„Demografia. Gospodarka Pokoleń” to projekt „Rzeczpospolitej”, w którym przyglądamy się, jak demografia zmienia polską gospodarkę. Malejąca liczba osób w wieku produkcyjnym i starzenie się społeczeństwa będą miały wpływ na rynek pracy, kondycję firm, finanse publiczne, system emerytalny i ochronę zdrowia. „Rzeczpospolita” pyta ekspertów, przedsiębiorców i polityków, co zrobić, by Polska mogła nadal się rozwijać i skutecznie konkurować.
Do 2035 r. ubędzie w Polsce ponad dwa miliony pracowników, czyli około jedna ósma obecnego stanu zatrudnienia – wyliczał w 2024 r. Polski Instytut Ekonomiczny. Z kolei raport OECD z 2025 r. wskazywał, że pomiędzy 2024 a 2060 r. ubędzie w Polsce 37 proc. osób w wieku produkcyjnym: ich liczba spadnie z 23 mln do 14,5 mln. Organizacja wyliczała wówczas, że wskaźnik obciążenia demograficznego dla Polski urośnie z 32 proc. w 2023 r. do aż 76 proc. w 2060 r. – podczas gdy średnio dla krajów OECD ten wzrost będzie dużo mniejszy (z 32 do 53 proc.).
Czytaj więcej
Chociaż większość firm liczy na to, że zmiany demograficzne nie ograniczą ich rozwoju w perspektywie najbliższej dekady, to jednocześnie niemal każ...
Wskaźnik obciążenia demograficznego pokazuje ile osób w wieku 65 lat i więcej przypada na jedną osobę w wieku produkcyjnym (20–64 lata). Szacowano, że zmiany demograficzne silnie uderzą w potencjał wzrostowy naszej gospodarki, obniżając średnie roczne tempo wzrostu PKB na osobę z około 4 proc. w latach 2006–2019 do 2,5 proc. w latach 2024–2060.
Coraz mniej dzieci
Problem dotyczy nie tylko najbliższych lat – „luki” w urodzeniach sprzed 10-20 lat, które w czasie najbliższej dekady będą wchodzić na rynek pracy, nie da się wszak już załatać. Spada jednak też liczba nowych urodzeń. Zgodnie z danymi GUS, w 2025 r. urodziło się w Polsce tylko nieco ponad 238 tys. dzieci, o ponad jedną trzecią mniej niż dekadę temu. W pierwszej połowie 2026 r. na świat przyszło w Polsce niespełna 115 tys. dzieci, co znów oznacza najgorsze półrocze w historii danych.
Po części spadki są zrozumiałe: między 2010 a 2025 r. ubył w Polsce milion kobiet w wieku rozrodczym, od początku wieku ponad półtora miliona, teraz mamy ich niespełna 8,5 mln. Ale drugą częścią równania jest też wskaźnik dzietności TFR, który mówi o tym, ile dzieci urodzi średnio jedna kobieta w ciągu całego okresu rozrodczego 15-49 lat (gdyby statystyki urodzeń były stałe). Ta wartość w ostatnich latach w Polsce mocno spada: już okolice 1,4 pod koniec ubiegłej dekady były alarmujące, a w 2025 r. TFR wyniósł niespełna 1,07. Jak pokazuje eksperymentalna symulacja GUS z 2025 r., utrzymanie wskaźnika dzietności na poziomie z 2024 r. (TFR 1,1) doprowadziłoby do stanu, w którym w 2026 r. Polaków będzie tylko 28,4 mln, o 2,5 mln mniej niż zakładano w oficjalnych prognozach z 2023 r. Tymczasem już w 2025 r. TFR był niższy od zakładanego, sięgając niespełna 1,07.
Czytaj więcej
Migracja nie jest i nie może być zamiennikiem polityki demograficznej i rodzinnej – mówi „Rzeczpospolitej” Aleksandra Gajewska z Koalicji Obywatels...
Niekorzystne trendy demograficzne zaczną ciążyć na potencjalnym wzroście Polski. Udało nam się nieco „przeciągnąć” w czasie te wyzwania dużą skalą migracji ze Wschodu, szczególnie z Ukrainy. De facto wciąż to właśnie napływ obcokrajowców sprawia, że łączna liczba osób zarejestrowanych w ZUS (zgłoszonych do ubezpieczenia emerytalnego i rentowego) rośnie. Na koniec drugiego kwartału 2026 r. takich osób było blisko 16,3 mln, o ponad 17,5 tys. więcej niż rok wcześniej. Tyle że w tym samym czasie cudzoziemców płacących składki przybyło ponad 101 tys. Wniosek: samych Polaków w rejestrze ZUS ubyło przez rok blisko 84 tys.
