W polskiej ekstraklasie to nie była senna, spokojna „majówka”. Mecz Legii z Widzewem już dawno nie wywoływał takiego zainteresowania.
Kiedyś cała Polska żyła tymi starciami, bo decydowały o mistrzostwie Polski. Teraz porażka przybliżała jeden z zasłużonych klubów do pierwszej ligi. Jedni i drudzy zaczynali ten sezon z wielkimi nadziejami.
Legia – Widzew. Spokój na boisku
Legia ściągnęła Edwarda Iordanescu, który prowadził kadrę Rumunii i zdobywał mistrzostwo tego kraju. Sprowadziła też całą grupę piłkarzy, którzy w teorii wydawali się wzmocnieniem, ale w komplecie zawiedli, jak choćby skrzydłowy z doświadczeniem w Bundeslidze Noah Weisshaupt, który już wrócił do Niemiec, czy Ermal Krasniqi, który pewnie odejdzie po sezonie. Symbolem kryzysu stał się Mileta Rajović, który kosztował 3 mln euro, miał strzelać gole, ale albo pudłował w łatwych sytuacjach, albo w ogóle do nich nie dochodził.
W Widzewie kimś takim jest Osman Bukari, który miał przeszłość w FC Nantes i Crvenej Zveździe, a teraz kosztował 5,5 mln euro i miał być gwiazdą PKO BP Ekstraklasy, a najważniejszy mecz sezonu zaczął na ławce rezerwowych. Właściciel klubu Robert Dobrzycki wpompował w drużynę już mnóstwo gotówki, ale na razie potwierdza się tylko, że pieniądze szczęścia nie dają.
Podobieństw jest więcej. Oba kluby zaczynały sezon z drogimi trenerami z zagranicy, a kończą z dobrze znanymi na polskim rynku Aleksandarem Vukoviciem i Markiem Papszunem. Serb postanowił budować karierę po swojemu i chociaż z warszawskim klubem był związany przez wiele lat, to przejął Widzew i mógł w piątek pogrążyć Legię. Sytuację podgrzało jeszcze anulowanie czerwonej kartki Rafała Augustyniaka, co wielu kibiców odczytało jako sprzyjanie Legii. Widzew wypuścił do mediów informację, że chce sprowadzić środkowego pomocnika Warszawian Juergena Elitima
Czytaj więcej
Lech Poznań w hicie PKO Ekstraklasy pokonał Legię Warszawa aż 4:0, wszystkie gole strzelając przed przerwą. Na cztery kolejki przed końcem sezonu,...
Było o czym dyskutować. Już półtorej godziny przed meczem przy Łazienkowskiej były tłumy kibiców, a policji chyba więcej niż zwykle. Były przyśpiewki, tradycyjnie obrażające rywali, ale poza tym pod stadionem było spokojnie.
Spokojnie było też na boisku. Widzew zaczął mecz skoncentrowany na tym, żeby bramki nie stracić, a i tak mógł przegrywać już w trzeciej minucie. Po dobrym podaniu Jean-Pierre’a Nsame i groźnym strzale Rajovicia, świetnie interweniował Bartłomiej Drągowski. Kameruński napastnik wrócił po kilku tygodniach do pierwszego składu i pokazywał wielką ochotę do gry. Wygrywał pojedynki główkowe i dobrze współpracował z partnerami, a w 39. minucie był blisko zdobycia bramki.
Widzew odpowiedział groźnym strzałem Emila Kornviga i to było właściwie wszystko, jeśli chodzi o ofensywę obu drużyn w pierwszej połowie. Legia przeważała, wymieniała wiele podań, ale z boiska wiało nudą, za to widowisko stworzyli kibice, którzy przygotowali efektowną oprawę, odpalali race, a w drugiej połowie nawet fajerwerki, które strzelały w niebo kilka minut, jakby przy Łazienkowskiej trwał karnawał.
Legia bliżej utrzymania, Widzew bliżej spadku
W drugiej połowie mecz wyglądał tak samo jak przed przerwą. Składnych akcji było niewiele, za to nie brakowało wślizgów, szarpaniny i ostrych starć. Piłkarze obu drużyn znali stawkę spotkania i za wszelką cenę chcieli pokazać, że nie odpuszczą rywalom. Trenerom to chyba odpowiadało.
Czytaj więcej
Najdroższy transfer w historii Ekstraklasy Osman Bukari nie może obecnie grać w barwach Widzewa Łódź, ponieważ nie ma pozwolenia na pracę - poinfor...
Drugi celny strzał kibice zobaczyli w 71. minucie, ale potężne uderzenie Mateusza Żyry trafiło prosto w ręce Otto Hindricha. Legia najgroźniejsze akcje stwarzała po rzutach rożnych: najpierw minimalnie niecelnie strzelał głową Kamil Piątkowski, a kilka minut później uderzenie Nsame zablokował Żyro. W Widzewie najgroźniejszy był Mariusz Fornalczyk.
Oba zespoły wyglądały w tym meczu tak, jakby remis je zadowalał, bo lepszych było dwóch rannych niż jeden martwy – na tym etapie sezonu każdy punkt trzeba szanować, a porażka mogła oznaczać olbrzymie kłopoty. Legia zaryzykowała tylko raz, w ostatniej akcji, kiedy do rzutu wolnego pobiegł nawet bramkarz. I to się opłaciło. Po olbrzymim zamieszaniu i strzale Bartosza Kapustki piłkę dobił Rafał Adamski.
Legia za tydzień zagra z Termaliką, która jest ostatnia w tabeli, ale w Niecieczy zawsze sprawia legionistom kłopoty. Widzew podejmie Lechię Gdańsk. Obie drużyny dalej mają wszystko w swoich rękach, ale poziom gry, jaki zaprezentowały w piątek przy Łazienkowskiej nie był ekstraklasowy. Legia zrobiła olbrzymi krok w stronę utrzymania, a Widzew jest coraz bliżej spadku.