fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

W ich żyłach wciąż płynie trucizna Hitlera

Rzeczpospolita
Kiedyś był węgierskim Györgyem, mieszkającym z matką i ojcem w centrum Budapesztu. Teraz, w 1947 roku, jest syjonistycznym pionierem Joszéfem, uczy się hebrajskiego oraz tego, jak ważne są uprawa ziemi i koleżeństwo.

Brytyjczycy mają dosyć. Bomb syjonistów i aktów terroru. Utrzymywania Arabów w dobrym humorze. Tego, że przez ostatnie dwa lata w Palestynie roztrwoniono 80 milionów funtów i że 100 tysięcy Anglików musi być tam, daleko od swoich domów i miejsc pracy.

„Wszystko to ze względu na bezsensowną, plugawą wojnę z Żydami, żeby oddać Palestynę Arabom albo Bóg wie komu", jak mówi Winston Churchill.

Wielka Brytania, kiedyś okupująca ten teren dla zapewnienia drożności szlaków handlowych i wpływów kolonialnych, nie chce już, żeby przyszłość Palestyny postrzegano jako brytyjską sprawę wewnętrzną, zrzeka się więc odpowiedzialności na rzecz reszty świata. Osiemnastego lutego, pięć dni po zawrotnym sukcesie Christiana Diora, Brytyjczycy zawiadamiają, że kwestię Palestyny w całości przekazują do ONZ bez żadnych zaleceń. Chcą uciec od nieszczęścia, uciec od odpowiedzialności tak daleko, jak to możliwe.(...).

ONZ postanawia stworzyć komisję, składającą się z reprezentantów neutralnych państw. (...) Poza Australią, w skład nowej komisji wchodzą delegaci ze Szwecji, Kanady, Czechosłowacji, Gwatemali, Indii, Iranu, Holandii, Peru, Urugwaju i Jugosławii. Nikt nie jest szczególnie zadowolony.

Syjoniści żądają, by komisja pojechała do obozów w Europie, gdzie zgromadzono ocalałych z ludobójstwa. Kraje arabskie protestują, ich zdaniem komisja powinna badać sprawę wyłącznie na miejscu, w granicach dzisiejszej Palestyny. Ale wytyczne ONZ stanowią, że komisja może pracować, gdzie chce; w Palestynie lub w innym stosownym miejscu. (...) Po pierwszym spotkaniu w Nowym Jorku członkowie komisji postanawiają spędzić pięć tygodni lata w Palestynie. Mają kilka miesięcy. Po tym czasie konflikt ma zostać rozwiązany. (...)

Groźba złego wpływu moralnego

Europa jest pełna dzieci, których rodziców zastrzelono, zagazowano, torturowano, którzy umarli z głodu lub zimna. Dzieci przeżyły – bo zafarbowano im włosy na blond i przyznano fałszywe chrześcijańskie metryki urodzenia, bo umieszczono je w klasztorach, bo siedziały skulone w wiadrach w wychodkach, bo były zamknięte za ścianą, na strychu, pod podłogą, bo ich rodzice popchnęli je do tyłu, kiedy czekali w kolejce na rozstrzelanie na brzegu Dunaju.

Niektóre z tych tysięcy dzieci zgromadzono w tymczasowych domach dziecka albo w zakładach opiekuńczych, inne włóczą się w niezorganizowanych grupach, mieszkając po ulicach i ruinach. Są też i takie, które przetrwały wojnę z jednym z rodziców, jak Joszéf.

Hordy dzieci – czy marzą o własnym kraju? Być może. Gdzieś w każdym razie muszą się podziać.

W dawnym sanatorium w Strüth, jakieś cztery kilometry na północny zachód od Ansbach, UNRRA, organ ONZ zajmujący się uchodźcami, we współpracy z syjonistyczną Agencją Żydowską tworzy dom dziecka. Niskie, białe podłużne budynki stają się tymczasowym domem dla wielu osieroconych dzieci z Europy Wschodniej i Środkowej, czekających na zezwolenie na podróż do Palestyny.

