Ta oczywista klasyfikacja nie do każdego, zdaje się, dotarła, bo zauważyłem niedawno w reżimowej telewizji – chodzi akurat o reżim aktualny – dziewczę oburzone na artystów. Artyści bowiem, imaginujcie to sobie państwo, najpierw śpiewali dla Jana Pawła II, potem jeszcze poprawili kolędami, a teraz zdrada, wszędzie błyskawice i strajki kobiet. Młoda i emocjonalna reporterka zarzucała im hipokryzję, bo nie godzi się tego łączyć.

O, sancta simplicitas! Dziewczę, jako się rzekło, nie rozumie i nie zna instrukcji obsługi aktora. Aktor przecież – nie, nie zakończymy Dejmkiem, że jest od grania jak d... od srania – jest drogowskazem, który drogę wskazuje, ale nią nie kroczy. Nie on jeden, ale reszta robi to prywatnie, on zaś zawodowo cudze teksty wygłasza. Tak udatnie je wygłasza, że weszło mu to w nawyk i czyni to również prywatnie. Że co, że nie godzi się najpierw święte pieśni, potem wolne skrobanki? Oj, naiwna, naiwna, za te święte pieśni też było policzone.

I tu wracamy do naszego Twittera, na którym niektórzy rozgraniczają opinie. Z aktorami, piosenkarzami, celebrytami jest tu problem zasadniczy, oni wszak wiecznie są w pracy, wiecznie grają. Taki przykład: na naszą ulicę sprowadziła się aktorka. Znana, choć nie mnie. Jest to bowiem, jak oświeciła moją osobę małżonka, aktorka instagramowa. Gdzieś tam rzecz jasna występuje, jednak głównym polem jej aktywności są media społecznościowe. Ma tam – sam sprawdziłem – zyliony obserwujących i mnóstwo cennych nauk jak ta, by sobie kryształami czakry regulować. Milcz żono, ja nie piję, ja tym kieliszkiem czakry reguluję! Ma też zdjęcia zewsząd: z kuchni i sypialni, z parku, miasta i wakacji, wszystkie piękne i wystylizowane, nic bowiem nie wymaga tak dokładnej reżyserii jak spontan. Pani M. nigdy więc nie jest prywatna, każde zdjęcie z progeniturą czy domowym zwierzęciem jest zdjęciem biznesowym. Celebryci chcą być wiecznie obserwowani, stąd przemyślana działalność w internetach. Tam nikt nie wrzuca prywatnych opinii, tak jak nikt nie wrzuci zdjęcia w brudnym dresie. Opinie są więc uładzone i skrojone pod ogół, wszak wychylanie się nie jest ich ulubionym sportem. A jaki to ogół? Pewna aktorka dramatyczna (w odróżnienie od instagramowej) ma brata policjanta. Pozwoliła sobie na początku protestów aborcyjnych na ogólną i grzeczną uwagę na fejsie, że policjanci też mają ciężko i są obiektem agresji. Hejt, jaki spadł na nią – dodajmy, hejt środowiskowy – błyskawicznie wybił jej z głowy posiadanie jakichkolwiek opinii prywatnych. Wtedy bowiem trzeba było błyskawice wstawiać na zdjęcia profilowe i przyozdabiać się ideologicznymi deklaracjami, a nie dywagować nad losem policjantów. Skąd wiem? Zerknąłem na stronę z jej znajomymi – kilkaset aktorek, reżyserów, ludzi filmu i teatru. Połowa z nich przyozdobiona protestacyjnie, reszta poglądy podziela, ale rzadziej zagląda na fejsa. Tak wygląda ich świat.

To ważna wskazówka społecznych nastrojów, serio. Aktorzy jako ludzie stworzeni do bycia oklaskiwanymi doskonale wyczuwają społeczne nastroje i nigdy nie zaryzykują całkowitego odrzucenia. Odrzucenia przez publiczność, media, ale też przez reżyserów i dyrektorów teatralnych. Wrzucą więc błyskawicę na fejsa, nawet jeśli nie utożsamiają się z tym do końca, ale przecież dyrektor widzi. Tak, są barometrem. Stefan Niesiołowski opowiadał niegdyś, że w czasach przedinstagramowych siłę opozycji mierzył liczbą pięknych dziewcząt wokół niej. Gdy z opozycją było krucho, piękności się do niej nie garnęły, gdy wybuchła Solidarność, zaroiło się od nich. Dlaczego? Rozważania na ten temat zostawmy psychologom społecznym, ale fakt jest faktem.

Kościół przegrał bitwę o duszę młodego pokolenia, choć – dodajmy – zachowuje się, jakby to do niego nie dotarło i jakby chciał się upewnić, ile jeszcze wytrzymają wierni. Stąd wist z o. Rydzykiem genialny, po tym już nikt nie będzie miał wątpliwości. Jakbyście jednak, drodzy biskupi, nie wiedzieli, jak jest, to nie uruchamiajcie, proszę, następnego kamikadze, tylko odpalcie sobie Instagrama. Wyjdzie taniej, a nam oszczędzicie wstydu.