fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Krzysztof Wójcik: Psy wojen. Polscy najemnicy na frontach świata

Bagdad, luty 2005 roku. Powietrzny patrol najemników z Blackwater
AFP
Były sytuacje, że żołnierze USA siedzieli w bazie wojskowej w Iraku, a potem brali urlop i za 5 tysięcy dolarów pilnowali tej samej bazy, ale już jako kontraktorzy. Polacy zobaczyli, że w ten sposób można zarobić. Ryzyko jest to samo, a pieniądze większe.

Irak, wiosna 2004 roku. Każdy biały poruszający się po ulicach to potencjalny cel dla rebeliantów i sunnickiej milicji. Misja stabilizacyjna wojsk amerykańskich była nieskuteczna, a zabójstwa wojskowych zdarzały się niemal codziennie.

Pod koniec marca w Faludży sunniccy ekstremiści zaatakowali dwa dżipy firmy ochroniarskiej Blackwater. Podczas starcia zginęło czterech najemników. To nie był koniec jatki. Irakijczycy nienawidzą amerykańskiej firmy, bo jej pracownicy słyną z okrucieństwa wobec cywilów. Rozwścieczony tłum wlókł przez miasto zmasakrowane zwłoki: Scotta Helvenstona, Jerka Zovko, Wesleya Batalona i Michaela Teague; powiesił je na przęsłach mostu nad Eufratem. Podpalił trupy wiszące na przewiązanych wokół nóg linkach. Wiwatował. Świat obiegły zdjęcia rozradowanych dzieci na tle nadpalonych ciał najemników. Fotografie zszokowały Amerykę. Pod naciskiem opinii publicznej marines przypuścili atak na miasto, którego nie udało się wyrwać z rąk rebeliantów. To zemsta za lincz.

W tym samym czasie polscy żołnierze bronili się w City Hall w Karbali przed oddziałami Armii Mahdiego. Była to największa bitwa Wojska Polskiego po II wojnie światowej. Polacy i Bułgarzy bronili się przez cztery dni, nie tracąc żadnego żołnierza. Rebelianci byli wściekli. Tylko jednego dnia przeprowadzili w Karbali zamachy, w których zginęło 140 osób.

W Iraku było tak niebezpiecznie, że Polska Akcja Humanitarna zdecydowała się na wycofanie z kraju ostatnich dwóch pracowników, mimo że ci cały czas się kamuflowali. Poruszali się jedynie zdezelowanymi samochodami, które zmieniali co kilka dni. Mimo zaciemnionych szyb jeździli na tylnych siedzeniach pasażerów, bo kierowca musiał być tubylcem. Polak musiał ukrywać twarz za chustą, a jego koleżanka wychodziła na ulicę w abai, typowym stroju szyitek zakrywającym całą postać. Te środki bezpieczeństwa nie wystarczały. Nie można było być pewnym lokalnego przewodnika, bo okup za porwanego Europejczyka mógł sięgnąć kilku milionów dolarów. Na Wielkanoc Polacy opuścili Bagdad jako jedni z ostatnich cywilów po dziesięciu miesiącach spędzonych w dolinie Tygrysu i Eufratu.

W maju do Polski dotarła szokująca informacja – w zamachu zginęli korespondent wojenny TVP Waldemar Milewicz i algierski montażysta z polskim obywatelstwem Mounir Bouamrane, a operator kamery Jerzy Ernst został ranny. Polacy jechali z Bagdadu do Nadżafu. W Al-Latifijji ich czarny daewoo prince został ostrzelany z broni maszynowej. Dwaj dziennikarze zginęli na miejscu.

Ubezpieczenie to podstawa

W Iraku panowała prosta zasada – jeśli jesteś rozpoznawalny, stanowisz potencjalny cel. Najbardziej niebezpieczne były drogi. Po zastrzeleniu Milewicza polscy dziennikarze, poza nielicznymi wyjątkami, już nie opuszczali baz wojskowych. W kraju operowali jedynie żołnierze Polskiego Kontyngentu Wojskowego.

