla Kalifornii i w ogóle jak do niej doszło, poszukajcie filmu „Wino na medal" z Alanem Rickmanem i nieodżałowanym Dennisem Fariną. Myślę, że kieliszek Beringer Cabernet Sauvignon będzie do niego odpowiednim dodatkiem.