Jak stawić czoła kryzysowi?
Należymy do grupy krajów o szczególnie niekorzystnej sytuacji demograficznej nie tylko biorąc pod uwagę tempo spadku liczby osób w wieku produkcyjnym, ale i zmiany w ich strukturze wiekowej. W takich warunkach rola AI i wzrostu produktywności może być szczególnie istotna i jest to jedna z dróg radzenia sobie z wyzwaniem.
Inną z dróg jest oczywiście migracja, acz tu nawet masowy przyjazd obcokrajowców do Polski nie załatałby dziury. Napływ musiałby iść w miliony, godząc w spójność społeczeństwa – wymaganą skalę można by porównać z przybyciem do Polski do 2050 r. całego województwa mazowieckiego imigrantów. Pewnym rezerwuarem jest też np. wyższa aktywizacja w części grup, np. wśród osób z niepełnosprawnościami, uczących się czy deklarujących opiekę nad członkami rodziny.
Wyższy wiek emerytalny, przynajmniej dla kobiet
Od lat postulowanym rozwiązaniem jest jednak też podniesienie wieku emerytalnego, szczególnie dla kobiet. Ten sam wiek dla kobiet i mężczyzn obowiązuje w zdecydowanej większości krajów UE. W żadnym z państw Wspólnoty kobiety nie mogą też przejść na emeryturę tak wcześnie, jak w Polsce – czyli w wieku 60 lat (przy 65 latach dla mężczyzn). Jednocześnie badania opinii są jednoznaczne: Polacy nie chcą wyższego wieku emerytalnego. Z przeprowadzonego wiosną sondażu IBRiS dla „Rzeczpospolitej” wynika, że 37 proc. nie popiera zrównania wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn w Polsce, a kolejnych 22 proc. uważa, że jeśli już zrównywać, to w dół, czyli obniżyć wiek emerytalny dla mężczyzn do 60 lat, przy utrzymaniu takiego samego dla kobiet. Wspólnego wieku emerytalnego 63 lata oczekiwało niespełna 18 proc., 65 lat około 9 proc., a 67 lat niespełna 5 proc. Przypomnijmy, że wiek emerytalny 67 lat dla kobiet i mężczyzn – acz podnoszony sukcesywnie, do 2020 r. dla mężczyzn i 2040 r. dla kobiet – zakładała reforma emerytalna z 2013 r., cofnięta w 2017 r. przez rząd PiS.
Przy takich nastrojach społecznych trudno się więc dziwić, że politycy bronią się przed dyskusją o wyższym wieku emerytalnym, proponując w zamian kolejne zachęty do wydłużania aktywności zawodowej. Już mamy tzw. PIT-0 i seniorzy, którzy zrezygnowali z pobierania świadczenia na rzecz pracy, są zwolnieni z PIT do kwoty ok. 85 tys. zł rocznie. Emeryci mogą też nie płacić składek ZUS, jeśli założą działalność gospodarczą. Z tego powodu mamy jeden z najwyższych w Europie odsetek jednoosobowych działalności gospodarczych wśród pracujących seniorów.
PiS zaproponowało też kilka miesięcy temu dodatkowo program Srebrna Praca, który zakłada zwolnienie z PIT i składek ZUS pierwszych 2,5 tys. zł zarobionych przez pracujących emerytów. Ma to zachęcić ich do dłuższego pozostania na rynku pracy i pomóc w łagodzeniu braków kadrowych. – Żadna zachęta podatkowa czy składkowa do przedłużenia aktywności zawodowej nie skłoni ludzi, aby masowo nie przechodzili na emerytury – komentuje jednak w rozmowie z „Rzeczpospolitą” dr Tomasz Lasocki z Politechniki Warszawskiej.
Bardzo jednoznacznie w temacie wieku emerytalnego wypowiadają się też uczestnicy Panelu Ekonomistów „Rzeczpospolitej” – naukowcy z uczelni i wydziałów ekonomicznych w Polsce. Do oceny przedstawiliśmy im następującą tezę: „Polska powinna przyjąć strategię demograficzną obejmującą reformę systemu emerytalnego, w tym możliwość stopniowego zrównania/podwyższenia wieku emerytalnego wraz z wydłużaniem długości życia”. Zgodziło się z nią aż 18 z 19 badanych ekonomistów, w tym jedenastu zdecydowanie.
