Czy Paryż płonie? – pytał w sierpniu 1944 roku Hitler, który na wieść o wybuchu powstania w stolicy Francji nakazał jej całkowite zburzenie. Hitler podziwiał architekturę Paryża, a w czerwcu 1940 r. odbył nawet trzymaną w sekrecie trzygodzinną wycieczkę do okupowanego miasta, szukając inspiracji do planów przebudowy Berlina. Ale podziw nie zmniejszał jego nienawiści, a cudownej metropolii udało się uniknąć zagłady tylko dzięki szybkiej interwencji aliantów, którzy zawrócili swoje wojska i pospieszyli na pomoc.

Odwieczny pociąg do rewolucji

Choć sztuka podpalenia Paryża (a w ślad za tym całej Francji) nie udała się nigdy cudzoziemcom, od wieków usiłowała tego dokonać zbuntowana część miejscowej ludności. Mniejsza już o zburzoną Bastylię i spalony przez Komunę Paryską pałac Tuileries. Odwieczny francuski pociąg do zamieszek i rewolucji ma się dobrze również w obecnym stuleciu. W roku 2005 w czasie „buntu przedmieść” na ulicach miast tygodniami płonęły tysiące samochodów, w 2003, 2010 i 2023 miały miejsce wielomilionowe demonstracje przeciwko próbom zreformowania systemu emerytalnego, w latach 2018-19 kraj sparaliżowały protesty zbuntowanych przeciwko wysokim cenom paliw „żółtych kamizelek”, w obecnym roku najpierw wojnę z policjantami rozpoczęli uczniowie szkół średnich (szybko wsparci przez bardziej profesjonalnych miłośników wszelkiej rozróby), a następnie na ulice francuskich miast wyszły setki tysięcy ludzi protestujących przeciwko drożyźnie.

Płonie mniej, niż widać w telewizji

W jaki sposób wstrząsające Francją zamieszki wpływają na gospodarkę? Na krótką metę w niewielki. To, co na ekranach telewizorów wydaje się regularną wojną, w wyniku której cały kraj stoi w płomieniach, w rzeczywistości jest tylko drobnym wycinkiem rzeczywistości. Francuska gospodarka (druga pod względem wielkości w Unii) nie rośnie w oszałamiającym tempie, ale nie odstaje pod tym względem od swoich mniej zrewolucjonizowanych sąsiadów.

Prawdziwy problem wiąże się z francuskimi finansami. Już teraz deficyt jest bardzo wysoki (i nadal rośnie w stronę 6 proc. PKB), a pod względem poziomu zadłużenia państwa Francja zajmuje trzecie miejsce w Unii (ustępuje tylko Włochom i Grecji). Uliczne bunty może nie wyhamują wzrostu produkcji, ale mogą prowadzić do dalszego wzrostu wydatków państwa (już obecnie najwyższych w Unii w relacji do PKB), uniemożliwiając poszukiwanie nowych dochodów i ograniczenie deficytu. Powodem jest polityczny klincz: ostatnie wybory parlamentarne pokazały naród podzielony niemal po równo na trzy wrogie obozy (skrajnie prawicowy, liberalno-centrowy i lewicowy). A w dodatku za pół roku mają się odbyć wybory prezydenckie, w których według badań opinii publicznej największe szanse ma prawicowopopulistyczna Marine Le Pen, a tuż za nią lewacki radykał Jean-Luc Mélenchon.

Od filaru euro do kłopotu Europy

Kiedy na początku wieku wprowadzano euro, francuski dług nie różnił się poziomem od niemieckiego, a kraj stanowił jeden z filarów stabilności nowej waluty. Potem przyszedł globalny kryzys finansowy, bankructwo Grecji i zagrożenie dla Włoch i Hiszpanii. Nikomu jednak do głowy nie przychodziło, by do grupy zagrożonych państw dodać Francję, choć jej dług przekraczał 90 proc. PKB. W roku 2026, z długiem, który sięgnie według prognoz MFW 118 proc. PKB i wciąż rośnie, francuskie problemy zaczynają być problemem całej Europy.