Ich relacja – dwóch mistrzów „swojego rzemiosła” – z czasem przekształciła się w wielką przyjaźń. Iwaszkiewicz uważał Wajdę za wielkiego artystę i podziwiał za „upór w pracy i stałe utrzymywanie się przy robocie”. Pisał do niego: „strasznie mnie wszystko interesuje, co Pan robi”. W jednym z listów na powitanie kreśli: „Drogi Andrzeju, Ty mój Kurosawo, Ty! Jak się cieszę z Twojej nagrody i że ciągle jesteś w »pierwszych rzędach «”.

Z kolei dla Wajdy Iwaszkiewicz, starszy od niego o 32 lata, był pisarzem od zawsze bardzo ważnym. „Stary furman jak już nie może powozić, to pomaga bicze kręcić…” – pisał do niego stary już Iwaszkiewicz, co miało znaczyć, że chce go wspierać i współpracować.

Wajda imponował mu – poza talentem – ogromną energią. W dzienniku pisał: „Strasznie Wajdę lubię, taki z niego »pracownik« – tak się do wszystkiego bierze i zaraz robi”. Odczuł satysfakcję, gdy dowiedział się, że Wajda zgłosił do TVP propozycję ekranizacji „Brzeziny”, jego ukochanego opowiadania, choć oczywiście radość pomieszana była z niepokojem o to, co z tego wyjdzie…

Wajda zekranizował jego najważniejsze opowiadania – „Brzezinę” (1970) i „Panny z Wilka” (1979) wśród około dwudziestu kilku innych utworów, które zostały przeniesione na srebrny ekran. I pozostał „ulubionym reżyserem” Iwaszkiewicza, pomimo że wielu innych filmowców ekranizowało jego prozę, w tym Jerzy Kawalerowicz ze znakomitą adaptacją „Matki Joanny od Aniołów” (1961) czy Janusz Majewski, który nakręcił „Straconą noc” (1973).

Czytaj więcej

Andrzej Wajda u Jarosława Iwaszkiewicza w Stawisku

Normalny dzień, tydzień, miesiąc

Dla rozwoju ich znajomości kluczowy był pierwszy list Iwaszkiewicza, który napisał około 4 miesięcy po premierze „Brzeziny” – 23 marca 1971 r., gdy przebywał akurat w Palermo. Jego treść wskazuje na zawiązaną wcześniej zażyłość, ponieważ od razu podjął temat dość zasadniczy dla ówczesnej Polski: robienie filmów w realiach PRL, czyli fundamentalne życiowe wybory wielu polskich twórców: „kraj czy emigracja”. Jakby chciał podkreślić, że łączy ich istotna wartość – praca tu na miejscu, w kraju. Uważał, że dla artysty duże znaczenie ma to, aby tworzyć „u rodzimego gruntu”. „… zawsze lepiej działać z Polski niż spoza Polski”. W takim duchu zwracał się często do innych pisarzy, m.in. Kazimierza Orłosia czy Włodzimierza Odojewskiego. Sam nigdy nie myślał o emigracji.

Z Palermo przekazał mu informacje, które wyczytał w prasie zagranicznej o powodzeniu jego filmów w Paryżu (między innymi „Brzeziny”), w tym o pozytywnej recenzji jego filmu „Wszystko na sprzedaż”. Przekazywał mu, że recenzent „Le Figaro” „tak to wszystko ładnie odczuł i dobrze napisał”, a szczególnie zakończenie tekstu, gdzie podkreślał „… naszą obecność w Europie”, co zresztą sam Iwaszkiewicz uznawał zawsze za zadanie dla polskich twórców.

W sumie, w ciągu dziewięciu lat, wysłali do siebie 57 listów. Widać w nich rosnącą zażyłość i wzajemną serdeczność. Gdy pisarz dowiaduje się, że Wajda będzie robił „Mistrza i Małgorzatę” Bułhakowa w teatrze telewizji, postanawia kolejny raz przeczytać tę książkę, tym razem – jak to ujął – „pod kątem filmowym”. Podobnie robi z Dostojewskim.

W rewanżu Wajda opowiada mu o swojej pracy artystycznej, którą – o dziwo – jak pisał, wykonuje „niestety tylko w małym stopniu i niedokładnie wiadomo, kiedy…”. Skarży się bowiem, że „Normalny dzień, tydzień, miesiąc to użeranie się w sprawach organizacji, szczegółów, pozornie nic nieznaczących guzików”. Pomimo to na początku lat 70. był w swoim najlepszym momencie twórczym. Zdarzały się lata, kiedy robił nawet kilka filmów w ciągu roku, ale często za cenę ciągłych spięć z władzami kinematografii.

Z kolei Iwaszkiewicz w tamtym czasie wszedł w ostatnią dekadę życia, jak pisał „czas życia utajnionego”, rzadziej opuszczał Stawisko i wiele energii pożytkował na zaakceptowanie przemijania i ostatecznego unicestwienia w duchu znaczenia francuskiego słowa sérénité oznaczającego uspokojenie, wewnętrzne rozpogodzenie/pogodzenie.

Jak wspomniałam wyżej, zbliżyła ich zwłaszcza adaptacja „Brzeziny”, przez co opowiadanie napisane w 1932 r. zyskało jakby „nowe życie”. Należało ono także do tych opowiadań, do których pisarz zachowywał wyjątkowy sentyment. Początkowo Iwaszkiewicz okazywał mieszane uczucia wobec tej ekranizacji, ponieważ reżyser – jak oceniał – dość daleko odszedł w scenariuszu od treści utworu. W dzienniku z 6 lipca 1970 r., pisał: „Mój Boże, jakie to dalekie od tego, co ja napisałem w roku 1932!”. Ale w liście do Wajdy nieco niuansował swoje uczucie: „O »Brzezinie« zawsze myślę z wdzięcznością i z zachwytem, to tak miło, jak dziecko ma swoje własne życie i swój własny los, już od ojca niezależny”.

Film odnosił znaczące sukcesy, co ostatecznie ociepliło opinię Iwaszkiewicza o nim. Otrzymał między innymi złoty medal na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Moskwie, a Daniel Olbrychski został nagrodzony nagrodą główną za rolę męską – Bolesława, jednego z dwóch głównych bohaterów. Również we Francji film cieszył się dużym zainteresowaniem w kinach.

Opowiadanie zawiera opowieść o dwóch braciach o radykalnie odmiennych charakterach. Śmiertelnie chory Stanisław wraca po latach do leśniczówki swojego brata, ten zaś – Bolesław – pogrążony jest akurat w żałobie po śmierci żony. Ten pierwszy pomimo choroby, czerpie z życia, na ile to było jeszcze możliwe (np. sprowadza fortepian z miasta), a drugi z kolei pozostaje odrętwiały, unika ludzi, okazuje irytację, gdy brat wpada w chwilowe wybuchy radości. Ostatecznie Stanisław umiera, a Bolesław opuszcza leśniczówkę, co stanowi symbol powrotu do „świata żywych”. W filmie Wajda wytworzył scenę pokazującą, jak wyjeżdża na białym koniu z córką w słoneczny dzień, co odzwierciedla ostatnie zdanie opowiadania: „Spokój, spokój, prawie szczęście”.

Czytaj więcej

O czym rozmawiali Iwaszkiewicz z Wajdą

Projekcja świadomości

Plany drugiej ekranizacji zenergetyzowały ich relacje. W kwietniu 1978 r. Wajda pisze do Iwaszkiewicza: „Widzę, że czas wielki przenieść na ekran »Panny z Wilka« (…)”. To z kolei historia Wiktora Rubena, czterdziestokilkuletniego mężczyzny, wyczerpanego pracą i życiem, który po latach nieobecności postanawia odwiedzić Wilko, majątek wuja, gdzie przed piętnastu laty spędzał czas w towarzystwie sześciu sióstr, jego córek. Jednak powrót do Wilka uzmysławia mu, że nie ma powrotu do upragnionych przeżyć młodości. Czuje się obco wśród tytułowych panien. Wyjeżdża z przekonaniem, że nie ma powrotu do tego, co minęło.

Wajdzie bardzo podobało się to opowiadanie. Dostrzegł w nim „(…) tyle piękności i takie wspaniałe postacie kobiet. Tyle światła. Chciałbym z Tobą porozmawiać na ten temat”. Chodziło mu o scenariusz i realizację niektórych scen.

Do Stawiska przyjechał z pomysłem, aby w filmie wystąpił sam Iwaszkiewicz. Zdawał sobie sprawę, że to „żyjący klasyk” u kresu swego życia. A opowiadanie było, o czym dobrze wiedział, bardzo osobiste i częściowo autobiograficzne. Obecność pisarza miała wzmocnić wspomnieniowy i sentymentalny ton filmu. Wyobrażał sobie, że sędziwy autor „skomentuje to opowiadanie przed kamerą – u siebie w domu, pod dębem, nad stawem”.

Ostatecznie postanowili, aby sceny z pisarzem nagrać jednak w podłódzkich Byszewach, tam, gdzie przed wojną Iwaszkiewicz spędzał wakacje w domu wuja Plichty i skąd wyniósł część treści opowiadania (choć historia tytułowych panien była produktem jego literackiej wyobraźni). Powstało tam jedno z trzech ujęć z pisarzem, które Wajda włączył do filmu. Podkreślają one, że to Iwaszkiewicz odgrywa w filmie rolę, jak to określił jeden z krytyków literackich, „narratora naczelnego”, a przedstawiony w opowiadaniu i filmie świat jest projekcją jego świadomości.

W początkowej scenie Iwaszkiewicz stoi między grobami w dniu święta zmarłych, niejako przywołuje dusze zmarłych, a w końcowej sekwencji twarz Iwaszkiewicza powoli zmienia się w twarz Daniela Olbrychskiego, który w filmie gra Wiktora, wspomnianego wyżej głównego bohatera. Po dwudziestu kilku minutach pojawia się ponownie po scenie ukazującej Wiktora idącego szybkim krokiem do dworu w tytułowym Wilku na spotkanie z kobietami, które ostatnio widział piętnaście lat temu. Tuż po tym ukazuje się Iwaszkiewicz, który również idzie przez las, w garniturze i jasnym kapeluszu, w ręku trzyma książkę.

Pojawia się również w finale filmu, kiedy Wiktor wyjeżdża już z Wilka świadomy bezpowrotnego upływu czasu i kończącej się młodości. Wsiada na prom stojący na brzegu rzeki. Wokół jest jeszcze lato, ale na drugim brzegu jest już jesień. Następnie wsiada do pociągu, gdzie w pustym przedziale siada przy oknie i patrzy na majaczącą za oknem pustkę. Po chwili odwraca głowę i kieruje wzrok ku filmującej go kamerze, ale w jej miejscu, naprzeciwko niego – na zasadzie kontrujęcia – jakby w tym samym przedziale, siedzi stary Iwaszkiewicz, spokojnie patrzy na Wiktora, a zarazem na widzów. Dopełnia się identyfikacja starego człowieka z młodym na zasadzie mostu czasu. I wtedy też pojawia się napis: „Jarosławowi Iwaszkiewiczowi w hołdzie swoją pracę poświęcają Realizatorzy”.

Czytaj więcej

Opowieść o spotkaniu z młodością i śmiercią

Piekło wątpliwości

Warto dodać, że Wajda w trakcie kręcenia tego filmu, miał szereg wątpliwości, jak go zrobić. „Przeżyłem piekło wątpliwości” – wyznał w zapisie z 1 października 1978 r. „Nic z tego nie będzie… zmarnowany temat, zmarnowany czas na tę robotę” – pisał reżyser w „Notesach”.

Dostrzegał błędy w obsadzie. Pisał, że Daniel Olbrychski w swojej roli nie pokazuje odpowiednio „przełamania smutku, że już coś minęło”, a także „nie ma uważnego spojrzenia”, oraz „wiary, że jest ciekawy i przekonujący sam z siebie, a nie za sprawą historyjki, która go stwarza”. Puentował: „Daniel ma przed oczami duszy nowe BMW, które właśnie kupił”. Zastrzeżenia dotyczyły też Mai Komorowskiej, która grała jedną z ważniejszych postaci: „Maja, grając patrzy w lustro z pytaniem: „Jak dziś wyglądam?”. Uznawał nawet, że to Zbigniew Kamiński, autor scenariusza, powinien robić ten film. Sądził, że jest to „w jego temperamencie i poetyce, podczas kiedy ja – nie wierzę w ten tekst pajęczynowy – muszę dodawać sceny i sytuacje wyraźniejsze” – pisał reżyser.

Andrzej Wajda na planie filmu „Ziemia obiecana”, 1974 r.

Andrzej Wajda na planie filmu „Ziemia obiecana”, 1974 r.

Foto: Wikipedia Commos

Wajda przyznawał, że borykał się ze swoim osobistym niedopasowaniem do natury opowiadania. Podczas kręcenia wprowadzał klimat pośpiechu i nerwowości, na co źle reagowały aktorki. Aż jego żona – Krystyna Zachwatowicz, która w filmie grała jedną z sióstr – Kazię – powiedziała do niego: „Andrzej, nie da się zrobić konfitur szybko”. Dało mu to sporo do myślenia. Ostatecznie przestał się szamotać, a zaczął spokojnie pracować. Pisał w autobiografii, że żona uświadomiła mu, że powinien najpierw spróbować spokojnie przybliżyć się do tego innego świata „Panien z Wilka” i przy tym okazać „… więcej skromności. I patrzeć jak ten świat toczy się”. Poskutkowało: „…zacząłem przyglądać się filmowi, który robiłem, a nie wyciskać jak najwięcej”.

Ostatecznie dokończył film. Było to dla niego ważne w tamtym momencie, ponieważ chciał wówczas zmienić tematykę swoich filmów po zrobieniu słynnego „Człowieka z marmuru”, którego premiera odbyła się w 1977 r. Uznał, że apolityczny temat nowego filmu może zdjąć z niego zainteresowanie cenzury.

Wierność oryginałowi

Podobnie jak w „Brzezinie”, również w „Pannach z Wilka” pojawia się zagadnienie wierności oryginałowi. Wydaje się oczywiste, że zarówno pisarz, jak i reżyser wiedzieli, że literatura, a także film rządzą się odmiennymi prawami. Pięknie wyraził to Iwaszkiewicz obserwując, jak jego opowiadanie stało się filmem Wajdy. W wywiadzie z tego okresu powiedział: „Panny z Wilka już widziałem, cudownie to Wajda zrobił. (…) Bardzo mi się film podobał. Ale to jest dalekie ode mnie. Moje – to jest literatura. A tu mamy do czynienia z inną już dziedziną sztuki”. To są inne media, które posługują się innymi środkami wyrazu.

W jednym z wywiadów Wajda ujął to w następujący sposób. „Jeśli chce się być naprawdę wiernym autorowi, to trzeba go zdradzić. Utwór literacki nie jest pisany dla kina i może on posłużyć tylko jako materiał wyjściowy”. Ten mechanizm lepiej opisuje Robert Escarpita, który twierdził, że miarą „dobrego” dzieła literackiego jest jego „podatność na zdradę”, czyli musi posiadać „trwałą i rozciągłą” zdolność komunikowania. Dotyczy to nie tylko odbioru dzieła przez czytelnika w akcie indywidualnej lektury czynionej wiele lat po jego napisaniu, ale także wszystkich adaptacji w późniejszych epokach, w różnych mediach (film, teatr itp.). Ów utwór literacki w odmiennej sytuacji odbiorczej „nie przestaje być sobą”, ale też mówi „coś innego, niż mówiło w sposób jawny w sytuacji historycznej, w której powstało” – pisał Escarpita. Dotykamy terminu uniwersalizmu dzieła literackiego i jego ponadczasowości. W innym miejscu Wajda ujmuje to obrazowo: „Opowiadanie lub powieść (jako literatura) mają się tak do filmu jak obraz przedstawiający orkiestrę do muzyki”.

Wewnętrzne rozpogodzenie

Prowadzili korespondencję do śmierci Iwaszkiewicza. W jednym z ostatnich listów (z 14 listopada 79 r.) Iwaszkiewicz robi osobiste wyznanie na temat starości: „U mnie w dalszym ciągu bardzo smutno. Trzymam się tej ziemi jedną nitką, nitką smutku. Bardzo ciężka starość. Ale jakoś mnie twórcza wena nie opuszcza. Jeszcze można wytrzymać. Ściskam Was Jarosław”. A we wcześniejszym użala się, że dawno go nie widział i dodaje „(…) trzeba koniecznie korzystać z czasu, który nam jeszcze daje Najwyższy”.

W ostatnich latach życia Iwaszkiewicz wzmacniał w sobie nastrój wspomnianego powyżej sérénité, co wyraził również w jednym z ostatnich opowiadań z tomu „Ogrody” (1978). Jego bohater – osiemdziesięcioletni August – przyznaje, że wiele działo się w jego życiu, ale w późnej starości osiągnął stan pogody ducha i wewnętrzne rozjaśnienie. Uznaje też optymistycznie, że przeszłość wcale nie przepada, ale jak wyznał „…wszystko, co pozornie przepadło jest we mnie”.

Iwaszkiewicz zmarł w marcu 1980 r. Wajda przeżył go o 36 lat. (zm. w 2016 r.). Po jego śmierci zrobił jeszcze dwie adaptacje utworów Iwaszkiewicza („Noc czerwcowa” i „Tatarak”).

Beata Izdebska-Zybała

Adiunkt w Muzeum im. Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów w Stawisku