– Podwyższanie wieku emerytalnego należy wprowadzać stopniowo i w dłuższej perspektywie czasowej – komentuje prof. Cieślik. – Zmiany należałoby rozpocząć od zrównania wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn z ewentualnym podniesieniem wieku emerytalnego kobiet w kolejnej fazie reform, biorąc pod uwagę ich oczekiwaną długość życia, która jest jak dotąd większa niż w przypadku mężczyzn – dodaje.
Choć z naszą tezą zgadza się też dr Michał Zator z Uniwersytetu Notre Dame w USA, to proponuje inne rozwiązanie. – Uważam, że najlepszym rozwiązaniem byłoby zniesienie sztywnego wieku emerytalnego i wprowadzenie zamiast tego minimalnego wieku przejścia na emeryturę połączonego z ostrą i wyraźnie komunikowaną zależnością wysokości emerytury od momentu rozpoczęcia pobierania jej – oczekuje. Jak dodaje, wraz ze zmianą struktury wieku populacji, ale też wydłużaniem się czasu aktywnego życia, powinniśmy też wspierać i umożliwiać elastyczne łączenie pracy na część etatu z emeryturą.
Sporą dawką pesymizmu – a może realizmu? – dzieli się natomiast dr Piotr Arak, adiunkt na Wydziale Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego, główny ekonomista Velo Banku. – Wydaje mi się, że nie da się w Polsce prowadzić dyskusji na ten temat bez kryzysu fiskalnego, który by do zmian w tym obszarze przymusił władzę, ale też społeczeństwo – mówi.
Czy zachęty finansowe podniosą dzietność?
Dostosowania wymaga przy tym nie tylko kwestia podaży pracy czy polityki migracyjnej, ale także systemu opieki zdrowotnej. Zgadza się z tym większość uczestników Panelu Ekonomistów „Rzeczpospolitej” (13 z 19, tylko dwóch przeciw, czterech bez jednoznacznego zdania). – Biorąc pod uwagę rysującą się katastrofę demograficzną, podjęcie kompleksowych reform jest pilną koniecznością – alarmuje prof. Andrzej Cieślik z Wydziału Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego. – Reformy te powinny jednak traktować priorytetowo zwiększenie dzietności polskiego społeczeństwa poprzez opracowanie skutecznej polityki prorodzinnej, a nie prowadzić do rozwarstwienia i braku spójności społecznej – przestrzega.
Właśnie: to, jak zwiększyć dzietność, to kluczowe pytanie zadawane sobie przez demografów nie tylko w Polsce, ale i na świecie. W ostatnim dwudziestoleciu mieliśmy sporo rozwiązań: poczynając od 500+, potem rozszerzonego i waloryzowanego, poprzez prorodzinną ulgę w PIT, stawkę 0 proc. dla rodziców z przynajmniej czworgiem dzieci, becikowe, 300 zł na wyprawkę („Dobry Start”), po wprowadzony w 2024 r. program „Aktywny Rodzic” (tzw. babciowe). Politycy snują kolejne pomysły. Przykładowo, w wakacje Mateusz Morawiecki zaproponował wprowadzenie „składki rodzinnej”. Miałaby ona polegać na tym, że jedna czwarta składek na ZUS odprowadzanych przez dorosłe dzieci byłaby przekazywana bezpośrednio na konta emerytalne ich rodziców. Ten mechanizm miałby stanowić dodatkową zachętę do posiadania dzieci (bo zwiększałby przyszłą emeryturę). Potem były premier mówił też o Pensji Rodzicielskiej 3,6 tys. zł miesięcznie na dziecko do trzeciego roku życia. Z kolei kandydat PiS na premiera Przemysław Czarnek snuł ideę świadczenia wyższego niż obecnie 800+ na drugie i kolejne dziecko.
Uczestników Panelu Ekonomistów postawiliśmy do oceny tezę: „Potrzebne są nowe instrumenty i wydatki prodemograficzne, w celu podniesienia wskaźnika dzietności w Polsce”. Rozkład odpowiedzi nie był jednomyślny: zgodziło się z tezą sześciu badanych (w tym dwóch zdecydowanie), na „nie” było jednak dziewięciu (w tym też dwóch zdecydowanie), a czterech nie ma zdania.
– Rzeczywistość pokazała, że zachęty finansowe mają ograniczony wpływ na dzietność – ocenia prof. Paweł Strzelecki, wicedyrektor Instytutu Statystyki i Demografii SGH. Wtórują mu inni ekonomiści. – Skuteczność takich wydatków jest wątpliwa, jeśli celem jest dzietność. Mogą być natomiast uzasadnione z innych powodów – mówi prof. Wojciech Kopczuk z Uniwersytetu Columbia w Nowym Jorku. W podobnym tonie wyraża się dr Jan Gromadzki, adiunkt w Katedrze Ekonomii na Uniwersytecie Ekonomicznym w Wiedniu. – Ciężko wskazać instrumenty państwa, które w efektywny kosztowo sposób zwiększają dzietność. Żłobki, zasiłki, urlopy rodzicielskie, mieszkania nie zrobią tego w znacznym stopniu – wskazuje. – Mogą być potrzebne z innych powodów, ale nie są dobrymi sposobami na zwiększenie dzietności – dodaje.
Potrzebny gruntowny przegląd programów
– Jak dotąd żaden z rządów poważnie nie zajmował się polityką prodemograficzną. W związku z tym nowy rząd powinien opracować spójną i wiarygodną strategię wspierającą rodziny wielodzietne w Polsce – ocenia prof. Cieślik. Snuje przy tym nawet wizję wprowadzenia tzw. podatku bykowego. – Taka strategia powinna w szczególności obejmować źródła finansowania, takie jak podatki od osób bezdzietnych, a także odpowiednie bodźce finansowe i podatkowe dla osób decydujących się na wychowanie czworga czy pięciorga dzieci – komentuje.
Zdaniem prof. dr. hab. Marka Kośnego z Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu, szeroka dyskusja i poszukiwanie nowych rozwiązań na zwiększenie dzietności są konieczne, ale nie chodzi o nowe instrumenty o charakterze stricte finansowym. – Na pewno należałoby rozpocząć od gruntownego przeglądu istniejących rozwiązań, w tym świadczeń, zweryfikować ich adekwatność i je uporządkować – a część zapewne usunąć – mówi. Jak dodaje, przede wszystkim jednak konieczne w tym kontekście wydaje się przygotowanie strategii demograficznej, która przetrwa dłużej niż okres sprawowania władzy przez rząd, który ją stworzył. – Bez tego trudno oczekiwać, żeby ewentualne nowe rozwiązania prowadziły do konkretnego celu – przekonuje.
O potrzebie dyskusji o uproszczeniu i ujednoliceniu świadczeń rodzinnych oraz lepszym ich adresowaniu mówi dr Arak. – Dzisiaj większość zadań związanych z wypłatą świadczeń i ich przeliczaniem mogłaby wykonać AI obsługująca ZUS, co obniżyłoby koszty i jednocześnie umożliwiło stworzenie personalizowanych świadczeń zależnych od indywidualnej sytuacji rodzinnej – przekonuje.
Eksperci ds. demografii mówią przy tym też, że jeśli wyzwaniem dla dzietności w Polsce są wyzwania materialne, to zamiast kierowanych świadczeń pomogłoby m.in. upowszechnianie stabilnych umów o pracę na czas nieokreślony dla najmłodszych pracowników czy ułatwienie im dostępu do mieszkań. Te elementy mają kluczowe znaczenie dla budowania poczucia bezpieczeństwa młodego pokolenia, co bezpośrednio sprzyja podejmowaniu decyzji o zakładaniu rodzin i posiadaniu dzieci.
Problemem jest też nie tyle to, aby para zdecydowała się na dziecko, ale żeby w ogóle się poznała. Pozytywnie wpłynąć mogłyby tu np. próby wyrównania różnic wykształcenia między kobietami a mężczyznami. Ten bilans jest dziś mocno zaburzony na niekorzyść panów, tworząc tzw. lukę edukacyjną. Ponieważ ludzie zazwyczaj wiążą się z osobami o podobnym poziomie wykształcenia, a jednocześnie młode kobiety częściej wyprowadzają się do dużych aglomeracji m.in. na studia, podczas gdy mężczyźni częściej pozostają w mniejszych miejscowościach, ścieżki życiowe obu płci mocno się rozchodzą. W efekcie wielu singlom trudno jest napotkać odpowiedniego partnera.
OPINIE EKSPERTÓW
Wyższe wydatki nie odwrócą niekorzystnych trendów demograficznych
Dr Michał Zator, Uniwersytet Notre Dame
Podniesienie dzietności na pewno jest bardzo pożądane, ale nie jestem pewien, czy nowe wydatki są tutaj w stanie coś osiągnąć. Prawda jest taka, że nie wiemy jak i nie umiemy przeciwdziałać spadkowi dzietności skutecznie za pomocą narzędzi ekonomicznych. Uważam, że są pewne rzeczy, które warto robić, by wprowadzać atmosferę wsparcia dla rodzin i wielodzietności – np. wsparcie dla mam wychowujących dzieci w domu. Nie traktowałbym tego jednak jako programu bezpośredniego wspierania dzietności, ale raczej wspierania rodzin i kultury przyjaznej rodzicielstwu.
Dr Piotr Arak, Wydział Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego
Wydaje mi się, że w ogóle nie uda się w Polsce ograniczyć gospodarczych skutków zmian demograficznych, niezależnie jakie działania podejmiemy. Trzeba zwiększyć wskaźniki zatrudnienia, popularyzować pracę na część etatu czy ułatwiać powrót z macierzyństwa do pracy, czy próbować przyciągać diasporę Polską, ale nie sądzę, byśmy byli w stanie zawrócić bieg rzeki. Jedyne, co się może przydarzyć, to implozja reżimów na Białorusi i w Rosji, która wymusiłaby migrację także do Polski. Nasze przygotowanie do zmian demograficznych to podnoszenie produktywności gospodarki i lepiej płatne stanowiska zachęcające do imigracji. Co do świadczeń rodzinnych, to myślę natomiast, że potrzebujemy dyskusji o ich uproszczeniu i ujednoliceniu oraz lepszym adresowaniu. Dzisiaj większość zadań związanych z wypłatą świadczeń i ich przeliczaniem mogłaby wykonać AI obsługująca ZUS, co obniżyłoby koszty i jednocześnie umożliwiło stworzenie personalizowanych świadczeń zależnych od indywidualnej sytuacji rodzinnej.
Prof. dr hab. Marek Góra, SGH
„Instrumenty i wydatki prodemograficzne” nie działają. Wszyscy próbują, ale mało komu udaje się chociaż odrobinkę osiągnąć. Decyzje o posiadaniu dzieci daleko wykraczają poza obszar działania tego typu polityk. Polityczny taniec wokół dzietności służy raczej promowaniu się osób i partii. Myślę, że niestety musimy nauczyć się żyć z taką dzietnością, jaką mamy w Polsce, i szerzej w zdecydowanej większości krajów rozwiniętych. Nie jest to poddanie się, ale dostrzeżenie, że natura jest silniejsza od polityki. Nie znaczy również, że nie należy wspierać rodzicielstwa – przeciwnie. Nie należy się jedynie spodziewać, że z tego wyniknie znaczące podwyższenie dzietności.
Prof. dr hab. Michał Rubaszek, SGH
Wsparcie finansowe jest ważnym elementem polityki prorodzinnej, ale niska dzietność w Polsce nie jest spowodowana jedynie czynnikami finansowymi. Zeszłoroczny raport z badania o bezdzietności w Polsce opracowany przez Pollster wskazuje, że głównym jej powodem jest brak odpowiedniego partnera/partnerki (31 proc. odpowiedzi), zaś na trzecim miejscu znajduje się chęć swobody i niezależności w życiu (22 proc. odpowiedzi). Na wysokie koszty wychowania dziecka wskazuje natomiast 24 proc. respondentów.
Prof. dr hab. Andrzej Cieślik, WNE UW
Biorąc pod uwagę rysującą się katastrofę demograficzną, podjęcie kompleksowych reform jest pilną koniecznością. Reformy te powinny jednak traktować priorytetowo zwiększenie dzietności polskiego społeczeństwa poprzez opracowanie skutecznej polityki prorodzinnej, a nie prowadzić do rozwarstwienia i braku spójności. Stopniowo i w dłuższej perspektywie czasowej należy też podwyższać wiek emerytalny. Zmiany należałoby rozpocząć od zrównania wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn z ewentualnym podniesieniem wieku emerytalnego kobiet w kolejnej fazie reform, biorąc pod uwagę ich oczekiwaną długość życia, która jest jak dotąd większa niż w przypadku mężczyzn.
Prof. dr hab. Marek Kośny, Uniwersytet Ekonomiczny we Wrocławiu
Szeroka dyskusja i poszukiwanie nowych rozwiązań są konieczne, chciałbym jednak podkreślić, że nie chodzi o nowe instrumenty o charakterze stricte finansowym (nowe świadczenia). Na pewno należałoby rozpocząć od gruntownego przeglądu istniejących rozwiązań (w tym świadczeń), zweryfikować ich adekwatność i je uporządkować (a część zapewne usunąć). Przede wszystkim jednak konieczne w tym kontekście wydaje się przygotowanie strategii demograficznej, która przetrwa dłużej niż okres sprawowania władzy przez rząd, który ją stworzył. Bez tego trudno oczekiwać, żeby ewentualne nowe rozwiązania prowadziły do konkretnego celu.