Guru włoskich dziennikarzy futbolowych Mario Sconcerti napisał w poniedziałkowej „Corriere della Sera”: „Nie mamy drużyny. Mamy jeden wielki eksperyment. I nikt nie wie czy się sprawdzi”. Gianluca Vialli w studio SKY sport tuż przed meczem wyprorokował 1:1, a Marco Tardelli i Paolo Rossi stawiali na 2:1. Wszystko dlatego, że reżyser gry Włochów Andrea Pirlo jest kontuzjowany, sprytny Mauro Camoranesi nie w pełni sił, a ostatnie dwa mecze kontrolne przed Mundialem (0:2 z Meksykiem i 1:1 ze Szwacjarią) wypadły bladziutko.

Trener Marcello Lippi w ciągu kilku dni musial zbudować praktycznie nową drużynę. O ambicję i nawiązanie do berlińskiej wiktorii sprzed czterech lat apelowała na pierwszej stronie „Gazzetta dello Sport”: „Azzurri! Pamiętajcie – jesteście mistrzami świata!”, a „Corriere dello Sport” jeszcze wyraźniej: „Italio! Przypomnij sobie kim jesteś!” W gazetach stronami, a w telewizji godzinami ciągnęły się dyskusje, kto, gdzie i jak ma grać. Gdy wreszcie Lippi ogłosił skład, wszystkich zdziwił brak króla strzelców serie A Antonio Di Natale, a także obecność na lewej obronie młodziutkiego Domenico Criscito. Gdy piłkarze wychodzili na boisko w Kapsztadzie Bepe Bergomi wygłosił suplikę do debiutantów: „Wiem, co czujecie. Ale nie bójcie się. Dajcie się starym mistrzom poprowadzić za rękę”. Gdy po błędzie Daniele De Rossiego piłka wpadła do włoskiej bramki, w kabinie sprawozdawców zaległa grobowa cisza, a dopiero po chwli Bergomi jęknął: „Futbol jest okrutny”.

W przerwie fachowcy w studio wyrzekali, że Włochom brakuje skuteczności, a w ataku Lippi postawił na napastników, którym sztuka dryblingu jest genetycznie obca. Gdy na początku drugiej połowy okazało się, że z powodu urazu pleców nie może grać Gianluigi Buffon, Bergomi polecił Włochy opiece Najświętszej Panienki, a jego partner Fabio Caressa proroczo stwierdził, że w tym miejscu wyczerpał się limit pecha.

Po końcowym gwizdku wszyscy byli szczęśliwi. Oczywiście nie z wyniku, a z tego, co pokazała squadra azzurra w drugiej połowie. Bergomi, Sconcerti, Rossi i Vialli odetchnęli z ulgą: „Mamy drużynę!”. Uznali, że zaimprowizowany i skorygowany po przerwie przez Lippiego zespół w tym chrzcie bojowym zdał egzamin, odrobił stratę i przy odrobinie szczęścia mógł wygrać. Podkreślali, że drużyna dobrze wygląda fizycznie. Tardelli powiedział nawet, że utracona bramka była właściwie błogosławieństwem i papierkiem lakmusowym. Scementowała drużynę, która potrafiła stawić czoło przeciwnościom losu i pokazała, że ma charakter.

Vialli wychwalał młodych: Criscito, Riccardo Montolivo i niezmordowanego Simone Pepe. Sconcerti stwierdził, że szklanka jest do połowy pełna, a Italia Lippiego ani piękna, ani specjalnie brzydka. Dodał, że materiał, z którego trenerowi przyszło naprędce uszyć nowy garnitur nie jest przedniej jakości, ale podczas pierwszej przymiarki na szczęście puścił tylko jeden szew. Z pomeczowej dyskusji wynikało, że gdy nie ma Francesco Tottiego, Alessandro Del Piero, a Pirlo nie może grać, jedyną gwiazdą squadra azzurra jest trener Lippi.

Zgodnym zdaniem włoskich fachowców drużyna jest jeszcze w budowie, ale już można rozglądać się za wiechą. Kolejnym etapem będą pożyteczne sparingi z Nową Zelandią i Słowacja, a potem przyjdzie czas na prawdziwy futbol godny mistrzów świata.

[ramka]Piotr Kowalczuk z Rzymu [/ramka]