Za budynkami są pola, gdzie mogą uprawiać warzywa. Znajduje się tam też budynek główny dla pracowników ONZ i boczny, gdzie można stworzyć niewielki oddział szpitalny. To tutaj wychudzonym podrostkom będzie się dostarczać 3 tysiące kalorii dziennie, będą też odbierać edukację, poszerzoną o lekcje hebrajskiego i kultury żydowskiej.

Pierwsza grupa węgierskich dzieci przybywa do ośrodka w Strüth z ruchem kibucowym Haszomer Hacair. Z początku jego przywódcy nie chcą mieć nic wspólnego z UNRRA ani z pobliską bazą wojskową, żądają samodzielności. Tamtejsi pracownicy starają się przekonać ich, że współpraca przysłuży się zdrowiu, higienie i wykształceniu dzieci. UNRRA zobowiązuje się pośredniczyć między wynajmującą budynki bazą wojskową i nie mieszać się w polityczne przekonania ruchu. Przez kilka dni panuje względny spokój, do czasu aż przywódcy dowiadują się, że do ośrodka ma przybyć kolejnych 220 dzieci z Węgier. Wtedy wybuchają protesty. Kierownictwo jest poważnie zaniepokojone: grupa jest zbyt duża, ośrodek będzie przeludniony, zaczną wybuchać epidemie. A najgorsza będzie groźba złego wpływu moralnego. Nowa grupa nauczy zdyscyplinowane dzieci Haszomer Hacair kraść, palić, odmawiać posłuszeństwa i pracy.

Zmartwieni pracownicy UNRRA piszą do głównej siedziby w Nowym Jorku. Prowadzą długie rozmowy z kibucowymi przywódcami o tym, jak ważna jest wspólna odpowiedzialność za kwestie uchodźców i że nie można odwrócić się plecami do żadnego osieroconego dziecka. Ale to nic nie daje. Przywódcy socjalistycznego Haszomer Hacair akceptują sytuację dopiero wtedy, kiedy dowiadują się, że nowa grupa też należy do ruchu kibucowego – wprawdzie do konkurencyjnego ugrupowania Habonim Dror, nie tak socjalistycznego w swych poglądach, ale mimo wszystko.

Joszéf ma dziesięć lat. Kiedyś miał na imię György, jak jego ojciec. Ale kiedy matka przekazuje go syjonistycznej wspólnocie Habonim Dror, otrzymuje nowe imię na znak nowej przyszłości. Teraz wyrusza z Budapesztu do Palestyny, ośrodek dla dzieci-uchodźców w Strüth będzie dla niego stacją pośrednią.

To długa droga. Na ostatnim odcinku od Ainring Joszéf i inni siedzą na platformie ciężarówki przez ponad 12 godzin. Na miejsce docierają zmarznięci i głodni, ale jak raportują pracownicy UNRRA, w zaskakująco dobrym nastroju.

Dobrze wychowane dzieci z Haszomer Hacair witają dzieci z Habonim Dror śpiewem. Prowadzą je do białych budynków, pokazują sale do spania, toalety i jadalnię. Podają jedzenie, a potem zmywają naczynia. Dopiero o drugiej w nocy w sypialniach gaśnie światło, a wszystkie sieroty, kibucowi przywódcy i pracownicy ONZ mogą zasnąć.

Grupa Joszéfa przyjeżdża z Budapesztu koszmarnie źle ubrana, ich buty prawie się rozpadają, odzież jest niedopasowana i nie mają rzeczy na zmianę. Tylko pojedyncze dzieci mają skarpetki. Niektóre muszą siedzieć w łóżku, dopóki ich ubrania nie zostaną wyprane i zacerowane. Mimo to bardzo dbają o higienę. Prośba o umycie się jest pierwszą, jaką mają po przyjeździe.