Mówi były oficer GROM-u: „Wyjazdy Polaków jako żołnierzy kontraktowych zaczęły się od czasów Iraku, kiedy żołnierze Wojska Polskiego złapali pierwsze kontakty z firmami, które ochraniały bazy irackie. To procedury amerykańskie. Ochrona jest powierzana zewnętrznym firmom. Choć po prawdzie często ochrona bazy to emerytowani koledzy żołnierzy. Były sytuacje, że amerykańscy żołnierze siedzieli w bazie wojskowej, a potem brali urlop i za 5 tysięcy dolarów pilnowali tej samej bazy, ale już jako kontraktorzy. Polacy zobaczyli, że w ten sposób można zarobić. Ryzyko jest to samo, a pieniądze kilkakrotnie większe, bo przecież pięć kawałków za pilnowanie bramy, sprawdzanie przepustek i siedzenie na wieży to spora kasa. Dla porównania w tym czasie polski żołnierz na misji zarabiał od 750 do 1200 dolarów. Umowy są różne, bo to indywidualna kwestia. Najczęściej zależy od rodzaju konfliktu, do którego są wysyłani kontraktorzy. Może opiewać na miesiąc, dwa miesiące, pół roku czy rok. Wszystko zależy od stawek. Czasami firmy PMC (Private Military Companies) wyznaczają też okres próbny. Co istotne, przyszły kontraktor musi zwrócić uwagę na detale, bo po podpisaniu umowy może się okazać, że za broń i wyżywienie będzie musiał sam zapłacić".

Jednak najistotniejszą rzeczą dla kontraktora i jego rodziny jest ubezpieczenie. Bo co rodzina będzie mieć po śmierci najemnika? Amerykanie w Blackwater tak skonstruowali kontrakty, że wdowa po żołnierzu dostaje pieniądze do momentu ponownego zamążpójścia. Wraz z powtórnym ożenkiem renta wygasa. Na gotówkę po zmarłym mogą też liczyć dzieci.

Podczas pierwszej misji w Iraku polska armia przejęła amerykańskie zwyczaje. Baz wojskowych pilnowali ochroniarze z Mongolii albo Ukrainy, którzy byli dużo tańsi. Choć nie można powiedzieć, że żołnierze na bramie są mniej ważni niż ci w środku. Przecież od nich zależy życie wszystkich w bazie. Brama, z uwagi na bezpieczeństwo, to punkt kluczowy. Amerykanie o tym wiedzą. Często bram pilnują byli żołnierze sił specjalnych.

Mówi żołnierz biorący udział w misjach w Iraku: „Pamiętam, że u Amerykanów w bazie dowódcą zmiany był kontraktor po Navy SEALs. Taki człowiek wie, za co bierze pieniądze, stojąc na bramie. Wojsko to wojsko: albo się samo ochrania, albo ma do pomocy kontraktorów. Podobnie wygląda ochrona urzędów i placówek dyplomatycznych, linii lotniczych czy konwojów humanitarnych. Być może nieco przemilczana jest ochrona szybów i rurociągów, a przecież tym również zajmują się firmy ochroniarskie. Ktoś tego wszystkiego musi pilnować. I to będzie wojsko, policja albo PMC. Do ochrony VIP-ów są wykorzystywani prawie wyłącznie kontraktorzy".

Zginęli w piątym dniu kontraktu

Na początku czerwca 2004 roku dołączyli do nich pierwsi Polacy – czterej byli żołnierze GROM-u, którzy zaciągnęli się do amerykańskiej firmy Blackwater. Sytuację w Iraku znali świetnie – jeszcze w maju byli żołnierzami JW 2305, a kilka tygodni wcześniej stacjonowali w Bagdadzie, gdzie poznali chłopaków z Blackwater. Skusiły ich wielkie pieniądze. Kontraktor mógł miesięczne zarobić 30 tysięcy dolarów, czyli ponad 100 tysięcy złotych. To przy kilku tysiącach żołdu suma astronomiczna, która mogła skusić każdego żołnierza na misji. Pierwszego czerwca pracę w Blackwater zaczęli „Kaśka", „Żuk", „Maniek" i „Vojs". Trafili do bazy w Pałacu Wodnym w Bagdadzie. Choć zwykle nowi rekruci przechodzą szkolenia w forcie w USA, to specjalny instruktaż w ośrodku firmy nie dotyczył Polaków. Amerykanie dobrze wiedzieli, że mają do czynienia z profesjonalistami, bo jeszcze na misji byli GROM-owcy podpisali z Blackwater półroczne kontrakty.

