Alina Więckowska-Worch, prawnik, pośrednik z agencji nieruchomości Avenda w Żyrardowie:
Na zamianę nieruchomości - spółdzielczego własnościowego mieszkania na dom - umówiło się dwóch klientów. Klient, który kupił lokal, niedługo po transakcji wyjechał do córki do USA . Zakładał, że nie wróci, dlatego pełnomocnictwo do sprzedaży nieruchomości zostawił synowi.
Mieszkanie nie figurowało długo w bazie ofert. Klient - pan Jan, który w drodze tej zamiany uzyskał dom, przyprowadził chętnego do zakupu - swojego znajomego Rosjanina czy Białorusina - Saszę. Sprzedaż została sfinalizowana przy udziale tłumacza przysięgłego. Przed podpisaniem aktu notarialnego zarówno ja, jak i pani notariusz pouczałyśmy, co zresztą zostało wpisane do aktu, że sprzedaż tego spółdzielczego własnościowego prawa do lokalu będzie uzależniona od przyjęcia nabywcy w poczet członków spółdzielni mieszkaniowej, bo takie przepisy wówczas obowiązywały.
Zarówno kupujący, jak i Jan, jego polski przyjaciel obecny przy akcie notarialnym, stwierdzili , że tak, tak - "oni to załatwią i niech nas o to głowa nie boli". Mieszkanie zostało wydane. Transakcja była zakończona.
Po miesiącu usłyszałam, co było głośną aferą , że w tym mieszkaniu była tzw. dziupla. Policja znalazła broń i wiele rzeczy pochodzących z przestępstw. Nabywcy tego mieszkania, jak usłyszałam później, udało się uciec, ponoć gdzieś daleko do Afryki czy Ameryki Południowej.