Kiedy do białych budynków w Strüth przybywa trzecia grupa, syjonistyczny ośrodek jest pełny. Na miejscu jest 290 dzieci, niektóre z nich nie mają więcej niż dwa lata. Jakieś trzydzieścioro w wieku około 10 lat, tak jak Joszéf. Ponad siedemdziesięcioro ma od 12 do 13 lat, a większość jest w wieku od 14 do 16 lat. W większości pochodzą z Węgier, ale są też dzieci polskie, a niektóre dorastały w Jugosławii czy Rosji.

Życie to kwestia przetrwania

Nic nie jest łatwe. Dwa konkurencyjne ruchy syjonistyczne żądają, by chorymi dziećmi zajmowano się na osobnych oddziałach, żeby nie zarażały się od siebie złą ideologią polityczną. Pracownicy UNRRA prowadzą mediacje, po pewnym czasie w ośrodku na zielonej niemieckiej wsi zapanowuje spokojniejsza atmosfera.

To tam jest teraz chłopiec. Kiedyś był węgierskim Györgyem, mieszkającym z matką i ojcem w centrum Budapesztu. Teraz jest syjonistycznym pionierem Joszéfem, uczy się hebrajskiego oraz tego, jak ważne są uprawa ziemi i koleżeństwo. Pobiera lekcje czytania, pisania i liczenia, a także śpiewu, teatru i rysunku. W wolnym czasie może ćwiczyć boks. Spotyka amerykańskich żołnierzy z ośrodka w Ansbach, przyjeżdżają swoimi jeepami i kilka razy nawet pozwalają mu się przejechać. Nie ma tam kluczyka do stacyjki, silnik pojazdu odpala się przyciskiem. Wszystko to jest bardzo ciekawe. Szmuel, Pinchas, Dov oraz Dina i Miriam są jego najlepszymi przyjaciółmi. Wszystko dobrze się układa.

UNRRA odpowiada za pomoc żydowskim uchodźcom na tym terenie, bez względu na ich polityczną działalność. W dokumencie zatytułowanym „Ogólne obserwacje i zalecenia dotyczące sytuacji żydowskiej w Europie Centralnej i Środkowej" pracownik ONZ podsumowuje stan rzeczy. Europejskich Żydów można podzielić na dwie grupy. Jedną są członkowie kibuców. Ci są „dobrze zorganizowani, kieruje nimi jedna idea i jeden cel: ich dom, ich naród, Palestyna. Mają dobrych przywódców, są wysoce zdyscyplinowani i w większości przypadków przestrzegają wysokich standardów".

Są też ci, w których żyłach wciąż płynie trucizna Hitlera. „Odmawiają pracy. Kradną. Prowadzą ciemne interesy. Życie to dla nich kwestia przetrwania z dnia na dzień. Ich celem jest zdobycie wszystkiego, co się da, na Niemcach i innych wrogach, jako minimalnej rekompensaty za krzywdy, które tak długo cierpieli. (...)"

W raporcie stwierdza się, że to właśnie tymi autodestrukcyjnymi uchodźcami, skażonymi swoim doświadczeniem, „musi zająć się najlepszy personel, jaki UNRRA będzie w stanie zapewnić. [...] Mają dostawać dobre jedzenie i mieszkać w porządnym miejscu, które będą mogli dzielić z przyjaciółmi i krewnymi – a nie w barakach ze słomą i drewnianymi pryczami, które każdego dnia przypominają im o torturach z obozów koncentracyjnych." Zło dobrem zwyciężaj.

Fragment książki Elisabeth Asbrink „1947. Świat zaczyna się teraz", przeł. Natalia Kołaczek, która ukazała się właśnie nakładem Wydawnictwa Poznańskiego. Autorka, szwedzka pisarka i dziennikarka, wydała m.in. „W Lesie Wiedeńskim wciąż szumią drzewa" (Nagroda Augusta) i „Czuły punkt" (obie pozycje wydawnictwo Czarne). Pracuje w telewizji SVT jako wydawczyni i producentka.

Śródtytuły pochodzą od redakcji

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA