30 września w Katowicach rozpoczęło się Energy Days – wydarzenie poświęcone najważniejszym wyzwaniom stojącym przed energetyką oraz inwestycjom i technologiom związanym z tym sektorem. Zainaugurował je swoim wystąpieniem Miłosz Motyka. Minister energii podkreślił znaczenie „głosu płynącego ze Śląska” dla polityki Unii Europejskiej. Jego zdaniem przyczynił się on m.in. do prac nad reformą systemu ETS czy przychylniejszego spojrzenia na energetykę jądrową.

W trakcie wystąpienia wielokrotnie podkreślał, że zarówno Polska, jak i cała Europa muszą zwiększać swoją suwerenność energetyczną i technologiczną, którą mogą uzyskać m.in. dzięki OZE. Wskazał przy tym, że lądowa energetyka wiatrowa ma przypiętą łatkę „niemieckiego złomu”, podczas gdy w rzeczywistości polskie firmy mają 60 proc. udziału w całym łańcuchu dostaw.

– Europa nie będzie silna, jeśli nie będzie miała kompetencji związanych z przemysłem, które niestety powoli traci – stwierdził przedstawiciel rządu. – Jeżeli napięcie geopolityczne między głównymi aktorami ma trwać, to Europa musi pokazać w nim własną siłę. Szukać porozumienia, a nie wskazywać wrogów, ale przede wszystkim mieć siłę technologiczną – dodał.

Podsumował, że cały kontynent musi stawiać na własny przemysł, technologie i innowacyjność.

Elektryfikacja to konieczność

Po wystąpieniu ministra odbyła się debata inauguracyjna pod hasłem „Energia, bezpieczeństwo, konkurencyjność”. Rozmowę moderowała Aleksandra Helbin, redaktor naczelna WNP. Rozpoczęła ją od przypomnienia słów szefowej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen, która podkreśliła, że Europa musi się elektryfikować, a do 2040 r. udział energii elektrycznej w całkowitym zużyciu energii w UE ma się podwoić. Tylko czy w Europie jest w tej sprawie zgoda?

– Zgoda jest, bo elektryfikacja Europy to konieczność z punktu widzenia suwerenności – odpowiedział Borys Budka, przewodniczący Komisji Przemysłu, Badań Naukowych i Energii (ITRE) w Parlamencie Europejskim.

Polityk wskazał, że UE nie ma własnych zasobów paliw kopalnych, które mogłyby zaspokoić zapotrzebowanie kontynentu na energię, dlatego szansą na samowystarczalność są OZE. Transformacja energetyczna nie może się jednak odbywać kosztem przemysłu.

– Nie jest dziś problemem wybudować kolejne źródło energii. Jest nim kwestia sieci i doprowadzenia energii z tych źródeł tam, gdzie jest zapotrzebowanie – zauważył.

To właśnie sieci są dziś jednym z najbardziej palących problemów energetyki.

– Musimy nauczyć się korzystać z tego, co mamy – przyznał Grzegorz Onichimowski, prezes Polskich Sieci Elektroenergetycznych. Podkreślił, że Polska jest drugim w Europie, a pierwszym w UE krajem, który przeprowadził reformę systemu przyłączeń do sieci. Była ona niezbędna w dobie postępującej elektryfikacji przedsiębiorstw i stale rosnących mocy OZE.

– Zmienia się geografia polskiej energetyki. Jeśli mówimy o gazie, który ma rekompensować zapotrzebowanie wtedy, gdy są niekorzystne warunki dla odnawialnych źródeł, to teraz zaopatrujemy się w niego od północy poprzez gazoport i Baltic Pipe. Więc naturalną koleją rzeczy jest, żeby jak najwięcej źródeł – np. offshore czy elektrownia jądrowa – powstawało na północy, a niekoniecznie w tych miejscach, w których dziś mamy elektrownie – zauważył Onichimowski.

Zapewnił jednocześnie, że prace nad nowym ukierunkowaniem polskiej energetyki postępują.

Transformacja to nie tylko nowe źródła energii

– Musimy sobie jasno powiedzieć, że transformacja to przedsięwzięcie systemowe – zauważył Marcin Laskowski, wiceprezes PGE ds. regulacji.

Obejmuje ona m.in. rozwój sieci dystrybucyjnych i przesyłowych, inwestycje w elastyczne źródła szczytowe, OZE i magazyny energii oraz dekarbonizację ciepłownictwa. Laskowski dodał, że w przypadku PGE skala związanych z tym wydatków jest dziś szacowana na ok. 200 mld zł.

– Premier Donald Tusk wskazywał, że w ciągu dziesięciu lat transformacja energetyczna w skali kraju pochłonie 1 bln zł, więc można powiedzieć, że 20 proc. z tego de facto leży na barkach PGE – zaznaczył.

Wymienił też cztery kluczowe uwarunkowania decydujące o powodzeniu transformacji energetycznej: regulacje, dostępność kapitału, geopolitykę i dezinformację.

Jego słowa potwierdził Grzegorz Kinelski, prezes Enei.

– Wszyscy idziemy w tym samym kierunku, ale to tempo jest najważniejsze. Trzeba je zgrać z rozwojem przemysłu, elektryfikacją, centrami danych, poborem energii i zmianami dobowego profilu zużycia – zauważył.

Dodał, że OZE, choć niewątpliwie potrzebne, są niestabilnym źródłem mocy, którego pracy nie da się zaplanować z wyprzedzeniem. Dlatego jego zdaniem już dziś niezbędna jest budowa bloków gazowych, które będą bilansować system w razie niedoborów energii ze słońca czy wiatru.

Węgiel nie może zniknąć z dnia na dzień

– Z drugiej strony dziś pracujemy na mocach węglowych, które mamy, i je także zazieleniamy. W Enei staramy się, aby emisyjność naszych bloków była poniżej 550 g CO2/MWh, i współpalimy w nich pellet. Ale one są już zmęczone, bo pochodzą z lat 70. – przyznał Kinelski.

Dlatego, jak przekonywał, ważne jest jak najszybsze uruchomienie bloków gazowych, które odciążą „nestorów” polskiej energetyki.

– Bloki węglowe mogłyby pozostać dla nas rezerwą i mogą pracować na rzecz swego rodzaju granicy energetycznej Europy. Zresztą Polska jest taką barierą – dajemy energię, wciąż mamy sprawne kopalnie węglowe, mamy wydobycie i węgla na tyle lat, by przejść transformację energetyczną. Bo ona nie może być skokowa. Nie możemy nagle wyłączyć wszystkich „węglówek” i uznać, że już jest wspaniale. To już przećwiczono w niektórych regionach Europy. My przejdźmy tę transformację płynnie, dopasujmy własne projekty do rzeczywistości i pozyskujmy na nie środki ze wszystkich źródeł – podsumował prezes Enei.

Autor jest dziennikarzem WNP.PL