fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Surowce i Chemia

Nowa katastrofa ekologiczna w Norylsku

Likwidatorzy wciąż nie poradzili sobie z wielką plamą oleju napędowego, dryfującą po rzece pod Norylskiem, a syberyjskiemu miastu zagraża kolejna katastrofa spowodowana przez koncern Norylski Nikiel. Ktoś nielegalnie spuścił do tundry zatruty ciężkimi metalami szlam poprodukcyjny.

W jednej z fabryk koncernu Norylski Nikiel (największym udziałowcem jest oligarcha Władimir Potanin, koncern to światowy lider produkcji niklu, palladu i platyny), nastąpił nielegalny zrzut toksycznych ścieków poprodukcyjnych na tereny okalającej zakład tundry.

Do ziemi dostał się trujący szlam zawierający duże ilości metali ciężkich i kwasu siarkowego. Zrzut był zamierzony, ścieki tłoczyły na zewnątrz pompy ze specjalnego zbiornika do przechowywania odpadów radioaktywnych i niebezpiecznych, tzw. tailings dam.

Po polsku taka konstrukcja znana jest jako zapora osadowa. Służy do magazynowania produktów ubocznych operacji górniczych po oddzieleniu rudy od skały. Odpady mogą być płynne, stałe lub w formie zawiesiny (szlamu) i są zwykle niezwykle toksyczne i potencjalnie radioaktywne.

Jak informuje agencja RIA Nowosti, istnieje zagrożenie, że rozlany w tundrze szlam, który już skaził glebę, dotrze do rzeki Charaełach. „Strumieniami szlam płynie do rzeki, która uchodzi do jeziora Piasino" - informuje Nowa gazeta, która jako pierwsza napisała o sytuacji.

Tylko dzięki świadkom, o wycieku dowiedziały się służby ratownicze: „Zrzut miał miejsce bez żadnych pozwoleń i z zagrożeniem dostania się trucizn do okolicznych zbiorników wodnych".

Agencja TASS informuje, że tłoczenie ścieków do tundry zostało zatrzymane. Nie wiadomo jeszcze, jakie będą skutki zatruwania gleby przez szlam. Nie wiadomo też, jak długo trwało nielegalne pozbywanie się toksycznych odpadów na okolicznym terenie.

Przypomnijmy, że miesiąc temu (29 maja) w elektrociepłowni Norylskiego Niklu w wyniku rozhermetyzowania zbiornika z paliwem, do rzeki dostało się 21 tysięcy ton oleju napędowego. Zatruty został teren o powierzchni 180 tysięcy mkw. Normy trucizn w wodzie i glebie zostały przekroczone 200 razy.

Do dziś plama oleju wciąż dryfuje rzeką. W ciągu miesiąca pół tysiąca ludzi pracujących przy usuwaniu skutków katastrofy, zebrało z powierzchni wód 33 tysiące m3 mieszkanki oleju z wodą. Likwidatorzy usunęli (nie wiadomo dokąd) 148,6 tysięcy ton skażonej ziemi i oczyścili specjalnymi środkami odkażającymi 105 km linii brzegowej rzeki Ambarnaja i jej dopływów.

Koncern Norylski Nikiel, do którego należy elektrociepłownia, już w 2016 r miał pełną wiedzę o tym, że stare (40-letnie), skorodowane zbiorniki grożą ekologiczną katastrofą. O grożącym katastrofą stanie zbiorników alarmowała w latach 2014-2015 inspekcja technologiczna Rosji (Rostechnadzor). W październiku 2016 r. rada dyrektorów koncernu zleciła remont feralnego zbiornika. Remont miał być wykonany na przełomie 2016/2017 r. Został przeprowadzony tak (jeżeli w ogóle miał miejsce), że zbiornik wciąż wymagał „kapitalnego remontu” i nie odpowiadał normom bezpieczeństwa.

Miliarder Władimir Potanin główny udziałowiec Norylskiego Niklu (ok. 35 proc. akcji) ocenił koszt likwidacji skutków katastrofy na 10 mld rubli (565,5 mln zł). Zapewnił Władimira Putina, że koncern wszystkie wydatki związane z likwidacją skutków, bierze na siebie.

W piątek służby sanitarne Rosji informowały, że przed barierą ograniczająca rozlew paliwa na rzece poziom metali ciężkich w wodzie jest już w normie. Także w piątek rząd Rosji znowelizował przepisy dotyczące zapobiegania wydostaniu się ropy i produktów naftowych do zbiorników wodnych - śródlądowych i morskich. Ma to zapobiec podobnym do norylskiej katastrofom.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA