Nieżyjący już dziennikarz Stanisław Remuszko wręczył mi kiedyś tomik wydanych własnym sumptem felietonów. Z tyłu było zdjęcie autora: w szybie pociągu odbija się zafrasowana twarz, wpatrzona w zapyziałą Polskę. Ten, kto cię sfotografował, umiał robić zdjęcia, oceniłem. Tak, bo to był sam Chris Niedenthal. „Siedział naprzeciwko i spytał w pewnym momencie, czy może mi zrobić zdjęcie. I oto efekt, z którego jestem bardzo dumny”.

W książce „Właściwy moment” Niedenthal wyznaje, że lubi jeździć pociągami i fotografować pejzaże, które widzi po drodze. Na jednym z takich zdjęć mamy na dalszym planie kutry z Władysławowa, obok jakiś hangar, przed nim porzucony kontener. Na pierwszym planie solidny rurociąg tworzący z dwóch stron obramowanie kadru. W centrum po placu przechadza się kot. No i jeszcze niebo – „dramatyczne”, a światło „piękne, ciepłe”. Niby bez kota byłoby tak samo, a jednak nie: dzięki niemu „nieciekawe wizualnie miejsce” zamienia się w „fajną klatkę”.

Na „Właściwy moment” składa się 187 fotografii opatrzonych komentarzami autora. Niedenthal był Anglikiem, w latach 70. przyjechał do Polski i tak mu się u nas spodobało, że został. Sądząc po książce będącej podsumowaniem jego 50-letniej działalności, podobała mu się nasza zgrzebna rzeczywistość, polskie pyski otumanione socjalizmem, onże socjalizm przesądzający o wyglądzie ulic, miast, miasteczek, wszystkiego. W pewnym sensie Niedenthal dokumentował naszą biedę, brak gustu, ale i optymizm, wolę, żeby przetrwać. Z Polski pochodzi wiele zdjęć tej książki, z Anglii bodaj tylko dwa. Jego najbardziej znane zdjęcie stało się symbolem stanu wojennego: plac przed kinem Moskwa w Warszawie, na placu transporter opancerzony, na wielkim bannerze tytuł filmu „Czas Apokalipsy”.

Czytaj więcej

„Orbita”: Robotnicy kosmosu

Fotografował najpierw na filmie czarno-białym, potem na kolorowym. W komentarzach opisuje swój stosunek emocjonalny do zdjęcia, dzieli się wskazówkami technicznymi (np. jak fotografować przez szybę w pociągu, gdy wszystko się rusza), zdradza okoliczności zrobienia danego zdjęcia. Tajemnica Niedenthala jest względnie prosta: jego zdjęcia starają się opowiadać jakąś historię, rzadko mają jeden plan, chyba że to portrety. Na zdjęciu „Koncert lubelski” ludzie siedzą na podwórzu pod odrapanym murem. Na pierwszym planie dorosły mężczyzna przygrywa ósemce chłopców na akordeonie. Z tyłu za nimi plotkują matki z wózkami; za nimi z boku leży śpiąca kobieta, która napiła się piwa. Nie wygląda na pijaczkę, ubrana jest porządnie, matki się od niej nie dystansują. Może odpoczywa po nocce w fabryce. Ot, kawałek Polski z lat 70. I jeszcze przedmioty: piłka, która zawisła nad ziemią, pusta butelka na ławce.

Pomysł na książkę zrodził się podczas pandemii; zmuszony do siedzenia w domu Niedenthal przeglądał swe zdjęcia i wybierał. „Nie wiedzielibyśmy tyle o świecie, gdyby nie on”, czytamy w przedmowie. Istotnie, o sobie, o sąsiadach, o naszej historii. Nie rozumielibyśmy tak siebie i tego, co się z nami dzieje, gdyby nie twórczość Niedenthala. To nie tylko kronikarz zdarzeń starający się być tam, gdzie dzieją się sprawy historyczne. Ale i tam, gdzie spokój, prawie idylla, umie ten światowej klasy obserwator rzeczywistości znaleźć moment, kiedy owa rzeczywistość w geście, wyrazie twarzy, połączeniu elementów, odsłoni się bardziej, niżby chciała. Jak w obrazku ziewającej staruszki przy suszącym się praniu, jak w kobiecinie przemawiającej do swej krowy. Bardzo dobrze, że ten wspaniały artysta zechciał z nami zamieszkać i zamykać nas w swoich klatkach.

„Właściwy moment. Pół wieku z aparatem”, Chris Niedenthal, wyd. Marginesy