Mówi były oficer GROM-u: „Każdy na misji uważa, że jest urodzony pod szczęśliwą gwiazdą. Jesteśmy tak skonstruowani, że nawet jak coś się stanie koledze, to nie dopuszczamy myśli, że nam też coś mogłoby się stać. Trzeba jednak podkreślić jedną rzecz. Żołnierze jednostek specjalnych stosunkowo rzadko giną na misjach, bo biorąc pod uwagę czas akcji, nie są długo narażeni na niebezpieczeństwo w porównaniu na przykład z wojskami patrolującymi zagrożone tereny. Specjalsi są zrzucani na tyły wroga, załatwiają sprawę i znikają. Nie wystawiają się na cel, jak służby patrolowe czy ochronne. Tę świadomość mieli chłopcy, którzy odchodzili z GROM-u, ale skusiły ich wielkie pieniądze. Dla kontraktora jest istotne, że teraz może być zwykłym ochroniarzem, który ma chronić VIP-a, i jednocześnie głównym celem do unieszkodliwienia. To kolosalna różnica i dużo większe niebezpieczeństwo utraty życia".

Była sobota, 5 czerwca 2004 roku. Dwa terenowe suburbany należące do Blackwater wyjechały z Pałacu Wodnego, gdzie stacjonowały amerykańskie cywilne i wojskowe władze, i skierowały się w stronę lotniska. Mieli jechać po cywila. Planowany odbiór gościa miał się odbyć w bazie wojskowej na terenie portu lotniczego.

Zwykle kontraktorzy z Blackwater opuszczają bramy rezydencji autami opancerzonymi. Tego dnia jeden pancerny suburban był niesprawny.

Czterech najemników musiało jechać zwykłą terenówką. Trafiło na „Żuka", „Kaśkę" i dwóch Amerykanów, Jarroda Little i Chrisa Neidricha. Pozostali – dwaj Polacy i Amerykanin – zapakowali się do opancerzonego wozu. Wjechali na trzypasmową drogę na lotnisko. Nic podejrzanego się nie działo. Na głównej trasie przelotowej Bagdadu ruch był taki jak zwykle. Kiedy przejechali kilkaset metrów, z daleka zobaczyli kilka zniszczonych aut osobowych, jakich tysiące suną po drogach Iraku. Przestarzałe modele z lat 80. i początku 90. to norma na Bliskim Wschodzie. Na tym tle nowe suburbany komandosów się wyróżniają. Irakijczycy wiedzą, że w Pałacu Wodnym stacjonują agenci CIA oraz najemnicy z Blackwater. Właśnie takimi opancerzonymi terenówkami jeżdżą po Bagdadzie. Kiedy dwa wozy blackwatersów pędziły w stronę lotniska, z daleka nie było widać, że kilka aut jadących z naprzeciwka ma opuszczone szyby. Polacy nie przypuszczali, że właśnie wjeżdżają w zasadzkę rebeliantów, choć ataki na tej drodze to codzienność mimo wielu amerykańskich patroli. Hummery z ciężkimi karabinami maszynowymi stoją co kilkaset metrów.

Schemat działania bojówek zwykle jest podobny – czujka śledząca auta wyjeżdżające z pałacu telefonicznie informuje o ruchu na bramie. Na sygnał do ataku czekają kilkaset metrów dalej bojówkarze w autach. Gdy mijają cel, otwierają ogień.

Tak też się działo w tym przypadku. Atak przypuścili mężczyźni jadący czterema osobówkami. Kiedy auta się mijały, zaczęła się kanonada. Kontraktorzy z Blackwater nie mieli szans, by wcześniej dostrzec napastników. W tumanach dymu widać było jedynie plujące ogniem czarne lufy wystające z okien aut. Wystrzału granatnika nie było słychać w seriach z kałasznikowów. Pocisk uderzył w pierwszego czarnego suburbana, który podskoczył i od razu stanął w płomieniach. To auto nie było opancerzone. W jego stronę poleciało też kilka granatów ręcznych. Dopełniły zniszczenia. Drugi suburban próbował zasłonić palący się samochód kolegów, ale było już za późno na pomoc. Rozerwane ciała Polaków i Amerykanów płonęły w aucie.

Trwał ostrzał. Bojówkarze dziurawili oba wozy seriami pocisków. Dwaj Polacy i Amerykanin bronili się przez kilka minut. Próbowali pomóc kolegom uwięzionym w płonącej terenówce, ale w aucie widzieli jedynie zmasakrowane ciała dwóch GROM-owców: porucznika Krzysztofa Kaśkosa „Kaśki" i chorążego Artura Żukowskiego „Żuka", oraz ich amerykańskich kolegów. Żadnych szans na pomoc, a wokół było naprawdę gorąco. Co chwila powietrzem targały eksplozje kolejnych granatów. Polakom i rannemu Amerykaninowi udało się pod osłoną ognia przebiec na drugą stronę jezdni. Zatrzymali przypadkowe auto i uciekli w stronę amerykańskich posterunków.

„Kaśka" i „Żuk" zginęli w zaledwie piątym dniu kontraktu dla Blackwater. Wkrótce potem sukcesem w zamachu na CIA pochwaliła się iracka odnoga Al-Kaidy – Dżamiat al-Tawhid wal Dżihad. To organizacja kierowana przez jordańskiego terrorystę Abu Musaba az-Zarkawiego.

Rodziny dowiedziały się o śmierci „Kaśki" i „Żuka" od ich kolegów z GROM-u. Kilka tygodni trwało sprowadzenie ciał komandosów. Procedury się przedłużały, bo do rozpoznania zwłok konieczne były badania DNA. Polska armia w ogóle nie pomagała w transporcie trumien z Iraku, bo dwaj komandosi formalnie nie byli już żołnierzami, tylko kontraktorami. Rodziny musiały same załatwiać formalności. Pomagali im koledzy zabitych. W końcu na początku lipca ciała „Kaśki" i „Żuka" przyleciały do Polski. Koszty transportu i pochówku pokryła Blackwater. Wojsko zapewniło jedynie asystę honorową podczas przywitania ciał w Polsce.

Pogrzeby nie miały charakteru wojskowego. Nie było salwy honorowej. „Kaśka" został pochowany na niewielkim cmentarzyku we Wrocławiu, niedaleko osiedla, gdzie dorastał. Na uroczystości nie brakowało jedynie przyjaciół z GROM-u i szkoły oficerskiej. Przyjechał też twórca jednostki generał Sławomir Petelicki.

Dwaj pozostali GROM-owcy, którzy zostali ranni podczas zamachu, też wrócili do Polski. To był koniec ich kariery kontraktorów.

Podczas wojny w Iraku w latach 2003–2008 zginęło trzech polskich kontraktorów. Poza chłopakami z GROM-u w zasadzkę wpadł też były komandos z Lublińca, który pracował dla brytyjskiej firmy Aegis.

Nieznana liczba najemników

Kolejna ofiara wśród najemników to Konrad Rygiel, który zginął w Afganistanie podczas misji rozpoznawczej w czerwcu 2010 roku. Rygiel od 2002 roku służył w Légion Étrangere.

W dolinie Tagab, 50 kilometrów na wschód od Kabulu, żołnierze Legii mieli się spotkać z przedstawicielami lokalnych władz i pomóc francuskim lekarzom. Tam talibowie przygotowali zasadzkę. Stanowisko legionistów zostało ostrzelane z broni maszynowej i przeciwpancernej. 28-letni Polak zginął od odłamków. Ranni zostali jego trzej koledzy. Dla sierżanta Rygla była to już druga misja w Afganistanie. Służył w elitarnym 2. REP, czyli w komandosach Légion Étrangere, od 2002 roku. Podczas wojskowego pogrzebu w Calvi Konrada Rygla żegnał nawet ówczesny prezydent Francji Nicolas Sarkozy.

Liczba kontraktorów rannych podczas akcji nie jest oficjalnie znana. Nie jest też znana dokładna liczba Polaków pracujących jako kontraktorzy. Nikt nie prowadzi takich statystyk, a firm ochroniarskich są na rynku tysiące.

Mówi były oficer GROM-u: „Nie każdy się chwalił takim wyjazdem. Na podstawie informacji od chłopaków, którzy byli na misjach, można przypuszczać, że dla firm zatrudniających kontraktorów pracowało kilkanaście osób z przeszłością w Wojsku Polskim. Na pewno nie jest to jakaś zawrotna liczba. W Polsce najbardziej kojarzymy Blackwater, bo zasłynęła tym, że podczas pracy dla niej zginęło dwóch chłopaków z GROM-u".

Jak szacują moi rozmówcy z wojsk specjalnych, w ciągu ostatnich lat blisko 20 Polaków przewinęło się przez Blackwater, jedną z wielkiej trójki firm, obok Aegis i DynCorp, zatrudniających kontraktorów. Firma mająca siedzibę w Karolinie Północnej zarabia miliardy dolarów dzięki kontraktom z rządem USA na świadczenie usług dla wojska. Jej założyciel Erik Prince ma świetne układy z republikanami i to napędza koniunkturę na kontraktorów z Blackwater. Rząd USA płaci 1200 dolarów dziennie za pracę jednego najemnika.

To właśnie najemnicy z Blackwater jesienią 2007 roku ewakuowali helikopterem w Iraku polskiego ambasadora Edwarda Pietrzyka po ataku rebeliantów.

Krwawy koniec

Dobra passa dla spółki skończyła się jednak 16 września 2007 roku. Tego dnia jej ochroniarze eskortowali amerykańskiego urzędnika ze strzeżonej zielonej strefy na lotnisko. Podczas przejazdu kolumny wybuchła bomba. Eksplozja nikomu nie zrobiła krzywdy, ale najemnicy spanikowali i wezwali posiłki z bazy. Podczas ewakuacji cztery auta się zgubiły i wjechały omyłkowo do innej dzielnicy. Kluczyły uliczkami Bagdadu i w końcu trafiły na zatłoczony plac Nusoor w zachodniej części miasta. Tego już było za wiele jak na ich nerwy. Tłum nie chciał ustąpić, a Amerykanie, żeby wymusić przejazd, rzucali w ludzi butelkami z wodą. Zwykle tak postępują. Iraccy policjanci próbowali okiełznać tłum, ale ich wysiłki na niewiele się zdawały. Ciżba napierała na samochody. Nicholas Slatten nie wytrzymał i puścił serię z karabinu maszynowego. Kule trafiły w jadącego z naprzeciwka starego mercedesa, na miejscu zginął młody kierowca. Auto toczyło się jeszcze kilkanaście metrów. Tłum wpadł w panikę, a to jeszcze bardziej rozwścieczyło blackwatersów. Walili na oślep z karabinów maszynowych. Strzelali we wszystkich kierunkach. Któryś krzyknął, żeby przestać, ale nikt go nie słuchał. Kanonada trwała dwadzieścia minut.

Najemnicy zabili siedemnastu Irakijczyków i ranili dwadzieścia cztery osoby. Wśród zabitych był jedenastoletni chłopiec. Masakra uszła Amerykanom płazem. Pod naciskiem Irakijczyków ruszyło śledztwo, które miało wyjaśnić zasadność użycia broni. Postępowanie ujawniło też inne praktyki blackwatersów, czyli m.in. polowania na cywilów po podrzuceniu im broni lub amunicji. To stanowiło pretekst do przeszukań i morderstw. Awantura wokół firmy skutkowała wyrzuceniem z pracy ponad 100 ochroniarzy, którym udowodniono nieuzasadnioną agresję wobec Irakijczyków. Podczas śledztwa w Kongresie USA, które z pewnością miało też aspekt polityczny, na plus dla firmy zaliczono skuteczność – żaden z dygnitarzy nie zginął podczas służby kontraktorów z Blackwater.

Ale Blackwater została w Bagdadzie znienawidzona. Jednak chęć linczu na Amerykanach nie była podyktowana tylko wściekłością tłumu. Osama bin Laden obiecał bojownikom dżihadu po 50 tysięcy dolarów za głowę każdego kontraktora z Blackwater.

Po masakrze na placu Nusoor lokalne władze zażądały od Amerykanów wyrzucenia firmy z Iraku. Amerykanie mydlili oczy i zmieniali nazwy: Blackwater przeistoczyło się w Blackwater Worldwide, potem w Xe, a dziś nazywa się Academi.

Fragment książki Krzysztofa Wójcika, „Psy wojen. Od Indochin po Pakistan – polscy najemnicy na frontach świata", która ukazała się nakładem wydawnictwa Rebis.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA