Dziś dużo się mówi o tematyce local content, o lokalnym komponencie w łańcuchu dostaw. Chodzi o położenie nacisku na zaangażowanie polskich firm przy realizacji dużych zadań inwestycyjnych. Operujemy w tym obszarze obcobrzmiącymi hasłami. Biznes wciąż zasysa angielskie terminy. Brakuje nam zasobów, żeby nazwać pewne zjawiska, posiłkując się wyłącznie polszczyzną?
Nie tylko w biznesie obserwujemy tego typu zjawiska. Podobnie w języku internetowym i w bardzo wielu innych dziedzinach. Mamy do czynienia ze zjawiskami międzynarodowymi, pewne procesy dzieją się równolegle w wielu krajach, pojawiają się konkretne pojęcia, które je nazywają. To ma jednak o tyle negatywne skutki, że specyficzny slang rozumie pewna grupa ludzi, natomiast inni już nie. Często zjawisko to jest zresztą pożądane – dlaczego inni mieliby rozumieć kwestie, które nie są im przynależne? Tu oczywiście trochę żartuję. Ale tylko trochę (śmiech).
Środowisko prawników czy urzędników na przykład faktycznie wyraźnie izoluje się językowo.
Nie wszystkim zależy, by specjalistyczny język, którym się posługują, był ogólnie dostępny i zrozumiały.
Wracając do naszych rozterek biznesowych – nie staramy się więc szukać polskich odpowiedników obcych terminów. Słusznie?
Nie staramy się i język na tym traci. Ja nad tym trochę boleję, zawsze lepiej jest, gdy język się rozwija, gdy nazywa nowe zjawiska zgodnie z tradycją. Ale musimy pogodzić się z tymi procesami. To jest zresztą charakterystyczne dla większości krajów. Cóż robić…
I w ten sposób opowiadamy o patriotyzmie gospodarczym, używając zapożyczeń. Paradoks.
Tak właśnie się dzieje i jest to rzeczywiście pewnego rodzaju sprzeczność, że mówimy o czymś, co powinno być bliskie, ale mówimy o tym językiem co najmniej dalekim.
Czytaj więcej
Idea „local content” powoli się materializuje, ale nie bez problemów. O barierach związanych ze zwiększaniem zaangażowania mniejszych krajowych fir...
A przecież patriotyzm zaczyna się od myśli, idei, słowa. Tak było przynajmniej w przeszłości.
Trudno powiedzieć, od czego patriotyzm się zaczyna. Różne będą na ten temat zdania, choć część osób uzna, że od pojęć, od spraw związanych ze sposobem myślenia, widzenia rzeczywistości. Możemy się próbować pocieszać tym, że podobne rzeczy dzieją się na całym świecie. Innych języków także ten problem dotyczy – czy to duńskiego, czy niderlandzkiego, czy portugalskiego. I tam przenikają słowa, a niekiedy nawet całe frazy angielskie, które opisują jakiś fragment rzeczywistości.
Można powiedzieć, że taki uniwersalizm jest bezpieczniejszy, bo nie budzi wątpliwości co do definicji, rozumienia pojęć. Gdy zaczniemy tworzyć swoje własne odpowiedniki, przekaz może się zacząć rozmywać.
To jest możliwe. Podobne zjawisko obserwujemy w nazewnictwie stanowisk i funkcji w instytucjach o zasięgu globalnym. Tu nazwy anglojęzyczne są w pewien sposób utrwalone. Dzięki temu łatwiej jest funkcjonować w środowisku międzynarodowym, porównywać swoją pracę, swoje zarobki z innymi osobami pracującymi na analogicznych stanowiskach na świecie. Natomiast jeśli pojawia się element snobizmu, używa się obcych słów, żeby podkreślić swoją kompetencję czy odrębność, to wtedy, rzecz jasna, moglibyśmy to uznać za zjawisko mniej pożyteczne.
Francuzi do tej pory częściowo utrzymują tendencję do nazywania po swojemu różnych angielskich czy to urządzeń, czy to relacji społecznych, jednak ze średnim skutkiem
Kiedyś, w czasach przełomu, w latach 90., te angielskie zapożyczenia stały się czymś powszechnym w biznesie, były dowodem na nowoczesność organizacji, na to, że ma się do czynienia z podejściem zachodnim, amerykańskim, były formą odcięcia się od PRL. Poza tym nazywały zjawiska, których wcześniej nie było. Czy dziś, po latach, sytuacja się zmieniła?
Historycznie miało to trochę inny charakter niż dziś, ale zjawisko to wciąż występuje i w swojej naturze jest ono właściwie bardzo podobne. Szukamy sposobów porozumienia się ponad narodami, co jest efektem globalizacji, a z drugiej strony tworzą się pewne klasy koterii, kategorii – nie wiem, jak to nazwać – ludzi, którzy dzięki swojej międzynarodowości i kompetencjom mogą się poczuć po pierwsze związani ze sobą, a po drugie trochę „lepsi”, choć to nienajlepsze słowo.
Jaki jest więc wniosek? Powinniśmy szukać dla pewnych terminów polskich zamienników? Czy też nie ma o co kruszyć kopii?
Moglibyśmy szukać, ale po pierwsze jest małe prawdopodobieństwo, że to nasze nazewnictwo się przyjmie, a po drugie trzeba pamiętać o tym, co pani sama zauważyła, że nowe odpowiedniki mogą być niedokładne, wprowadzać jakieś nowe elementy znaczeniowe. Tymczasem ci, którzy posługują się tym językiem, być może by tego nie chcieli. Jest więc kilka przeszkód. Choć z perspektywy języka, który dzięki takiemu ćwiczeniu by się wzbogacił, byłoby to pożyteczne. Ale czy byłoby skuteczne? Francuzi długo utrzymywali, a nawet do tej pory częściowo utrzymują tendencję do nazywania po swojemu różnych angielskich czy to urządzeń, czy to relacji społecznych, jednak ze średnim skutkiem.
Czytaj więcej
Odwrót od globalizacji jest widoczny praktycznie na całym świecie. „Kupuj nasze, bo dobre” – to hasło powtarza się na wszystkich rynkach. I pomagaj...
W przeszłości również mierzyliśmy się z podobnymi wyzwaniami, następowały liczne zapożyczenia z różnych języków, co było ściśle związane z historią. Pojawiały się wpływy francuskie, rosyjskie czy niemieckie.
Dużo mamy też słów pochodzących z języka czeskiego; cała sfera duchowa jest zapożyczona od Czechów, naszych braci Słowian. Faktycznie, czerpaliśmy w przeszłości z języka francuskiego, niemieckiego, z rosyjskiego również, choć nie w takim stopniu, jak można by się spodziewać, oraz w mniejszym stopniu z włoskiego. No i oczywiście z angielskiego. Przykre jest tylko, że słowa polskie nie przenikają do innych języków.
Z czego to wynika? Mamy zbyt trudny język?
Niekoniecznie. Cyprian Kamil Norwid kiedyś napisał: „Nie miecz, nie tarcz bronią języka, lecz – arcydzieła!”. Gdyby publiczność czytająca chciała czytać polskie teksty nie w przekładzie, to trochę by się ta polszczyzna upowszechniła. Z drugiej strony, gdyby jakieś techniczne rozwiązania czy np. teorie ekonomiczne szły z Polski do innych krajów, może upowszechniałyby się wraz z polskimi nazwami. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Swoje piętno odcisnął tu również brak państwowości, gdy sfera urzędnicza czy naukowa przez długie lata była niemiecko- czy rosyjskojęzyczna.
Nie wszystkim zależy, by specjalistyczny język, którym się posługują, był ogólnie dostępny i zrozumiały
A jak wyglądać będzie przyszłość? W jakim kierunku zmierzamy? Czego możemy spodziewać się za kilka dekad, obserwując trendy językowe obecne wśród najmłodszych?
Te zjawiska są chyba najbardziej przykre. Słowa związane z emocjami, odnoszące się do relacji, ocen są zapożyczane z angielskiego. Pojawiają się kolejne młodzieżowe słowa roku czy grupy słów, które są w dużej mierze słowami angielskimi. Pytanie, czy to rzeczywiście polski plebiscyt na młodzieżowe słowo roku, czy może europejski lub ogólnoświatowy.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że język będzie się upraszczał, ograniczał. Wracamy trochę do pisma obrazkowego. Wykorzystujemy powszechnie znaki graficzne, używając mediów społecznościowych czy komunikatorów. Sama idea Instagrama to idea obrazka, który zastępuje słowo. Dzieci nie rozwijają swoich kompetencji językowych, porozumiewają się skrótami, język staje się coraz bardziej niechlujny.
Ja obawiałem się, że emoji, język „hieroglifów”, stanie się powszechny, ale okazuje się, że nie opanował młodzieży aż w takim stopniu, jak przewidywałem. Tak więc to pismo obrazkowe nie zdominowało przekazu. Natomiast angielski jest już stosowany na szeroką skalę. Ważną rolę odegrała tu między innymi popkultura. Duża część piosenek wykonywana jest po angielsku, panuje powszechne przekonanie, że jeśli artyści chcą się przebić, powinni śpiewać w tym właśnie języku, który jest zrozumiały praktycznie na całym świecie.
Nie tylko młodzież nasiąka angielszczyzną.
To prawda, warto tu wspomnieć choćby o języku nauki, który także posługuje się powszechnie angielskim. Dla mnie smutną informacją było, gdy ktoś powiedział, że konferencje naukowe niektórych dyscyplin, nawet wtedy, kiedy uczestniczą w nich wyłącznie Polacy, toczą się po angielsku, żeby nie przechodzić z terminów angielskich na polszczyznę. W publikacjach, już nie tylko w naukach ścisłych, ale też humanistycznych, takich jak psychologia chociażby, pisze się właściwie teksty naukowe tylko po angielsku. Po polsku jeszcze się uprawia popularyzatorstwo naukowe, ale dla prawdziwej nauki zarezerwowany jest angielski.
Skoro to nieuniknione, powinniśmy się z tymi zjawiskami pogodzić?
Tak, powinniśmy się z tym pogodzić, bo na to rady nie ma. Jeżeli ma być to międzynarodowa nauka czy międzynarodowe procesy – tak już zostanie. Kiedyś funkcję taką pełniła łacina, później w dużej mierze niemiecki, teraz angielski. Znajomość angielszczyzny jest w tej chwili na świecie powszechna, zmiany trendu nie należy się spodziewać.