Tylko tyle. W „Rzeczpospolitej” rzadko piszemy o takich ludziach. Ale nieczęsto też w pogrzebie kibica bierze udział prezydent miasta, prezes klubu i cała drużyna ubrana w koszulki meczowe, z mistrzem świata Lukasem Podolskim włącznie. Bo Stanisław Sętkowski nie był zwykłym kibicem.

Dzwonił wielkim dzwonkiem, przypominającym dźwięk tego, co słyszą górnicy, zjeżdżający na szychtę. Ten dzwonek, przywieziony z Jasnej Góry, gdzie Leon służył do mszy, dodawał wiary piłkarzom i stanowił sygnał nie tylko dla kibiców zabrzańskiej „torcidy”, ale całego stadionu. A po meczach najlepszym zawodnikom lub strzelcom bramek  dla Górnika Leon wręczał w nagrodę koguty i kurczaki.

Można powiedzieć, że mieszkał na stadionie. Przyjeżdżał rano starym polonezem z podniesionymi wycieraczkami, szedł do swojej kanciapy na starej trybunie, obok szatni gospodarzy i od razu zgłaszał się do pracy.  Mył zawodnikom samochody, odwoził ich do domów, naprawiał buty, nosił na pocztę korespondencję klubową. Nie brał za to grosza.

Kiedy zaczęła się pandemia i kilku zawodników zachorowało, prezes Górnika Dariusz Czernik, w przeszłości dziennikarz sportowy, w obawie o zdrowie ponad osiemdziesięcioletniego człowieka po dwóch zawałach wręcz zakazał mu przychodzić do klubu.

Stanisław nie posłuchał. Był codziennie, jak od trzydziestu lat. Bo jak ci źle, boisz się, to gdzie chcesz być? W domu. A jego domem był stadion Górnika przy Roosevelta. I 13 lipca, po wyjściu z tego domu zmarł na serce.

Krzysztof Lewandowski, wiceprezydent Zabrza, oddany kibic Górnika (autor świetnej biografii wojewody Jerzego Ziętka „Jorg”) przypomniał, że Stanisław Sętkowski, częstochowianin z urodzenia był znanym biegaczem długodystansowym. Startował nawet w barwach Legii, mieszkał w jednym pokoju z mistrzem szabli Jerzym Pawłowskim, przyjaźnił się z pięściarzem Jerzym Kulejem.
Miał znajomości w całej Polsce, wszędzie go szanowano, nawet na stadionach nieprzyjaznych Górnikowi. Bo on też, chociaż kochał Górnika, dla wszystkich miał szacunek. Z czapką basebolówką odwróconą daszkiem do tyłu, sumiastym siwym wąsem nie udawał kogoś innego. Nie był samozwańczym królem kibiców w groteskowej koronie i wyszmelcowanych szatach. Był naturalny, nie musiał się przebierać.

Górnik ma szczęście do takich ludzi. Przed laty jego rzecznikiem prasowym był Bolesław Niesyto, zwany przez wszystkich dziennikarzy „Bolkiem”. Najlepszy rzecznik w Polsce, dumny z tego, gdzie i na czyją chwałę pracuje. Kiedy zaczynał się mecz Górnika, a wraz z nim charakterystyczny, wzmagający się crescendo szum stadionu, Bolek nachylał się, żeby powiedzieć z dumą: „No i co, rredaktorze. La Scala. La Scala!”.

Bolek i Leon spoczywają blisko siebie, na cmentarzu obok kościoła świętego Józefa, przy ulicy Roosevelta. Leży tam też słynny biegacz Jerzy Chromik, rekordzista świata, rywal Leona z bieżni. Obok jest parking, na którym w „Piłkarskim pokerze” Bolo „Łącznik” czekał w taksówce na zakończenie meczu Czarni Zabrze - Biała Białystok. A po drugiej stronie ulicy już stadion Górnika im. Ernesta Pola. Dom Staszka Oślizły, Włodka Lubańskiego, Zygi Szołtysika, „Bubiego” Banasia... Wszędzie historria, szanowni państwo, historria.