fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Gospodarka

Moskwa uderza w Mińsk rublem

Aleksander Łukaszenko w 1999 r. podpisał umowę o Państwie Związkowym Białorusi i Rosji. Teraz powtarza, że „do końca będzie bronił suwerenności”, chodź Władimir Putin prze ku integracji
AFP
Rosja proponuje Białorusi wprowadzenie wspólnej waluty i polityki fiskalnej. Mińsk ma dylemat: zachować suwerenność czy stracić miliardy z Kremla.

Od kilku tygodni media na całym świecie spekulują na temat ewentualnego wchłonięcia Białorusi przez Rosję. Szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow zwołał w środę konferencję prasową i nagle oświadczył, że utworzenie wspólnej z Białorusią konstytucji, sądu czy parlamentu „na razie nie jest możliwe". Odsłonił kulisy grudniowych spotkań prezydenta Białorusi Aleksandra Łukaszenki z rosyjskim przywódcą Władimirem Putinem. – Chodzi o wprowadzenie wspólnej waluty, polityki kredytowej i podatkowej – powiedział.

W Moskwie nikt nie precyzuje, jak dokładnie miałoby wyglądać „ujednolicenie systemów podatkowych". O ile stawka VAT w Rosji i na Białorusi jest taka sama – 20 proc., o tyle CIT się różni – 20 i 18 proc. Nie ma jednak najmniejszych wątpliwości, co Ławrow miał na myśli, mówiąc o „wspólnej walucie" – chodzi o rubla rosyjskiego, a nie białoruskiego.

Czytaj także: Kreml wystawia słony rachunek Białorusi

Obronić „zajączka"

Pierwsze białoruskie pieniądze po upadku ZSRR powszechnie były nazywane zajączkami, bo na banknotach były wizerunki zwierząt. Wartość tych pieniędzy była znikoma. Za jednego dolara w 1992 roku trzeba było zapłacić aż 281 tys. rubli. Po pierwszej denominacji w 1994 roku Białorusini najpierw dostawali wypłatę w tysiącach, ale już pięć lat później znów zostali „milionerami". Władze przeprowadziły więc denominację po raz drugi, kasując trzy zera.

W 2011 roku wybuchł największy od upadku ZSRR kryzys gospodarczy, spowodowany m.in. wieloletnią nadwyżką importu nad eksportem. Ludzie masowo ruszyli do kantorów po dolary i euro, a gdy tych zabrakło – po rosyjskie ruble. Doszło nawet do tego, że pod bankami znów pojawili się cinkciarze.

Odkąd jednak władze w Mińsku przeprowadziły w 2016 roku trzecią i największą denominację, wiara Białorusinów we własny pieniądz zaczęła powracać. Nominały straciły cztery zera, a do obiegu po raz pierwszy od czasów radzieckich weszły monety. Nowe banknoty pod względem graficznym przypominają euro. Kurs dolara na Białorusi wynosi dzisiaj nieco ponad 2 ruble.

Wsparcie ze Wschodu

Prezydent Centrum im. Adama Smitha Andrzej Sadowski uważa, że wprowadzenie na Białorusi rosyjskiego rubla miałoby wyłącznie wymiar polityczny. – Byłoby początkiem wchłaniania Białorusi przez Rosję. Waluta zawsze była narzędziem integracji politycznej, a nie gospodarczej – mówi „Rzeczpospolitej". – Białoruś dla inwestorów pozostanie bardziej atrakcyjna, gdy będzie nadal kształtowała własną politykę gospodarczą – dodaje.

Gospodarka Mińska jest jednak mocno uzależniona od wschodniego sąsiada. Kilka dni temu premier Rosji Dmitrij Miedwiediew przypomniał, że zobowiązania Białorusi wobec Rosji wynoszą obecnie ponad 6,5 mld dolarów. – Nie domagamy się oczywiście zwrotu tych kredytów, prolongujemy te zobowiązania na prośbę naszych partnerów – mówił. Przypomniał też o ponad 10-miliardowym kredycie, który Białoruś otrzymała na budowę elektrowni atomowej w Ostrowcu. Wcześniej Miedwiediew sugerował, że dalsze wsparcie finansowe Białorusi w postaci m.in. surowców i kredytów zależy od „głębszej" integracji w ramach umowy o Państwie Związkowym Białorusi i Rosji, którą Łukaszenko podpisał w Moskwie jeszcze w 1999 roku.

