fbTrack
REKLAMA
 
Patronat honorowy
Projekt realizowany w ramach obchodów stulecia odzyskania niepodległości
Partnerzy strategiczni
Partner
REKLAMA

100 lat polskiej gospodarki

Stadnina, która rozsławiła polskie konie

AFP
Historia stadniny w Janowie Podlaskim to temat na dobry film. Są w niej sukcesy i upadki, tragedie i niespodziewane zwroty akcji, poświęcenie i brawurowa odwaga.

Rok temu stadnina obchodziła 200 lecie swojego istnienia. Tak, jak co roku na słynną aukcję Pride of Poland zjechali się goście z całego świata, kupcy, hodowcy i miłośnicy tych pięknych zwierząt. Burzliwe dzieje janowskich koni nie zawsze były jednak łatwe, podobnie jak nasza narodowa historia.

Nieudana ewakuacja

To miejsce, w którym na każdym kroku czuje się historię. Wizytówką stadniny jest Stajnia Zegarowa, której nazwa pochodzi od czasomierza znajdującego się na elewacji. Zaprojektował ją, podobnie jak główną stajnię zwaną „Czołową” słynny architekt Henryk Marconi, który jest również autorem Hotelu Europejskiego w Warszawie.

Stadnina w Janowie Podlaskim była pierwszą państwową hodowlą koni na ziemiach polskich. Założona w 1817 roku przez Radę Administracyjną Królestwa Polskiego miała odbudować pogłowie koni czystej krwi utraconych w wojnach napoleońskich.Do powstania styczniowego kierownictwo stadniny znajdowało się w polskich rękach. Potem aż do wybuchu pierwszej wojny światowej nadzór nad nią sprawowali carscy urzędnicy. W 1914 roku konie zostały ewakuowane w głąb Rosji i już nigdy nie powróciły.

Po odzyskaniu niepodległości nowy dyrektor stadniny, Stanisław Pohoski oraz jego zastępca Andrzej Krzyształowicz zaczęli ją powoli i z sukcesem odbudowywać. Podczas jednej z wizyt w janowskiej stadninie tuż przed wojną niemiecki hipolog Gustav Rau z zachwytem napisał, że nigdzie na świecie nie ma takich koni arabskich, jakie są w Janowie.

Niestety, rozwój stadniny znowu przerwała wojna. We wrześniu na kilka dni przed sowiecką agresją zdecydowano się na ewakuację blisko 200 janowskich koni w kierunku Wołynia. W nocy z 17 na 18 września po wkroczeniu Armii Czerwonej, zwierzęta przewieziono z powrotem do Janowa. Nie obyło się bez strat. Po drodze wiele koni spłoszonych przez działania wojenne bezpowrotnie zaginęło.

Rosjanie, którzy zajęli Janów zrabowali wszystkie uratowane z ewakuacji konie i podpalili zabudowania. Stadnina była znowu zrujnowana. Wydawało się, że nic nie może jej już uratować.

Szczęście w nieszczęściu

Kilka tygodni później doszło do niespodziewanego zwrotu akcji. Do Janowa przyjechał Gustav Rau, ten sam, który wcześniej zafascynował się janowskimi końmi. Jeden z bliskich współpracowników Adolfa Hitlera i komisarz do spraw hodowli koni i stadnin na okupowanych ziemiach polskich postawił sobie za główny cel przywrócenie stadninie dawnej świetności. Nie żałował funduszy, aby sprowadzić do Janowa najlepsze konie czystej krwi. Stosował terror i szantaż. Zjawiał się na aukcjach, konfiskował zwierzęta a nawet zmuszał właścicieli do sprzedaży.

O tym, że udało mu się szybko odbudować stadninę świadczy fakt, że już w 1940 roku urządzono w Janowie paradę ogierów, prezentowanych także w zaprzęgach, której towarzyszył przegląd hodowlany.

Dodatkowo, nowym komendantem janowskiej stadniny został Hans Fellgiebel, który również dbał o to, aby koniom i pracownikom niczego nie brakowało. Mówiono nawet, że przymykał oko na fakt, że niektórzy pracownicy są żołnierzami Armii Krajowej. Dlatego, gdy w latach 60 tych przyjechał odwiedzić stadninę, pracownicy przyjęli go ciepło, co oczywiście nie spodobało się ówczesnym władzom.

Dramatyczna ucieczka

W 1944 roku, w momencie, gdy zbliżali się Rosjanie, tym razem ewakuację koni zarządzili Niemcy. Uznali je za tak cenną zdobycz, że wysłali je pociągami wojskowymi, podczas, gdy żołnierze musieli tę drogę przebyć piechotą. W marcu 1945 roku po długiej podróży, zwierzęta dotarły do miejscowości Nettelau, a następnie do Drezna.

Do opieki nad stadem zabrano polską załogę, którą kierował Andrzej Krzyształowicz. Wraz ze zbliżającym się frontem konie znowu trzeba było ewakuować. Niestety w Dreźnie trafiły na sam środek bombardowania aliantów. Zginęło wówczas 21 ogierów. Na szczęście uratowały się najcenniejsze, w tym m.in. Witraż i Wielki Szlem. Oba w czasie nalotu znajdowały się pod opieką masztalerza Jana Ziniewicza, który wykazał się ogromną odwagą. Nie porzucił koni, aby szukać dla siebie schronienia i nie pozwolił im się wyrwać. Uratował je, mimo, że sam mógł zginąć. Bez tych koni trudno byłoby dziś wyobrazić sobie współczesną hodowlę. Ich krew płynie w niemal każdym arabie, który obecnie hodowany jest w Polsce.

Do kraju janowskie konie powróciły jesienią 1946 roku, a do Janowa Podlaskiego dopiero w 1950 roku po odbudowaniu budynków stadniny.

Światowa marka

Niestety, czasy znowu nie były sprzyjające. „Tułaczka poza granicami kraju, rozproszenie stada na skutek alianckich nalotów i mozolny powrót ocalałych resztek do Janowa to prawdziwa golgota polskiej hodowli. Jednak na tym nie skończył się jej dramat” – wspomina w książce „Moje konie, moje życie” Marek Trela, wieloletni prezes Stadniny w Janowie.

W epoce stalinizmu nad końmi zawisła groźba zagłady, jako „magnackie” zostały uznane za bezużyteczne, których należy się pozbyć, najlepiej wywożąc je do rzeźni.

Uratowała je odwilż w 1956 roku i rosnące zainteresowanie kupców z Zachodu, zwłaszcza, gdy okazało się, że nasza hodowla cieszy się powodzeniem, a do Polski z tego tytułu płyną pożądane dewizy.

Od tego momentu Janów Podlaski stał się czołowym organizatorem aukcji dla zagranicznych inwestorów oraz jednym z najważniejszych ośrodków hodowli koni arabskich na świecie, czego potwierdzeniem stały się liczne nagrody oraz wysokie ceny sprzedawanych koni.

W latach 70 tych polskie araby stały się światową marką, która przynosiła oraz większe wpływy. W 1980 roku ogiera El Paso sprzedano za okrągły milion dolarów. Dwa lata później za Bondosa zapłacono 806 tys. dolarów, a w 1985 roku za klacz Penicylinę nabywca zapłacił 1, 5 mln dolarów.

Seria niepowodzeń

W 2015 roku padł kolejny rekord. Podczas ówczesnego Pride of Poland nabywców znalazły 24 konie, za które aukcjonerzy zapłacili blisko 4 mln euro. Najdroższa była wówczas wyhodowana w stadninie w Janowie Podlaskim 10 letnia siwa klacz Pepita, za którą nabywca ze Szwajcarii wydał rekordową sumę 1,4 mln euro. To jednocześnie jak dotąd najdroższy koń w historii polskich hodowli.

Niestety dobra passa skończyła się w jesienią 2015 roku. Zwolniono wówczas wieloletniego szefa stadniny koni w Janowie Podlaskim Marka Trelę.W tym samym roku w niewyjaśnionych okolicznościach odeszły trzy cenne klacze Pianissima, Preria i Amra, z których dwie należały do Shirley Watts, żony perkusisty Rolling Stones. Pianissima była jednocześnie jedną z najbardziej utytułowanych klaczy czystej krwi arabskiej w historii tej rasy.

Wpłynęło to niekorzystnie na wyniki kolejnych aukcji. W 2016 sprzedano tylko 16 z 31 wystawionych koni, na których zarobiono łącznie 1, 27 mln euro. Za najdroższą klacz wylicytowaną na aukcji Seforę nabywca z Kataru zapłacił 300 tys. euro.

Jeszcze gorszy wynik uzyskano rok temu. W 2017 roku na 25 koni wystawionych na sprzedaż w aukcji zostało sprzedanych zaledwie sześć. Uzyskano w ten sposób zaledwie 410 tys. euro. Fachowcy nie kryli, że to prawdziwa katastrofa. Nigdy jak dotąd nie było tak nieudanych licytacji.Czy zła passa się wreszcie odwróci dowiemy się podczas tegorocznej Pride of Poland w sierpniu.

Na szczęście, pomimo ostatnich zawirowań codzienne życie w stadninie toczy się stałym z góry określonym, rytmem. Dzień rozpoczyna się o szóstej rano, od obchodu stajni z udziałem m.in. głównego specjalisty ds. hodowli koni. Kolejny przegląd stanu zdrowia zwierząt odbywa się po sprowadzeniu ich z pastwisk.

Na terenie stadniny, trochę na uboczu znajduje się cmentarz koni, zwany Aleją Zasłużonych Koni dla najbardziej znanych i utytułowanych. Jest skromny, to głazy narzutowe w zagajniku za zabudowaniami z tabliczkami. Trudno tutaj trafić, ale warto. Każdy ze spoczywających tutaj koni to kawałek historii tego miejsca.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA