Rzecz o prawie

Myśliwi pod medialnym ostrzałem

Posłowie nie zdążyli z przepisami o polowaniach
123RF
Presja organizacji „ekologicznych" zmieniała stopniowo wizerunek myśliwego, zrównując go wręcz z barbarzyńcą. Ostatni incydent legislacyjny w Sejmie doskonale to pokazuje – pisze adwokat Krzysztof Kuczyński.

Proponowana ostatnio nowelizacja prawa łowieckiego wywołała ożywioną dyskusję, którą zdominowała raczej powszechna krytyka. W przekazie mediów więcej było niestety emocji i ocen niż rzetelnej dyskusji. Niepokoi, że opinia publiczna była wyraźnie dezinformowana o zakresie proponowanych zmian i ich uzasadnieniu. Niepokoi, gdyż na fali nierzetelnej krytyki marszałek Sejmu wycofał z obrad parlamentarnych projekt, który przewidywał wiele bardzo pożądanych regulacji. Przyjrzyjmy się pięciu wybranym, uwypuklanym w mediach zagadnieniom, by ocenić, jak działa machina medialna kształtująca nasze opinie.

1. Łatwiejszy dostęp do broni dla myśliwych?

Dowiadywaliśmy się, iż w wyniku nowelizacji myśliwi mieli zostać zwolnieni z obowiązku przeszkolenia, egzaminów strzeleckich czy badań lekarskich i psychologicznych. Tymczasem zasady wydawania pozwoleń na broń reguluje ustawa o broni i amunicji, której proponowane zmiany w ogóle nie dotyczyły (sic!). Zgodnie z jej zasadami każdy myśliwy przechodzi badania lekarskie i psychologiczne, zdaje egzamin z prawa łowieckiego i zasad posługiwania się bronią, wraz z jego praktyczną częścią. Myśliwi (podobnie jak sportowcy i kolekcjonerzy broni) nie muszą jedynie powtarzać badań psychologicznych co pięć lat. System mimo to działa. Nie słyszymy o wariatach ze sztucerami, a wypadki z użyciem broni na polowaniach są raczej sporadyczne. Tym samym wszelkie twierdzenia, iż nowelizacja prawa łowieckiego ma ułatwiać uzyskanie pozwoleń na broń, są po prostu nieprawdziwe.

2. Niepotrzebne pistolety

Nowelizacja przywracać miała prawo do posiadania przez myśliwego broni krótkiej. I nie brakło komentarzy malujących obraz rodem z Dzikiego Zachodu: armii myśliwych z pistoletami i rewolwerami na ulicach naszych miast. Krytycy podkreślali, iż taka broń jest myśliwym w ogóle niepotrzebna.

Tymczasem propozycja dotyczyła wprowadzenia możliwości korzystania przez myśliwych z rewolwerów (nie pistoletów), i to wyłącznie w celu dostrzeliwania postrzałków zwierzyny oraz redukcji drapieżników schwytanych w pułapki żywołowne. Używanie takiej broni dopuszczone jest od lat m.in. w Niemczech, gdzie nikt nie kwestionuje zasadności rozwiązania. Jak słusznie wskazuje specjalista od prawa dostępu do broni palnej, mec. Andrzej Turczyn: „Na tle Niemiec aktualna regulacja wyłączająca możliwość dostrzeliwania rannej zwierzyny z broni krótkiej jest anachronizmem i powoduje zagrożenie dla zdrowia myśliwego, a niejednokrotnie i życia. Znane są przypadki szarżujących postrzelonych dzików, przed którymi w warunkach leśnych, z bliskiej odległości, nie sposób bronić się sztucerem".

3. Dzieci na polowaniach

Media grzmiały, iż skutkiem zmian będzie „dopuszczenie dzieci do udziału w polowaniach". Jedna z telewizji pokazała film ukazujący płaczącą dziewczynkę przy ustrzelonej zwierzynie. Czemu płakała i czy była obecna na polowaniu – nie wiadomo. Nie w tym przecież rzecz. News wzbudził emocje, a machina kreowania postaw zadziała.

Podczas wielu rozmów o nowelizacji usłyszałem, iż obecny parlament zwariował, bo ma zamiar „pozwolić dzieciom na udział w polowaniach". Nic bardziej mylącego, gdyż projekt w ogóle nie dotykał tej kwestii. Aktualnie prawo łowieckie nie wprowadza minimalnej granicy wieku dla uczestników polowań, gdyż regulacje prawne wprowadzają wystarczające gwarancje bezpieczeństwa. Każde polowanie zbiorowe odbywa się pod kierownictwem „prowadzącego polowanie", który odpowiada za bezpieczeństwo wszystkich jego uczestników. Żaden prowadzący nie pozwala więc – również we własnym interesie – na udział w nim małych dzieci. Poluję od lat i nigdy nie widziałem myśliwego z dzieckiem na polowaniu zbiorowym. Czy więc ogólnym zapisem o zakazie udziału dzieci w polowaniach powinno się zabronić ojcu spędzenia kilku godzin na ambonie z 15-letnim synem? A przecież to też polowanie, i to też – w rozumieniu prawa – „dziecko". Odpowiedzialność za bezpieczeństwo i rozwój dzieci ponoszą ich rodzice i to oni powinni decydować, czy dana aktywność mieści się w granicach dozwolonego ryzyka i kierunków wychowania. Prawo nie zastąpi ich zdrowego rozsądku, a jak pokazuje praktyka – ten wciąż przeważa.

4. Zabójczy ołów

Niektóre organizacje postulowały wprowadzenie całkowitego zakazu używania ołowianych pocisków, a to ze względu na... zatrucie lasów i zwierząt. Nowelizacja nie wyszła im naprzeciw. Krytycy łowiectwa przedstawiali opinii publicznej m.in. wyliczenia setek ton ołowiu pozostawianych corocznie w środowisku na polowaniach. Szacunki te były – delikatnie ujmując – bardzo przesadzone. Pocisk to ok. 10 gramów ołowiu. Każdy ze 100 tys. myśliwych musiałby więc oddać w roku co najmniej kilkaset strzałów, co jest niewykonalne. Przeciętny myśliwy oddaje w trwającym trzy miesiące sezonie kilkanaście strzałów, a praktyka kół łowieckich pokazuje, że aktywnie poluje nie więcej niż 50 proc. ich członków. W efekcie całe koło łowieckie pozostawi przez rok co najwyżej kilka kilogramów ołowiu na terenie obwodu, który liczy od kilku do kilkunastu tysięcy hektarów.

Zdecydowanie większe szkody wyrządzi jeden akumulator wyrzucony w lesie. Szacunki krytyków ustawy bazują zapewne na statystykach sprzedaży amunicji, a ta zużywana jest przede wszystkim na strzelnicach. Jeden trening strzelania do rzutków to co najmniej kilkadziesiąt, a czasem kilkaset strzałów, czyli więcej niż przeciętnie myśliwy zużywa jej w całym sezonie. O co więc właściwie w tym zarzucie naprawdę chodzi? Zapewne znów o pieniądze. Świadomie lub nie, lansuje się w ten sposób stanowisko korzystne dla producentów broni i amunicji. Otóż amunicja ołowiana jest miękka i przy jej użyciu myśliwy nie jest w stanie zużyć swego karabinu przez całe życie. Alternatywne dla ołowiu materiały (stal, bizmut, miedź czy stopy metali) są nie tylko zdecydowanie droższe, ale i powodują szybkie zużycie się broni, jako dużo twardsze. Konieczna byłaby więc masowa wymiana broni na bardziej wytrzymałą.

Nie może więc dziwić, że państwa, które zdecydowały się – pod wpływem takich właśnie nacisków – wprowadzić zakaz stosowania amunicji ołowianej, ograniczają go minimum, tj. polowania na ptaki wodne i migrujące, które ewentualnie narażone są na połknięcie śrutu. Trwa tam jednak dyskusja nad zasadnością wprowadzonych zmian.

5. Prywata lobby myśliwych

Komentatorzy projektu ustawy sugerowali nam, że za jego wprowadzeniem stoi „lobby myśliwych", a co za tym idzie – zmiany sprzeczne są z interesem publicznym. Jednym z wyrazów takiej prywaty miało być wprowadzenie zasady współodpowiedzialności Skarbu Państwa za szkody wyrządzone przez zwierzynę łowną. Krytycy tego rozwiązania twierdzili, iż koła łowieckie „przejmują własność państwa", więc muszą za nią nadal w pełni odpowiadać. To kolejny przykład dezinformacji: koła łowieckie „dzierżawią" co prawda teren obwodu, ale Skarb Państwa pozostaje właścicielem zwierzyny łownej. Pozyskana przez myśliwych zwierzyna musi zostać zdana do skupu, chyba że myśliwy odkupi tuszę na użytek własny. Historycznie to Skarb Państwa odpowiadał za szkody wyrządzone przez zwierzęta łowne. Dopiero w 1973 r. wprowadzono koła łowieckie, które zobowiązane zostały do zwrotu kwot wypłaconych odszkodowań, a od 1996 r. Skarb Państwa uwolniony został od tej odpowiedzialności całkowicie. Myśliwi nie mieli zbyt wiele do powiedzenia, taka była cena realizacji ich pasji.

Regulacja taka wzbudzała jednak niezmiennie wątpliwości natury konstytucyjnej. Na koła nałożono bowiem obowiązek fizycznej ochrony prywatnych upraw, pod rygorem pełnej odpowiedzialności za wszelkie szkody. To odwrócenie zasad kodeksu cywilnego, zgodnie z którymi to właściciel odpowiada za własne zwierzę. Myśliwi odpowiadają za to bez ograniczeń za cudze zwierzęta, nawet gdy prowadzą prawidłową gospodarkę łowiecką i realizują plany łowieckie.

Regulacja ta wymusiła dialog myśliwych z rolnikami i ustalenie dobrosąsiedzkich zasad współpracy. Obecnie jednak koła nie są już w stanie sprostać fali roszczeń rolników, a funkcjonujący system ubezpieczeń przestaje zapewniać akceptowalne ekonomicznie warunki ochrony. Przyczyną jest nie tylko wzrost świadomości prawnej rolników, ale i zauważalna zmiana rodzajów upraw. Od kilkunastu lat na polskich polach dominuje ulubiona przez dziki kukurydza, wysiewana często w pobliżu lasów. W efekcie nawet wzmożone środki ochrony fizycznej podejmowane przez myśliwych nie są w stanie zapobiec znaczącym szkodom w uprawach. Roszczenia rosną lawinowo. Stąd też przejęcie przez Skarb Państwa współodpowiedzialności za szkody spowodowane przez zwierzynę łowną jest rozsądnym kompromisem między zasadami kodeksu cywilnego a interesem publicznym. Gdy koło łowieckie zrezygnuje z dzierżawy obwodu z uwagi na nadmiar roszczeń okolicznych rolników, SP przejmie taką odpowiedzialność w pełni.

W ostatnich latach presja organizacji „ekologicznych" zmieniała stopniowo wizerunek myśliwego, zrównując go wręcz z barbarzyńcą odnajdującym radość w mordowaniu zwierząt. Myślistwo stało się artefaktem przeszłej epoki, z którym trzeba walczyć w imię ochrony praw zwierząt. W efekcie łatwo torpedować rozsądne i konieczne reformy prawa łowieckiego, przedstawiając je jako szkodliwe fanaberie wąskiej grupy wynaturzonych lobbystów. Ale walka o odzyskanie wizerunku to problem samych myśliwych. Problemem wszystkich jest natomiast brak rzetelnej informacji o kształcie i skutkach zmian prawa. Miejmy nadzieję, że parlament wróci do prac nad zmianami prawa łowieckiego, a przy tej okazji doczekamy się bardziej aktywnej postawy twórców projektu, podejmujących rzeczową dyskusję w środkach masowego przekazu.

Autor jest adwokatem, instruktorem i sędzią strzelectwa sportowego

">

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL