W każdym meczu drużyna z Warszawy gra o przełamanie fatalnej passy. Chyba wszyscy w klubie i kibice też wierzą, że jedno zwycięstwo da oddech, odblokuje głowy i spowoduje, że potem już będzie łatwiej. Nie udało się tego dokonać z Motorem Lublin, gdzie fantastyczną okazję miał Mileta Rajović, ani z ostatnim w tabeli Ekstraklasy Piastem Gliwice.
Po porażce w sobotę podobno piłkarze zebrali się we własnym gronie na męską rozmowę i wytykali sobie błędy. Tymczasowy od kilku tygodni trener Inaki Astiz zapewniał, że ma przy Łazienkowskiej poparcie ze wszystkich stron. Można było mieć nadzieję, że tym razem się uda, bo chociaż wyprawa do Armenii była długa, to rywal nie należał do najmocniejszych i nawet temperatura o tej porze roku nie straszyła.
Noah – Legia. Piłkarze z Warszawy mają problemy z kondycją
Nie można powiedzieć, że Astiz nie szuka rozwiązań. Tym razem Rubena Vinagre’a wysłał na lewe skrzydło i dobrze, bo Portugalczyk największe zagrożenie sprawia pod własną bramką. Zaczęło się bardzo obiecująco, bo już w 2. minucie Claude Goncalves strzelał, a Mileta Rajović dobijał. Wtedy jeszcze się nie udało, ale już minutę później piłkarze Legii mogli się cieszyć. Błąd popełnił stoper FC Noah, a duński napastnik wyprzedził bramkarza gospodarzy i strzelił do pustej bramki.
Czytaj więcej
W temacie odejścia Marka Papszuna z Rakowa do Legii trwa impas. Sprawa rozpalająca piłkarską Polskę zapewne znajdzie finał najpóźniej po grudniowyc...
Będzie z górki? Nic podobnego, bo Legia zamiast przycisnąć, oddała inicjatywę i dała się zepchnąć pod własną bramkę. W pierwszej połowie gospodarze utrzymywali się przy piłce przez 65 proc. czasu gry, a legioniści tylko z rzadka kontratakowali. Do przerwy jeszcze jakoś dociągnęli, ale w drugiej połowie szczęścia nie wystarczyło. Vinagre stracił piłkę na własnej połowie, Nardin Mulahusejnović wpadł w pole karne, a Matheus Aias wykończył akcję.
Zawodnicy Legii mają problemy z przygotowaniem kondycyjnym, bo im dłużej trwał mecz, tym biegali wolniej i pozwalali na więcej. Szczytem była akcja, w której stracili drugiego gola. Arkadiusz Reca źle zagrał głową, Steve Kapuadi nie trafił w piłkę, a Mulahusejnović pokonał Kacpra Tobiasza. Wyrównać mógł jeszcze Antonio Colak, ale będąc metr od bramki, fatalnie skiksował. Po meczu żal było patrzeć na załamanego Astiza, który wyglądał, jakby tylko marzył o tym, żeby grudzień się skończył.
Jak Jagiellonia postawiła się Rayo Vallecano
Większe brawa należą się Jagiellonii, bo chociaż przegrała 1:2, to pozostawiła po sobie niezłe wrażenie w starciu z Rayo Vallecano. Początek meczu nie zapowiadał niczego dobrego, bo Hiszpanie włączyli wysoki bieg i szybko strzelili gola, ale kiedy pierwszy szok minął, to piłkarze Jagiellonii grali jak równy z równym z drużyną z LaLiga. Wyrównał tuż przed przerwą nieoceniony Jesus Imaz, który sprytnie strzelił po rzucie rożnym. Niestety, w drugiej połowie błąd popełnił Sławomir Abramowicz, który dał się zaskoczyć uderzeniem w krótki róg.
Czytaj więcej
W nocy ze środy na czwartek kilkadziesiąt zamaskowanych osób wtargnęło do autokaru, którym kibice Rayo Vallecano podróżowali do Białegostoku na mec...
Cieniem na spotkaniu położył się przedmeczowy incydent. Hiszpańscy kibice zostali napadnięci na drodze S8 przez grupę zamaskowanych osób. Policja zatrzymała już kilkoro podejrzanych. Opinia o polskich kibicach pójdzie w świat, na szczęście piłkarze pokazali się z dużo lepszej strony.