Niewątpliwym sukcesem rządzących w pierwszej połowie kadencji było błyskawiczne przygotowanie programu ratunkowego dla gospodarki w obliczu pandemii. Sytuacja została opanowana i przedsiębiorcy nastawili się na wspólne z pracownikami przetrwanie pierwszej fali covidu, zamiast zareagować zwolnieniami jak przy zwykłym kryzysie. Były to helicopter money, czyli łatwo dostępne, bo od precyzyjnego plasowania pomocy ważniejsza była jej szybkość. I choć w takich branżach jak gastronomia pomoc okazała się za mała, by utrzymać wszystkie biznesy, to gospodarka przeszła przez trzy fale pandemii w niezłej kondycji, co teraz procentuje wzrostem PKB. Potężnym kosztem ubocznym tej finansowanej poza budżetem państwa operacji ratunkowej jest znaczny wzrost długu publicznego.

Inflacja kąsa

Operację wspierał bank centralny, prowadząc skup obligacji i utrzymując od wiosny 2020 aż do października 2021 r. niemal zerowe stopy procentowe. Przy dynamicznym odbiciu gospodarki oraz towarzyszącym temu silnym wzroście cen paliw i energii utrzymywanie realnie ujemnych stóp procentowych przyczyniło do wystrzału inflacji do 5,8 proc. RPP mamiła nas, że to przejściowe, i zareagowała za późno, bo została źle skonstruowana przez rządzącą większość – z nadmiarem „gołębi" ignorujących główne zadanie NBP, jakim jest trzymanie inflacji w ryzach. Efektem tego stała się ucieczka oszczędności z banków, które zalawszy rynek nieruchomości, wywołały bańkę cenową. Rządzący tłumaczą, że wprawdzie inflacja jest wysoka, ale zarobki rosną jeszcze szybciej. Sęk w tym, że nie wszędzie, dlatego wzbiera fala rewindykacji płacowych w ochronie zdrowia czy oświacie.

Prawdziwą klęskę poniosła polityka energetyczna nastawiona na ochronę węgla. Atomu jak nie było, tak nie ma, a Zjednoczona Prawica nie uchyliła do tej pory swojej wyjątkowo szkodliwej, bo blokującej rozwój farm wiatrowych, ustawy odległościowej. Symbolem porażki tej polityki stały się dwie 100-metrowe wieże na zaniechanej z braku opłacalności budowie elektrowni węglowej w Ostrołęce (niedawno cichcem rozebrane) i wyrzucone tam w błoto ponad 1,5 mld zł.

PiS kupuje przychylność wyborców za gotówkę. W 2019 r. rozszerzył 500+ na wszystkie dzieci, by potem przyznać, że rzekomo prodemograficzny program za 40 mld zł rocznie nie powstrzymał spadku liczby urodzeń. W 2019 r. emerytów zwabiono na wybory trzynastą emeryturą, dodając potem czternastą. Kosztowne prezenty zawęziły margines swobody finansowej, stąd niezapowiadana przed wyborami rewolucja podatkowa pt. Polski Ład, dająca pewne korzyści osobom z niższych szczebli drabiny dochodowej kosztem klasy średniej, głównie przedsiębiorców i samozatrudnionych. Gdy w ogniu krytyki PiS zorientował się, że bije też w część własnego elektoratu, zaczęła się nerwowa łatanina za pomocą skomplikowanych „ulg dla klasy średniej".

Logikę systemu danin burzą wymyślane ad hoc daniny sektorowe, jak wprowadzony dla zdrowia narodu podatek cukrowy, który obciążył napoje (w tym słodzone zamiennikami), ale ominął żywność, do której producenci cukier dodają tonami. W nieład ten wpisuje się podatek od dużych sklepów i niedawno wymyślony podatek przychodowy dla firm podejrzewanych o unikanie fiskusa.

Strzał w samorządy

Największą jednak wadą Polskiego Ładu jest pozbawienie samorządów lokalnych dużej części dochodów z udziału w podatkach. Rząd obiecuje im to zrekompensować. Ale siłą rzeczy jego uznaniowe wsparcie oznacza pozbawienie samorządów podmiotowości finansowej, czyli – de facto – zmianę ustroju państwa. Zmianę nie siłą, ale podatkami. A tego nikt dwa lata temu przed wyborami nie zapowiadał.