O tej umowie we wtorek mówił też wicepremier i minister finansów Rosji Anton Siłuanow. – Byłoby dziwne udzielanie subsydiów przedsiębiorstwom obcego państwa. Można byłoby to robić, gdybyśmy mieli głębszy stopień integracji – mówił.

Powrót na Zachód?

Rządzący od prawie ćwierćwiecza prezydent Białorusi powtarza od kilku tygodni, że „do końca będzie bronił suwerenności". Niedawno przemówił nawet w języku białoruskim. W trakcie swoich rządów robił to zaledwie kilka razy – zawsze gdy relacje z Rosją były napięte. – Rosja może stracić jedynego sojusznika na zachodnim kierunku – stwierdził w ubiegłym tygodniu. Polecił już rządowi poszukiwanie „nowych rynków".

Jednak zdaniem prezesa Polsko-Białoruskiej Izby Handlowo-Przemysłowej Kazimierza Zdunowskiego Mińsk w tej sytuacji niespecjalnie może liczyć na Zachód. – Unia Europejska jeszcze do niedawna nakładała na Białoruś sankcje. Nie uznaje białoruskich znaków towarowych, znaków jakości, obowiązuje specyficzny tryb standaryzacji, certyfikacji i pozataryfowe instrumenty dopuszczenia białoruskich towarów do rynku UE. Białoruś została sama z potężnym problemem zmiany struktury gospodarki, wejścia na nowe rynki, nawiązania kooperacji z firmami światowymi – mówi „Rzeczpospolitej" Zdunowski. – Rozważania o roli Zachodu dla gospodarki Białorusi w kontekście negocjacji białorusko-rosyjskich są zwykłym zabiegiem socjotechnicznym bez treści ekonomicznej – ocenia.

Opinia dla „rz"

Jarosław Romańczuk, ekonomista, kandydat na prezydenta Białorusi w 2010 r.

Aleksander Łukaszenko wie, że przyjmując rosyjski rubel, straci władzę. Raczej zrezygnuje i utraci dotychczasowe rosyjskie wsparcie. Właśnie tego Białorusi brakuje. Może władze w Mińsku nareszcie zaczną myśleć o poważnych reformach gospodarczych. Białoruskie przedsiębiorstwa mają sowiecki system zarządzania, nie ma wolności ekonomicznej, brakuje niezależnych sądów. To nigdy się nie zmieni, jeżeli Białoruś nadal będzie dotowana przez Rosję.

Pułapka sprzed 20 lat

Aleksander Łukaszenko wraz z ówczesnym prezydentem Borysem Jelcynem w grudniu 1999 r. własnoręcznym podpisem utworzył Państwo Związkowe Białorusi i Rosji (PZBiR).

Rok później nawet zadeklarował, że do 2005 r. na Białorusi zostanie wprowadzony rubel rosyjski. W ostatniej chwili jednak zrezygnował, gdy Władimir Putin nie zgodził się na utworzenie drugiego centrum emisyjnego w Mińsku. Wprowadzenie wspólnej waluty było i nadal jest jednym z postulatów dokumentu sprzed 20 lat. To samo dotyczy wspólnego systemu podatkowego, sądów, parlamentu, straży granicznej, służby celnej, a nawet wspólnego rządu. Miały się też pojawić wspólne flaga i godło. Wszystko pozostało na papierze. Powstał jedynie wspólny budżet, co ciekawie – w rosyjskich rublach. Z tego budżetu finansowana jest m.in. utworzona w ramach PZBiR stacja BiełRos, która nie ma jednak dużej oglądalności.

Temat realizacji porozumienia sprzed 20 lat powrócił, gdy Mińsk zaczął się domagać rekompensaty strat spowodowanych tzw. rosyjskim manewrem podatkowym. Spowodował on wzrost cen rosyjskiej ropy dla białoruskich rafinerii. Bez wsparcia Rosji w ciągu najbliższych pięciu lat białoruski budżet straci nawet 10 mld dolarów. Na Kremlu stwierdzono z kolei, że dotychczasowe wsparcie Białorusi nie będzie możliwe bez „głębszej integracji" w ramach PZBiR. W 2024 r. upływa druga i ostatnia według rosyjskiej konstytucji kadencja Władimira Putina. Rosyjskie media od miesięcy spekulują, że wchłonięcie Białorusi jest jednym ze sposobów na wydłużenie rządów prezydenta, gdyż stanąłby on na czele nowego „zjednoczonego państwa".

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA