Gospodarka

#RZECZoBIZNESIE: Leszek Balcerowicz: Czasy bonanzy w Polsce mogą się boleśnie skończyć

tv.rp.pl
Polityków obiecujących dodatkowe miliardy prezentów z kieszeni ludzi lub kosztem długu prywatnego trzeba traktować jako oszustów - mówi Leszek Balcerowicz, ekonomista, wicepremier i minister finansów w 3 rządach, były prezes NBP, gość programu Pawła Rożyńskiego.

W Polsce mamy wysoki wzrost PKB? Jaka jest naprawdę sytuacja gospodarcza?

Wiele osób może mieć wrażenie, że mamy trwałą bonanzę. Jesteśmy w szczycie koniunktury. Powinniśmy mieć nadwyżkę w finansach publicznych, a mamy jeden z największych deficytów w całej UE. Jesteśmy w najgorszej piątce pod względem skali prognozowanego deficytu na przyszły rok. Przed nami są Węgry, Francja czy Rumunia. Jak bonanza zacznie się kończyć, to problemy przysłonięte przez dobrą koniunkturę zaczną wychodzić na jaw. Nawet przed PiS-em nie było pola do odpowiedzialnego wzrostu wydatków w finansach publicznych. A PiS zwiększył te wydatki o ok. 40 mld zł przez 500+ i obniżenie wieku emerytalnego. To jest polityka nieodpowiedzialności za stabilność finansów własnego kraju, bo bonanza nie trwa wiecznie. Ruchy w polityce wewnętrznej będą potęgowały skutki ewentualnych zewnętrznych negatywnych bodźców. Chodzi np. o upartyjnianie gospodarki poprzez rozszerzanie skali sektora państwowego.

Czyli mamy pieniądze, to rozdajemy?

W Grecji było tak samo. Prawie wszyscy politycy ścigali się w populizmie popieranym przez większość społeczeństwa, które potem zapłaciło krachem. Nawet 3 lata temu nie było pola manewru do odpowiedzialnego wzrostu wydatków budżetowych, a PiS - korzystając z koniunktury -spowodował, że jesteśmy w trudniejszej sytuacji, patrząc do przodu, niż byliśmy 3 lata temu. Jednocześnie mamy propagandę niebywałego sukcesu w warunkach psucia przyszłości polskiej gospodarki.

Jakie rządowe pomysły pana najbardziej irytują?

Ekspansja roli działaczy partyjnych w gospodarce. Socjalizm, w tym i PRL to było totalne upolitycznienie gospodarki. Polska w 2015 r. miała największy udział państwa w gospodarce, a PiS to zwiększa na rozmaite sposoby, wzmacniając monopole. W Niemczech czy Szwecji się nie nacjonalizuje gospodarki, we Francji raczej prywatyzuje. Gospodarkę nacjonalizuje się w Rosji Putina. Łukaszenka to zrobił wcześniej jak wygrał wybory w 1994 r. pod podobnymi co PiS hasłami, że własność prywatna to złodziejstwo. Do pewnego stopnia robią to Węgry, choć polityka Orbana nie jest aż tak zła jak Kaczyńskiego i Morawieckiego, bo tam postępują chyba rozsądniej w finansach publicznych. To, co dzieje się w Polsce ma odpowiednik tylko w niektórych krajach. Nie powinny one stanowić dla nas dobrych wzorców. Upartyjniania gospodarki nie ma w krajach OECD. My odbijamy na wschód pod względem kształtowania ustroju polityczno-gospodarczego.

Dlaczego tak się dzieje?

Im więcej ma się własności państwowej, tym więcej posad do rozdania. Czystki w instytucjach państwowej w tej skali nigdy w Polsce nie było. Uchwalono kilkadziesiąt ustaw, żeby można było „szczyścić" ludzi i dać swoim. Dochodzi do tego chyba doktryna Łukaszenki: że własność państwowa jest lepsza od prywatnej.

Mamy też przejmowanie firm pod hasłem „repolonizacji".

To jest fałszywy slogan, który przysłania nacjonalizację. Paweł Borys, szef PFR, powiedział w „The Economist", że w Polsce „repolonizacja" banków wynika z makroekonomii, a nie ideologii. Jakiej makroekonomii? Chyba putinowskiej. Wiadomo, że najwięcej kryzysów wybucha w bankach, które są upolitycznione. W ostatnich latach Słowenia miała zapaść, bo politycy zagnieździli się w bankach. Społeczeństwo zapłaciło ogromną cenę, ok. 15 proc. PKB do tyłu.

Także w Hiszpanii regionalne banki „cajas" zdominowane przez polityków, wskutek złych kredytów, przeżyły ogromny kryzys.

Jak pan ocenia pomysły typu 500+ dla emerytów w trwającej kampanii samorządowej?

Jesteśmy w coraz trudniejszej sytuacji finansów publicznych. Mamy duży deficyt w szczycie koniunktury. Każdy pomysł dodawania miliardowych wydatków jest oszukiwaniem ludzi. Polityków obiecujących dodatkowe miliardy prezentów z kieszeni ludzi lub kosztem długu prywatnego trzeba traktować jako oszustów.

Rząd PiS mówi, że ma pieniądze bo udało się uszczelnienie podatków.

Gdybyśmy mieli pieniądze, to byłaby nadwyżka w finansach publicznych. Oni mówią pewnie o tym, że mają gotówkę. Grecy też mieli gotówkę - z długu. Jeżeli mówią, że jest tak dobrze, to okłamują ludzi.

Trzeba umieć wyłuskać z danych, to co nas informuje i ostrzega o przyszłości. Ważnym wskaźnikiem jest, ile się wydaje na inwestycje. Morawiecki obiecał podniesienie stopy inwestycji do 25 proc., najpierw w 2020, potem w 2025 r. Tymczasem stopa inwestycji spadła na 17,6 proc., do najniższego poziomu w ostatnich 20 latach. Spadła najbardziej w całej UE.

To kwestia zaufania przedsiębiorców do państwa, które co chwilę zmienia przepisy?

Główny powód to obawa, że wskutek kapryśnej i arbitralnej władzy straci się inwestowane środki. Ryzyko polityczne jest zabójcze dla inwestycji prywatnych. Żadne propagandowe dokumenty jak „konstytucja dla biznesu" tego nie zmieni. To jest propagandowa kpina.

PPK jest krokiem w dobrym kierunku?

Nie jest krokiem w złym kierunku, ale jest wątpliwe czy jest w stanie spełnić deklarowane cele. Najważniejszym z nich jest podniesienie stopy oszczędności. Nie wiadomo czy pracownicy zgodzą się, że będą mieli mniejsze podwyżki płac bieżących, ale za to będą odkładać na emeryturę. Budżet ma do tego dopłacać, a przecież mamy dziurę i idzie gorsza koniunktura. Dla pracowników i przyszłych emerytów ważne jest, jak szybko będzie rosła gospodarka, bo z niej wszystko pochodzi. Niestety polityka PiS-u prowadzi do wytracania prędkości przez naszą gospodarkę.

W I kw. osiągnęliśmy szczyt.

Przy takim deformowaniu warunków życia gospodarczego musi przyjść spowolnienie. Raptownie, jeżeli równocześnie pogorszą się warunki światowe, stopniowe, jeśli się wyraźnie nie pogorszą... Wychodzimy z epoki, kiedy niskie stopy procentowe były dyktowane przez FED.

U nas stopy są niższe niż w Stanach.

I to rodzi pytanie, czy niska inflacja się utrzyma przy takiej polityce. To nie jest dane raz na zawsze. To jest wielka zdobycz dla ludzi, a ten kto temu zagrozi będzie ogromnym szkodnikiem.

Do wyborów w 2019 r. te stopy utrzymają?

Nie wiem, takie są komunikaty. Mam nadzieję, że względy partyjne w przypadku prezesa NBP Adama Glapińskiego nie przeważą nad odpowiedzialnością wobec polskiego społeczeństwa.

Jakie są największe zagrożenia dla światowej gospodarki?

Okres najlepszej koniunktury się kończy. W USA wzrost przyspieszył. Dla nas najważniejsza jest jednak Unia Europejska. Po wyraźnym ożywieniu w latach 2015-2018 są sygnały, że będzie spowolnienie. Czynniki ryzyka obejmują stosunek wierzycieli i inwestorów do wschodzących rynków. Punkty zagrożenia to Wenezuela, Argentyna, Turcja. To, co się tam dzieje zwiększa czujność inwestorów. Jeżeli Polska poprzez politykę gospodarczą zacznie się do nich upodabniać, to ryzyko wzrośnie i będzie trzeba będzie dużo więcej płacić za zaciąganie długu.

A Chiny? Indeksy giełdy w Szanghaju są na najniższym poziomie od 2016 r.

Wiele osób uważa, że Chiny są ponad prawami ekonomii. To jest błędny pogląd. Nie można wykluczyć wyraźnego spowolnienia w Chinach z przyczyn wewnętrznych. Jeżeli na to się nałoży wojna handlowa, to reperkusje mogą się rozejść po świecie. Mogą dotrzeć do głównych krajów eksportujących. Jeżeli weszłyby w życie zapowiedzi Trumpa objęcia cła kolejnych 200 mld dol eksportu z Chin do USA, to mielibyśmy poważny wzrost zagrożenia dla gospodarki w świecie.

Prawdopodobieństwo tego rośnie, bo USA mają rekordowy deficyt handlowy.

Chyba nikt nie jest w stanie przewidzieć ruchów prezydenta Trumpa. To też jest czynnik ryzyka. Jest na czele wielkiego kraju, który był największym sojusznikiem wartości zachodu.

10 lat po bankructwie Lehman Brothers i początku ostatniego kryzysu świat wyciągnął wnioski?

Najbardziej rozpowszechniona teoria wini same rynki finansowe za kryzys. Że prywatne rynki są niestabilne i tylko stabilizująca ręka państwa jest w stanie chronić przed kryzysami. To jest teoria fałszywa. Do kryzysów przyczyniają się różne złe interwencje, do ostatniego też. Były np. zbyt niskie stopy procentowe FED-u. Stworzono oczekiwanie, że jak jest duży bank to nie może upaść, trzeba go ratować. Rynki finansowe uznały, że duże banki są mniej ryzykowne niż mały, więc pożyczały im po niższych kosztach, a one jeszcze bardziej rosły. Błędnych typów interwencji, było kilkanaście, z czego większość zostało. Np. bankom opłaca się bardziej pożyczać państwu niż przedsiębiorstwom. W Polsce ta patologia została spotęgowana przez podatek bankowy. W gruncie rzeczy jest to podatek na kredyty udzielane przedsiębiorcom i osobom prywatnym. Od tego podatku są zwolnione, gdy pożyczają państwu kupując obligacje. Głównych przyczyn kryzysu nie usunięto.

Może nam grozić kryzys gorszy niż to, co mieliśmy 10 lat temu?

Niektórzy ekonomiści twierdzą, że to nie jest wykluczone. Zgadzam się z tym. Banki centralne są rozbrojone, bo stóp procentowych już się nie da odpowiedzialnie obniżyć. Kraje, które uzdrowiły swoje finanse publiczne, przeszły do nadwyżek, są lepiej przygotowane na to. Polska niestety ma deficyt. Jeżeli koniunktura się pogorszy, to czasy bonanzy w Polsce będą musiały się boleśnie skończyć.

Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL